Sprytne niedziele- Jerzy Pawlas

Chociaż w naszym kraju działają już trzy reprezentatywne centrale związkowe, nadal nie został zrealizowany sierpniowy postulat gdański – wolne soboty. Co więcej, toczy się podjazdowa walka o wolne niedziele mimo ustawowych zapisów.

Chociaż w naszym kraju działają już trzy reprezentatywne centrale związkowe, nadal nie został zrealizowany sierpniowy postulat gdański – wolne soboty. Co więcej, toczy się podjazdowa walka o wolne niedziele mimo ustawowych zapisów.

Euroentuzjaści, agitujący przed laty za akcesją brukselską, nie wspominali, że jakakolwiek integracja gospodarcza musi uwzględniać korzystny bilans kosztów i korzyści partnerów takiego przedsięwzięcia. Polski rynek – naiwnie (nie dociekając innych, choćby korupcyjnych uwarunkowań) – otwarty w 1990 roku dla zagranicznego kapitału w sposób jednostronny i bez wzajemności, stał się dla niego żerowiskiem, także dla globalnych koncernów, sieci handlowych.

Te ostatnie dyktują warunki nie tylko rolnictwu, nie tylko pracownikom (niskie płace, nierespektowanie praw pracowniczych, wolności zrzeszania się), ale także stanowią silne lobby. To ono doprowadziło do kompromisu w ograniczaniu handlu w niedziele.

Przedakcesyjne bajanie o współpracy i solidarności brukselskiej, deprecjonowanie patriotyzmu gospodarczego, skutecznie uśpiło obywateli i klientów. Mówiono uspokajająco, że kapitał nie ma narodowości, także przedsiębiorstwa jej nie mają. Tymczasem rzeczywistość przeczyła tym opowieściom, bo konkurencja jest bezpardonowa, a wojna ekonomiczna trwa sobie w najlepsze. Efektem – uprzedmiotowienie i wyzysk pracowników, nieliczenie się z ich życiem rodzinnym. Najlepiej niech pracują na okrągło za byle jakie wynagrodzenie.

Zysk i wyzysk

Przedsiębiorca działa dla zysku. Anarchicznie pojmowana wolność gospodarcza, jak również niewidzialna ręka rynku, powodują, że można działać także dla wyzysku. Wtedy pracownicy – traktowani jako siła robocza (bo nawet nie jako kapitał ludzki) są tylko elementem cyklu produkcyjnego. Powinni pracować jak maszyny. Najlepiej ponad ustawowy 40-godzinny tydzień pracy, bez narzekania. Bo łaski nie ma. Przyjdą imigranci.

Polecać pracodawcom katolicką naukę społeczną i kulturę pracy godną osoby ludzkiej, postulować traktowanie człowieka jako podmiotu pracy, to narażać się – w najlepszym razie – na ironiczne uśmieszki powątpiewania. W epoce neomarksizmu genderowego, neoliberalnego kapitalizmu, które zdominowały świadomość brukselską – trudno, by było inaczej. Przecież to Marks pisał, że „praca nie produkuje tylko towarów; ona produkuje siebie samą i robotników jako towar”. Dla materialistów różnej maści (od marksistów do liberałów) najważniejsza jest materia, więc instrumetalizacja człowieka to naturalna konsekwencja tego założenia.

W katolickiej nauce społecznej praca jest „służbą”, która przynosi pożytek pracownikowi i innym ludziom. Jej użyteczność wynika nie tylko z produkcji towarów, ale także z realizacji potrzeby rozwoju osoby ludzkiej. Bo pracownik nie może być niewolnikiem produkcji, gdyż – wbrew Marksowi – jego celem nie jest tylko praca, lecz „dobro człowieka” jako osoby ludzkiej.

Praca musi być należycie wynagradzana. Tak, by pracownikowi wystarczyło na założenie i utrzymanie rodziny, na zapewnienie jej przyszłości. Dla pracodawców, którzy wykorzystują pracowników, jak to tylko możliwe, taka filozofia pracy byłaby zapewne fanaberią. Niemniej jej realizacja ucywilizowałaby stosunki pracy w naszym kraju.

Dyktat sieci

Połowa supermarketów działających w naszym kraju (przez lata niepłacących podatków, notabene z pomocą biurokracji brukselskiej), powstała z naruszeniem prawa – co wynika z kontroli NIK. Konsekwencji nie wyciągnięto, choć każde miejsce pracy w supermarkecie powoduje likwidację 3-5 miejsc pracy w drobnym handlu, rzemiośle czy usługach. Panoszące się w centrach miast i miasteczek „galerie handlowe” zabijają naturalna tkankę urbanistyczną. Okolice supersamów po prosu wymierają.

Można mieć uzasadnione pretensje do samorządów, że godzą się na dewastacje swoich miejscowości. Czy robią to z głupoty, czy kierują się jakimiś interesami – to powinny wyjaśnić odpowiednie służby. Odpowiedzialności nie mogą też unikać mieszkańcy – w końcu elektorat wybierający lokalne władze.

Niezależnie od tego, filozofia transformacji polegająca na wyprzedaży produkcji, jak i dystrybucji – co najmniej karygodna. Nikt jednak z tzw. reformatorów transformacyjnych nie stanął przed Trybunałem Stanu. Wyborcy też nie wyciągnęli konsekwencji z ich niefrasobliwej działalności. W każdym razie ten, kto wyprzedaje zakłady produkcyjne, jest przestępcą, ale ten kto wyprzedaje dystrybucję jest zbrodniarzem gospodarczym. Przecież pozbywać się łączności (telekomunikacja), przesyłu energii i ciepła, handlu (sieci sklepów), to pozbawić gospodarkę jej naturalnego krwiobiegu. I jak może ona się rozwijać w interesie polskiej racji stanu, w interesie pracowników i dobra wspólnego.

Zagraniczne sieci handlowe zmonopolizowały polski rynek (zresztą nie bez pomocy Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju) ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy. Także dla pracowników. Przysłowiowe stały się perypetie kasjerek, kombinowanie przy wynagrodzeniach, przeciwstawianie się powstawaniu organizacji związkowych. W swych macierzystych krajach właściciele sieci nie mogliby pozwalać sobie na takie bezprawie. W polskiej – skolonializowanej gospodarce – mogą.

Tegoroczne lato po raz kolejny udowodniło, że wyprzedaż przetwórstwa rolno-spożywczego była zbrodnią przeciwko krajowemu rolnictwu. Producenci owoców miękkich (maliny, porzeczki, wiśnie) dopraszali się odbiorców, by przyjmowali ich produkcję. Dostawali w skupie 1-2 zł za kilogram owoców, gdy w sklepie osiągały ona 15-17 zł. Tak działają koncerny, tak „konkurują” na „wolnym rynku” przez nie zdominowanym. Dużo by o tym mówić, ale nie bardzo jest gdzie, gdy 95 proc. prasy regionalnej przejęli zagraniczni wydawcy, a i w internecie nie lepiej.

Podchody i pomysły

Tak na dobra sprawę, to nie wiadomo, kiedy i jak to się stało, że niedziele stały się dniami roboczymi. To zaprzeczenie naszej cywilizacji, ale jakoś klientom wmówiono, że przecież każdy ma wolny wybór. I w końcu ten wybór nastąpił – podjęto próbę ograniczenia handlu w niedziele.

Jej wprowadzenie w życie nie spowodowało katastrofy w gospodarce, ani nawet nie uszczupliło zysków handlowców. Wywołało natomiast lawinę ich pomysłowości. Oto dworce kolejowe stały się galeriami handlowymi, sklepy spożywczo-monopolowe udają placówki pocztowe. Zmusić pracowników do pracy w niedzielę to także cel owej pomysłowości. A więc choćby wydłużyć godziny pracy do północy w sobotę przed wolną niedzielą i od północy w poniedziałek po wolnej niedzieli.

Jak widać, pomysłów nie brakuje, choć w innych krajach nie miałyby nie tylko szans realizacji, ale w ogóle nikt nie wpadłby na takie rozwiązania. U nas i owszem. Państwowa Inspekcja Pracy ma więc pełne ręce roboty. Bo przecież sklepy-poczty nie spełniają warunków prawa pocztowego, a czas pracy (jak i prawa do czasu wolnego) reguluje kodeks pracy.

Nadużywanie przez pracodawców tzw. elastycznego czasu pracy powoduje, że pracownik, który kończy pracę w sobotę o północy, a zaczyna ją w poniedziałek o północy, nie może w pełni wykorzystywać wolnej niedzieli. Resort pracy zapowiada nowelizację ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele. Nie wiadomo, czy zapobiegnie to pomysłowości handlowców. Już wymyślili, by pod pretekstem sprzedaży tytoniu (można go sprzedawać w niedziele) sklepy spożywczo-monopolowe byłyby otwarte w dni niehandlowe. W centrach dystrybucyjnych i logistycznych, w sklepach internetowych pakuje się i wysyła paczki – co w innych krajach jest nie do pomyślenia.

Egzekucja praw

Tak niskiego stopnia uzwiązkowienia pracowników, jak w naszym kraju (kilka procent załóg pracowniczych), nie spotyka się w europejskich państwach (ponad połowa zatrudnionych), ale też żadne z nich nie zostało tak skolonializowane przez zagraniczne koncerny. Pracodawcy nie chcą związkowców w swym zakładzie, bo musieliby respektować ich prawa, a właściwie prawa pracownicze. Liderów powstających organizacji związkowych po prostu zwalnia się z pracy. To bezprawie, ale od czegóż dobrze płatne kancelarie, wykorzystujące zapisy prawne (nie mówiąc o lukach) na niekorzyść pracowników.

Co prawda kodeks pracy przewiduje, że niezgodne z prawem zwolnienie pracownika podlega karze grzywny, zaś kodeks karny idzie dalej – grożąc karą grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawieniem wolności do lat dwóch – ale w życiu różnie bywa, a ręka sprawiedliwości nierychliwa. Także w przypadku zwalniania działaczy związkowych, podlegających szczególnej ochronie.

Okazuje się, że przestrzeganie prawa jest równie kłopotliwe (dla pracodawców), jak jego dochodzenia(dla pracowników). Nie zawsze sprawa kończy się w rozsądnym czasie (kilka miesięcy). W większych miastach, a szczególnie w stolicy, może ciągnąć się latami (przerwy między rozprawami sięgają roku). Nie zawsze pracownicy mogą liczyć na pomoc organizacji związkowych. Tymczasem pracodawcy mają skłonność do mataczenia i przedłużania procesów. Wynagrodzenie za czas pozostawania bez pracy powoda, rośnie do astronomicznych rozmiarów. Pracodawcy utyskują przed sądem, że to ich zrujnuje, licząc na litościwe potraktowanie. Natomiast dochodzący swych praw związkowcy, stają się wrogami swego zakładu pracy, bo narażają go na straty. W ten sposób pracodawca skłóca ich z załogą, w interesie której występowali.

Charakterystyczne, że los działaczy związkowych pozostaje poza zainteresowaniem licznych miłośników praw człowieka i obywatela, rzeczników i obrońców demokracji czy organizacji pozarządowych. W każdym razie orzeczenie sądu powinno być wydane bez niepotrzebnej zwłoki. W przeciwnym razie można odwoływać się do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Wówczas państwo płaci zadośćuczynienie za szkodę wyrządzoną osobie, której nie dano prawa do procesu w rozsądnym terminie. Faktycznie zapłacą podatnicy.

Uchwalenie kompromisowej ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, nie przynosi spodziewanych rezultatów, znacznie więcej nowych problemów. Zresztą jak wszystkie inne rozwiązania kompromisowe.

Uleganie lobby zagranicznych sieci handlowych potwierdza to w całej rozciągłości.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej