Krajobraz po bitwie- Andrzej Gelberg

W toczącej się od trzech lat „zimnej wojnie” pomiędzy rządem „dobrej zmiany”, a koalicją totalnej opozycji doszło w końcu do bezpośredniego starcia. Polem tej bitwy stały się wybory samorządowe, które miały pokazać, czy PiS dalej będzie poszerzał grono swoich zwolenników, czy też przeciwnie – wspomniany trend został zahamowany, a może nawet odwrócony?

W toczącej się od trzech lat „zimnej wojnie” pomiędzy rządem „dobrej zmiany”, a koalicją totalnej opozycji doszło w końcu do bezpośredniego starcia. Polem tej bitwy stały się wybory samorządowe, które miały pokazać, czy PiS dalej będzie poszerzał grono swoich zwolenników, czy też przeciwnie – wspomniany trend został zahamowany, a może nawet odwrócony?

Zanim jednak spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się, w jakich warunkach stoczono ten pojedynek. Otóż 21 października 2018 roku zdarzył się nieodnotowany w III RP przypadek, że w wyborach samorządowych wzięło udział aż 54 procent uprawnionych do głosowania Polaków. Było to o ponad 7 procent więcej, niż w poprzednich wyborach samorządowych w roku 2014 i o 3 procent więcej niż w wyborach parlamentarnych w roku 2015. Przypomnijmy: w latach 1989-2015 frekwencja wyborcza wyniosła średnio: w wyborach prezydenckich – 57 procent, w wyborach parlamentarnych – 50 procent, w wyborach samorządowych – 44 procent i wyborach do Parlamentu Europejskiego – 23 procent.

Czy wysoka frekwencja była zdarzeniem jednostkowym, czy też jest zapowiedzią zmiany trendu, swoistym „przebudzeniem obywatelskim” – tego jeszcze nie wiemy. Przekonamy się o tym szybko – już wiosną przyszłego roku odbędą się w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego, jesienią – do parlamentu krajowego, a w roku 2020 – wybory prezydenckie. W każdym razie, na wszelki wypadek, warto już dzisiaj zamrozić szampana.

A trzeba przypomnieć, że zaczynaliśmy z bardzo niskiego pułapu frekwencyjnego: 4 czerwca 1989 roku do urn wyborczych udało się zaledwie 64 procent Polaków. Piszę „zaledwie”, gdyż w innych krajach tzw. byłego obozu socjalistycznego frekwencja w pierwszych wyborach zwiastujących odzyskanie niepodległości kształtowała się na poziomie 75-95 procent. Być może dlatego, że w pozostałych demoludach nie było „okrągłego stołu”, co wielu Polaków zatrzymało w domu. I kolejne „być może”, że casus niskiej frekwencji pierwszych wyborów roku 1989 stworzył niedobrą tradycję pasywnej postawy obywateli III RP. Dzisiaj odłóżmy na bok spekulacje, minęły trzy dekady, przy urnach pojawiło się już nowe pokolenie Polaków, teraz trzeba się cieszyć, że w III RP demokracja ma się coraz lepiej.

Dorzućmy jednak łyżkę dziegciu. Za organizację wyborów samorządowych 2018 Państwowej Komisji Wyborczej i władzom samorządowym należy się żółta kartka. Gigantyczne gdzieniegdzie kolejki pod lokalami wyborczymi, zbyt niska obsada wielu komisji wyborczych, długi czas liczenia głosów. Nie można tego tłumaczyć faktem, że nikt nie przewidział, iż tak wielu obywateli uda się do urn. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby np. 75 procent Polaków zechciało wziąć udział w wyborach?

Kto wygrał?

Już w chwilę po ogłoszeniu wstępnych wyników obie zantagonizowane strony ogłosiły zwycięstwo. Jarosław Kaczyński podkreślał zwycięstwo w wyborach do sejmików wojewódzkich i ponad 800 tysięcy głosów więcej w porównaniu do poprzednich wyborów, Grzegorz Schetyna natomiast chwalił się wynikami wyborów na prezydentów dużych miast, szczególnie eksponując spektakularny nokaut jakiego doświadczył w Warszawie Patryk Jaki. W których sejmikach wojewódzkich „dobra zmiana” będzie rządzić, tego jeszcze nie wiemy (piszę ten tekst dzień po wyborach), ale bezspornie ugrupowanie to odnotuje wzrost w stosunku do status quo ante. Trudno jednak mówić o zwycięstwie, raczej o remisie z niewielkim wskazaniem na Zjednoczoną Prawicę.

Wielkomiejska atrofia moralności

Wydawałoby się, po ujawnieniu przez komisję sejmową gigantycznych przekrętów reprywatyzacyjnych, w wyniku których mafia dewelopersko-prawniczo-urzędnicza obłowiła się setkami milionów złotych, a kilka tysięcy warszawiaków zostało wyrzuconych ze swoich mieszkań, że Platforma Obywatelska rządząca w Warszawie od 12 lat, nie ma już w stolicy czego szukać. Stało się inaczej – Rafał Trzaskowski wygrał już w pierwszej turze i będzie prezydentem Warszawy przez najbliższe cztery lata. Dlaczego to było możliwe, chociaż wszyscy, niezależnie od opcji politycznych, wyrażali wcześniej oburzenie na wspomniany „proceder reprywatyzacyjny”? Odpowiedź nie jest łatwa, wymaga poszerzonych badań socjologicznych, ale intuicja już dzisiaj podpowiada, że mamy do czynienia z zatrważającą atrofią moralności. I empatii! Tych wyrzuconych z mieszkań w 2-milionowej stolicy był zaledwie margines statystyczny. – Nas to nie dotyczy i na pewno nie spotka – pomyśleli zapewne zwolennicy Platformy, tłumnie głosując na Trzaskowskiego.

Inne przypadki. Jak to jest możliwe, że gdańszczanie obdarzyli w pierwszej turze wyborów największym zaufaniem dotychczasowego prezydenta Pawła Adamowicza, któremu nawet macierzysta PO odmówiła poparcia za to, że nie był w stanie wytłumaczyć się swojego gwałtownego wzbogacenia (liczne mieszkania, takoż konta bankowe). Podobnie rzecz się miała z prezydentem Sopotu – Jackiem Karnowskim, który też wygrał w pierwszej turze. Kuriozalnym wręcz przypadkiem jest Czesław Małkowski. Oskarżony o gwałt i molestowanie (od lat toczy się proces), w 2008 roku w wyniku seksafery odwołany w referendum ze stanowiska prezydenta Olsztyna, teraz też wystartował. Wcześniej od olsztynian dostał czerwoną kartkę, teraz obdarzyli go zaufaniem – będzie walczył nie bez szans w drugiej turze. Ciekawym przypadkiem jest prezydent Legionowa Roman Smogorzewski, który w trakcie kampanii, prezentując kandydatki do rady miasta, pozwolił sobie na obleśne komentarze. Nie przeszkodziło mu to w zwycięstwie, z imponującym wynikiem ponad 60 procent. Można wyrazić zdziwienie, przecież w Legionowie połowę elektoratu stanowią kobiety. Jeszcze jeden smaczny przypadek. W gminie Daszyna (województwo łódzkie) o kolejną kadencję ubiegał się wieloletni wójt Zygmunt W. Tak, proszę Państwa, ubiegał się, siedząc w areszcie z licznymi poważnymi zarzutami natury kryminalnej, na co zezwala, nie wiedzieć czemu, obowiązujące prawo wyborcze. Mieszkańcy gminy stoją za nim murem. I na koniec przypadek Hanny Zdanowskiej. Skazana prawomocnym wyrokiem za poświadczenie nieprawdy (trafiła do Krajowego Rejestru Skazanych), ubiegała się o kolejną kadencję prezydenta Łodzi. Z powodzeniem – w pierwszej turze otrzymała 70-procentowe poparcie.

Więc już na zakończenie przypomnę przypadek, jaki przed kilkunastu laty zdarzył się w Szwecji. Żona jednego z ministrów zatrudniła „na czarno” chorwacką opiekunkę do dzieci. Gdy media ujawniły, że nie zapłaciła za opiekunkę podatku, wywiązała się ogólnonarodowa awantura i pod presją opinii publicznej minister został zmuszony do dymisji.

Czy kiedyś w Polsce dożyjemy takich czasów?

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej