Odzyskany śmietnik- Jerzy Pawlas

Obrońcom demokracji nie przeszkadza, że konstytucyjną wolność słowa realizują w naszym kraju media, będące w większości w rękach zagranicznego kapitału. Obywatelom nie przeszkadza, że przemysł, dystrybucję, handel opanowały zagraniczne koncerny. Zwolennicy wolności nie zauważyli, że ogranicza ją polityczna poprawność, tak jak przynależność brukselska suwerenność, a fałszowana prawda historyczna stała się przedmiotem praw autorskich.

Obrońcom demokracji nie przeszkadza, że konstytucyjną wolność słowa realizują w naszym kraju media, będące w większości w rękach zagranicznego kapitału. Obywatelom nie przeszkadza, że przemysł, dystrybucję, handel opanowały zagraniczne koncerny. Zwolennicy wolności nie zauważyli, że ogranicza ją polityczna poprawność, tak jak przynależność brukselska suwerenność, a fałszowana prawda historyczna stała się przedmiotem praw autorskich.

Gdy na budynku Sądu Najwyższego zawisł baner z napisem „Konstytucja”, stało się oczywiste, że sędziowie deklarujący swą niezależność, po prostu zostali KOD-owcami. Rzecznik SN oświadczył w TV Republika, że na budynku nie mógłby zawisnąć baner z napisem „dekomunizacja”, bo ona dzieli społeczeństwo. Jak wiadomo, postkomunistyczna Konstytucja łączy, jak najbardziej.

Pawłowi Machcewiczowi, byłemu dyrektorowi Muzeum II Wojny (zresztą doradcy premiera Donalda Tuska) nadal wydaje się, że można fałszować historię za pieniądze podatników. Wolność słowa, badań naukowych, pozwoliły mu na pomijanie na wystawie informacji o Polakach ratujących Żydów, o ludobójstwie Katyńskim czy o o. Maksymilianie Kolbem. Nowy dyrektor, Karol Nawrocki, zmienił wystawę. Paweł Machcewicz odwołał się do sądu o obronę „praw autorskich”. Ciekawe, jak ten precedens rozstrzygnie „niezawisły” sąd.

Swego czasu Radosław Sikorski mówił o „dorzynaniu watahy”. Teraz jego towarzysze partyjni idą dalej. Grzegorz Schetyna nawołuje do „strącenia PiS-owskiej szarańczy ze zdrowego polskiego drzewa”. Jego myśl kontynuuje Grzegorz Furgo, publikując przeróbkę hitlerowskiego plakatu. Kultura debaty publicznej sięgnęła bruku, czyli wzorów nazistowskiej propagandy, zoomorfizującej przeciwników politycznych. Zdehumanizowani są łatwiejsi do zniszczenia. Polityków PO poparł Leszek Balcerowicz – „PiS to raki”.

Prowokacja lubelska

W 100-lecie odzyskania niepodległości, w 101. rocznicę objawień fatimskich, 13 października 2018 roku zorganizowano w Lublinie tzw. marsz równości, żeby nie powiedzieć – homoparadę, godzącą w godność rodziny i przepisy prawa. Wbrew mieszkańcom (sprzeciw PiS-owskich radnych), a nawet woli prezydenta Krzysztofa Żuka (kojarzonego z PO), aktywiści homolubnej lewicy uczynili z Lublina miasto akceptacji”.

Tę nobilitację miasto osiągnęło, promując nieobyczajność i niekonstytucyjną degradację rodziny. Lublin stał się „miastem wolności”, które to wydarzenie aktywiści LGBT przyrównali do lubelskiego lipca 1980, kiedy to pierwsze strajki robotnicze uruchomiły lawinę strajków w całej Polsce, która zakończyła się w sierpniu podpisaniem Porozumień Gdańskich. Porównanie nieuzasadnione, ale cel uświęca środki. Jest już więc Lublin „tęczowy”, jak wiele innych miast, bo po co się chwalić, że w PRL-u działał tu uniwersytet katolicki – jedyny od Łaby do Władywostoku.

Początkowo prezydent (w trosce o bezpieczeństwo) zakazał organizacji marszu. Inicjatorzy się odwołali i „bohaterscy sędziowie sądu apelacyjnego” przyznali im rację. Wolność zgromadzeń, wolność słowa nade wszystko. Jakoż odbyła się manifestacja i kontrmanifestacja. Interweniowała policja. Zachęceni sukcesem aktywiści LGBT zapowiedzieli kolejną manifestację w Zielonej Górze. Tak więc wszystkie miasta polskie w homokorowodzie stały się „europejskimi otwartymi miastami”.

Przy wsparciu różnych fundacji i miłośników praw człowieka, zwolennicy LGBT określili się jako grupa dyskryminowana. Szerzenie agitacji homoseksualnej, domaganie się przywilejów, przedstawia się więc jako prawa człowieka i obywatela, usprawiedliwiające mowę nienawiści, nieobyczajność i antykonstytucyjność. Wszystko to pod hasłem równości. Kto myśli inaczej, jest wrogiem niezasługującym na tolerancję. Trzeba go piętnować, zwalczać, wykluczać.

Policja spełnia swe obowiązki, pilnuje bezpieczeństwa manifestantów. Ich prowokacyjne przedsięwzięcia wywołują zrozumiałą reakcję. Podatnicy płacą za wolność słowa, która jest jej zaprzeczeniem (bo aktywiści LGBT nawołują do przestępstwa) oraz za obrażanie ich uczuć moralnych i religijnych. To są nieuprawnione koszty demokracji, którą powinno ograniczać prawo.

Jak w całej wspólnocie brukselskiej, aktywiści LGBT terroryzują milczącą większość społeczeństwa, przeciwną dewiacjom seksualnym. W Lublinie wystarczyło ledwo 1,5 tys. zwolenników nieobyczajności, by postawić na nogi władze samorządowe i policję, która kontrmanifestantów (ok. 200) traktowała surowiej, niż barbarzyńców podczas miesięcznic smoleńskich.

Miłosierna demokracja

Nie zasłużyłam na miano przestępcy – zaklina się Hanna Zdanowska, łódzka prezydent, kandydująca do reelekcji (wygrała wybory w pierwszej turze). Niemniej poświadczenie nieprawdy jest oszustwem, za które została skazana prawomocnym wyrokiem.

Na niefrasobliwą łaskawość wyborców liczyła też zapewne córka komunistycznego zbrodniarza, sprawcy stanu wojennego, którego grubokreskowcy z honorami przekazali wieczności. Kandydowała w jednej ze stołecznych dzielnic, znanej z upodobań do postkomunizmu.

Utworzone w stanie wojennym związki zawodowe usiłują jakoś reprezentować interesy pracowników, choć powinny być zbojkotowane, podobnie jak powstały w tamtym czasie urząd rzecznika prawa obywatelskich. I chociaż w kraju działają trzy centrale związkowe, to pracownicy się nie zrzeszają. Co więcej, sankcjonuje się powstawanie licznych, ale nie reprezentatywnych, organizacji związkowych. Najczęściej chronią swych organizatorów, sprzyjają rozbijaniu załóg, ku uciesze pracodawców. W grupie PGE działa 128 związków zawodowych, co utrudnia zarządzanie firmą. Z kolei związkowcy z LOT organizują protesty, by nagłaśniać się przed wyborami samorządowymi.

Warunkiem „niezawisłości” sędziowskiej stała się czerwona książeczka PZPR, stymulatorem działalności politycznej (parlamentu brukselskiego nie wyłączając) i biznesowej – przynależność do komunistycznych służb specjalnych. Każdy obywatel może na ulicy spotkać i jednych i drugich, jak również komunistycznych zbrodniarzy (sądowych, walczących z „bandami”). Tak wspaniałomyślnej wyrozumiałości próżno szukać w europejskich demokracjach, ale też w żadnej z nich nie było pomysłu-wytrychu do nieodpowiedzialnej przyszłości, nie było grubej kreski.

Nareszcie na swoim

Transformacyjni reformatorzy już na samym początku swej szkodliwej działalności ograniczyli możliwości samostanowienia gospodarczego. Otwarcie krajowego rynku na bezpardonowy drenaż zagranicznych koncernów skutkował nowoczesnym brukselsko-niemieckim neokolonializmem. Nieodpowiedzialna wyprzedaż sieci (handel, infrastruktura, dystrybucja prasy) wręcz zaprzeczyła deklarowanej wolności gospodarczej. Choćby wyprzedany przemysł rolno-spożywczy (skup produktów rolnych) decyduje o kondycji krajowego rolnictwa. Sieci handlowe dyktują ceny (unikając płacenia podatków), rugują drobne sklepy, rzemiosło, usługi. W praktyce wolność gospodarcza sprowadza się do nielegalnego przywozu śmieci czy głównie niemieckiego złomu samochodowego.

Lokalne samorządy – przysłowiowe oczko w głowie transformacyjnej demokracji – okazały się w dużej mierze wielopokoleniowymi klikami. W dodatku wykazują niezrozumiałą aktywność, wykraczającą poza ich ustawowe kompetencje. Lokalni gospodarze konkurują miedzy sobą, już to finansując in vitro, już to wprowazając do szkół „nauczanie równościowe” (propaganda gender), już to licytują się w otwieraniu placówek sprzedaży alkoholu 24h lub organizując parady dumy LGBT. Co ambitniejsi proponują dyskryminację lekarzy przestrzegających klauzuli sumienia. Nie brakuje samorządowców działających na niekorzyść mieszkańców (nieszacowanie szkód po klęskach żywiołowych, nieprzekazywanie gruntów pod Mieszkanie+), i na złość rządowi.

Niegodni spadkobiercy

Dwukrotnie skazany za oszustwa, kandyduje do ostrołęckiej rady miejskiej. Na plakacie „zajączkuje” (palce w kształcie litery V), jak to robiono w stanie wojennym. Tym samym nie tylko zawłaszcza, ale także degraduje antykomunistyczny symbol.

Media – zawłaszczone – za zgodą konstytucyjnego regulatora – przez nomenklaturę partyjno-agenturalną i zagraniczne koncerny, są kpiną z wolności słowa. Służy ona raczej obcym interesom, polonofobii, niż refleksji (troski o dobro wspólne), zaś debatę publiczną udają kuluarowe emocjonalne pyskówki w radio i telewizji. Korzystając z wolności słowa i badań naukowych indoktrynuje się studentów ideologią gender, która tylko w oczach jej propagatorów jest nauką.

Podczas działań wojennych okupanci zniszczyli mniej pałaców i dworów, niż przez następne dziesięciolecia, gdy konfiskowano je pod pretekstem reformy rolnej. A przecież wystarczyło oddać je właścicielom (z przynależną im ziemią), by przetrwały jako cenne dziedzictwo kulturowe. Niszczeją też pozostałości polskiej cywilizacji na Kresach, bo nie zdołano świetnych zabytków wpisać na ochronę UNESCO.

Tymczasem Filipa Bajona („Kamerdyner”) zaintrygowały Prusy Wschodnie – zniknęły z mapy, kiedyś zamieszkiwane przez junkrów. Rzeczywiście, pasjonujące (godne wsparcia państwowego mecenasa) w kontekście wyżej wspomnianych Kresów. „Manru” – to jedyna opera Jana Ignacego Paderewskiego i jedyna polska opera wystawiona w nowojorskiej Metropolitan Opera – ale co tam. W warszawskiej operze poddano ją modyfikacji multikulturowej, a Cyganów zastąpili hippisi (na motorach, a jakże, symbolizujący rewolucję seksualną. Interpretacja w sam raz na 100-lecie odzyskania niepodległości. Zaś P. Łukasiewicz (b. prezes ZASP), jakby nie znał historii swego kraju, deklaruje zaufanie do Niemców – niech nadal przewodzą UE, budując pokój i dobrobyt.

U zarania II RP poeci – mając już dość ojczyźnianych obowiązków – pisali o „radości z odzyskanego śmietnika”. Obecne tzw. elity kulturalne „tego kraju” (zresztą dworscy komedianci) nie kryją wrogości do odzyskanej niepodległości, bo przecież „polskość to nienormalność”, co już dawno oświadczył Donald Tusk.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej