EUROPARLAMENT BEZ TARGOWICY

EUROPARLAMENT BEZ TARGOWICY- Artur Adamski Parlament Europejski nie jest żadnym większym odpowiednikiem parlamentów państwowych. Przede wszystkim nie pełni funkcji ustawodawczej, jego zasadnicza rola sprowadza się do – opiniodawczej. W dzisiejszych czasach „cywilizacji obrazkowej” oznacza to jednak, że jest on istotną areną walki ideologicznej, a także miejscem starć o interesy narodowe czy wręcz jednym z ośrodków budowy przyszłego ładu. Niewykluczone, że – imperialnego. Równocześnie jest tubą kreującą wizerunek niektórych krajów. W przypadku Polski, z czynnym udziałem części „polskich” eurodeputowanych bywa to wizerunek skrajnie niekorzystny i do cna zakłamany. Ważne jest więc, kto w Parlamencie Europejskim reprezentuje Polskę. Unia, która miała być całkowicie czym

EUROPARLAMENT BEZ TARGOWICY- Artur Adamski

Parlament Europejski nie jest żadnym większym odpowiednikiem parlamentów państwowych.

Przede wszystkim nie pełni funkcji ustawodawczej, jego zasadnicza rola sprowadza się do – opiniodawczej. W dzisiejszych czasach „cywilizacji obrazkowej” oznacza to jednak, że jest on istotną areną walki ideologicznej, a także miejscem starć o interesy narodowe czy wręcz jednym z ośrodków budowy przyszłego ładu. Niewykluczone, że – imperialnego. Równocześnie jest tubą kreującą wizerunek niektórych krajów. W przypadku Polski, z czynnym udziałem części „polskich” eurodeputowanych bywa to wizerunek skrajnie niekorzystny i do cna zakłamany. Ważne jest więc, kto w Parlamencie Europejskim reprezentuje Polskę.

Unia, która miała być całkowicie czym innym.

W latach po zakończeniu II wojny światowej naród niemiecki otoczony był powszechną odrazą. W niektórych krajach, wbrew regułom ortografii, jako normę traktowano pisanie „Niemiec” małą literą. Narodowa reprezentacja ich kraju nie została zaproszona do udziału w igrzyskach olimpijskich z 1948 roku, w kolejnych pozwolono na występ wyłącznie kobiet, dopiero w latach sześćdziesiątych zgodzono się na występy Niemców w dyscyplinach strzeleckich. Zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie powszechne było oczekiwanie, że kraj, za którego dwukrotną próbę zapanowania nad światem ludzkość zapłaciła dziesiątkami milionów ofiar, zostanie trwale pozbawiony zdolności odbudowy swej potęgi. Otwarcie stawiano żądanie likwidacji w Niemczech przemysłu ciężkiego i maszynowego.

Wszystko zmieniło zagrożenie wybuchem wojny ze Związkiem Sowieckim, który pod koniec II wojny światowej obrósł w wielkie zdobycze, którego przemysł w całości pracował dla potrzeb armii, a dzięki pomocy w ramach akcji Lend-Lease posiadał także otrzymanych od USA (według danych rosyjskich, inne podają liczby nawet trzykrotnie wyższe) m.in. 13 tys. czołgów, 22 tys. samolotów, 427 tys. samochodów wojskowych. W obliczu zagrożenia sowieckiego państwa zachodniej Europy zgodziły się z amerykańską decyzją szybkiej odbudowy, z wielką pomocą USA, niemieckiego państwa wraz z całą potęgą jego przemysłu. Przymknięto oczy na powierzchowność rozliczeń z hitlerowską przeszłością i bezlik wczorajszych zbrodniarzy w elitach RFN, w tym na szczytach władz. Sposobem, mającym zabezpieczyć Europę przed ponownym wybuchem niemieckiej agresji, miało być wkomponowanie Niemiec w strukturę ponadpaństwową. Ułatwić to miało objęcie rządów w kilku krajach Zachodu, w tym i RFN, przez partie chadeckie. W owym czasie duża ich część miała charakter w sposób rzeczywisty chrześcijański. Na tej bazie znajdowano ideowy i duchowy „wspólny mianownik” z Niemcami, z którymi w coraz większym stopniu integrowano się gospodarczo.

Zasadniczym celem późniejszych EWG i Unii Europejskiej miało więc być niedopuszczenie do sytuacji, w której Niemcy znów wyrosłyby do gospodarczych i politycznych rozmiarów europejskiego hegemona. Wydarzenia potoczyły się jednak wbrew tym zamierzeniom - wspomagana przez USA RFN wyrosła do pozycji gospodarczo najsilniejszego, najbogatszego, najludniejszego (jeśli nie liczyć ZSRS) państwa kontynentu, chętnie wykorzystującego swoją przewagę, nieliczącego się ze słabszymi, realizującego ekonomiczne cele, kreślone przez autorów imperialnego projektu Mitteleuropy jeszcze w latach XIX-wiecznej II Rzeszy.

Europejska integracja czy europejskie podporządkowanie

Wspólnota Węgla i Stali czy Europejska Wspólnota Gospodarcza polegały głównie na zbliżeniu ekonomicznym. W ich ramach znoszono cła, otwierano granice, upodabniano regulacje prawne. Nie dążono natomiast do stworzenia europejskiego superpaństwa, choć nikt też nie wyrażał sprzeciwu wobec szczególnego zbliżania się do siebie niektórych państw EWG. Tak w 1960 powstała np. Unia Ekonomiczna Krajów Beneluxu, której do dziś nikt nie stawia przeszkód takich, z jakimi obecnie spotykają się analogiczne środkowoeuropejskie projekty Trójmorza. Jednym z celów integracji było wspólne podnoszenie poziomu rozwoju gospodarczego. Wysoka, a zarazem w różnych krajach podobna stopa życiowa, sprzyjać miała niwelacji międzypaństwowych napięć. Gwałtowny rozwój, w ramach którego regulowano rzeki, budowano huty, kopalnie i elektrownie, dokonywał się często bez większej troski o środowisko naturalne. Proekologiczne normy i zakazy w swojej masie pojawiły się wtedy, kiedy infrastruktura drogowa, wodna i przemysłowa osiągnęła stan zaawansowany. Podążenie tą samą drogą przez nowych członków UE okazuje się dzisiaj często utrudnione, gdyż to, co wczoraj było oczywistością, dzisiaj jest już obwarowane szeregiem obostrzeń. Równolegle wyprodukowano całe mnóstwo regulacji, w praktyce zaprzeczających naczelnej zasadzie, mającej przyświecać jednoczącej się Europie. A był nią rozwój nie tylko wszechstronny, ale i równoprawny. Siłą rzeczy Unia w coraz większym stopniu staje się areną rywalizacji i walki o interesy poszczególnych państw. Jest więc ważne, kto w organach UE jest naszym reprezentantem.

Komunizm – jednak wiecznie żywy?

Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego w 1981 bywało interpretowane jako ostateczny akord kompromitacji marksizmu. I rzeczywiście – wraz z wybuchem wojny jaruzelsko-polskiej zachodnioeuropejskie partie komunistyczne utraciły dużą część swych członków i sympatyków. Jak jednak pisał w „Dżumie” Albert Camus – bakcyl samozagłady nigdy nie zginie. Po okresach uśpienia, w zmodyfikowanej postaci, zaatakuje ponownie. Na wypoczwarzenie się nowego upiora marksizmu nie musieliśmy długo czekać. Jego model leninowsko-bolszewicki ostatecznie udowodnił swoją całkowitą ekonomiczną niewydolność, ale nurt równoległy, pokrewny mienszewizmowi, projektowany kiedyś przez Antonio Gramsciego, przybrał rozmiary stanowiące zagrożenie dla samej istoty europejskiej cywilizacji. Zgodnie z receptą konkurencyjną kiedyś dla bolszewizmu – zamiast metodą krwawej rewolucji swe marksistowskie cele osiąga opanowywaniem instytucji, masowym formowaniem umysłów za sprawą zdominowania szkół, mediów, kinematografii, teatrów.

Współcześni euromienszewicy wiedzą już, że upaństwowienie gospodarki to skazanie jej na klęskę, dlatego nie popełniają tego błędu. Wobec zaniku klasy robotniczej wynajdują nowych uciśnionych. Sojuszników w, kluczowym dla ideologii marksistowskiej dziele eliminacji chrześcijaństwa jako istoty europejskiej cywilizacji, znajdują w przybyszach z cywilizacji chrześcijaństwu wrogich.

Można by spytać: a gdzie są chadecy, którzy w latach pięćdziesiątych rozpoczęli budowę zjednoczonej Europy? Odpowiedź mogliśmy zobaczyć przed rokiem, kiedy Angela Merkel, liderka partii nominalnie zwącej się chrześcijańską demokracją, zaproponowała swym partyjnym towarzyszom, by w Święta Bożego Narodzenia zaśpiewali kolędę. Spełnić tego życzenia część z nich zwyczajnie nie potrafiła, bo choć może kojarzyli melodię ze dwóch kolęd, to często nie znali słów ani połowy zwrotki.

Według niejednej relacji CDU to dziś jedna z tych „chrześcijańsko-demokratycznych” formacji, których „chrześcijańscy” członkowie nie zawsze potrafią się choćby prawidłowo przeżegnać. Tak dziś wygląda stan związku europejskiej Unii z kwintesencją europejskiej tożsamości. Jest więc ważne, czy europosłowie wybrani w Polsce na forum Europarlamentu będą po stronie stojących na gruncie europejskiej tożsamości, czy też dołączą do tych, którzy naprawdę są rzecznikami eurokomunizmu.

Renegaci, koniunkturaliści czy Europejczycy-patrioci mają reprezentować Polskę?

Historyczne powieści Henryka Sienkiewicza pełne są opisów polskich wad narodowych – warcholstwa, niegospodarności, nieroztropności. Nad żadną autor Trylogii nie ubolewa jednak tak bardzo, jak nad zdradą – cyniczną, bezkarną i niestety – wcale nierzadką. Jeden z najznakomitszych esejów Jarosława Marii Rymkiewicza został poświęcony rozważaniom, prowadzącym do wniosku, że oczyszczenie elit ze zdrajców być może uchroniłoby Polskę przed największymi narodowymi katastrofami. Tezę tę zdają się uzasadniać dokumenty, zdobyte przez powstańców w czasie insurekcji kościuszkowskiej. Udowodniły one, że duża część osób, piastujących w XVIII-wiecznej Polsce kluczowe funkcje państwowe, za złoto od zaborczych mocarstw wykonywała zadania, przybliżające nasze państwo do wymazania go z mapy Europy. Wypłacane przez dziesięciolecia tajne, comiesięczne pensje, ułatwiały blokowanie reform, niezbędnych do ratowania Polski. Za pieniądze usypiano czujność opinii publicznej, antypolskie kreatury nagłaśniano jako rzekomych narodowych bohaterów i namaszczano je na moralne autorytety. Przekupieni doprowadzali do tego, że służby dyplomatyczne Rzeczpospolitej działały nie dla jej korzyści, lecz na jej zgubę. Nagłaśniały za granicą jak najgorszy wizerunek Polski, formowały gremia, wzywające obcych do ingerowania w wewnętrzne sprawy spotwarzanego państwa. A potem przyczyniały się do zatwierdzania przez polskich przedstawicieli kolejnych aktów rozbioru. Znamy nawet cenę transakcji, skutkiem których niektórzy posłowie czy ministrowie stawali się bogaczami, w zamian za przyłożenie się do zlikwidowania naszego państwa. Budżet Imperium Rosyjskiego, w stu kilkudziesięciu ratach, wydał na to łącznie pół miliona dukatów. Mamy więc w polskiej historii dobitny dowód, że znaczną część polskiej elity politycznej można kupić. I że znacząca część polskiej elity politycznej naprawdę mogła podjąć się współudziału w likwidacji polskiej państwowości.

Nasuwa się pytanie: czy coś podobnego możliwe jest także dzisiaj? W latach 1932-1939 człowiekiem nr 1 od spraw relacji ze Związkiem Sowieckim w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, kierowanym przez Józefa Becka, był pewien pułkownik, znany szefowi polskiej dyplomacji jeszcze ze wspólnej walki w Legionach. Beck polegał na nim jak na Zawiszy. Kiedy na pytanie, czy coś Polsce zagraża od wschodu słyszał, że „na pewno nic”, Beck był pewien, że bez wątpienia tak jest. Prof. Paweł Wieczorkiewicz ustalił, że to usypianie czujności polskiego państwa było wynikiem opłacania zdrajcy przez sowiecki wywiad.

Do równie wstrząsających wniosków doszedł prof. Edward Malak, badający okoliczności przedziwnych kontraktów handlowych, tuż przed wybuchem wojny polegających na sprzedaży najbardziej potrzebnej Polsce broni – myśliwców i dział przeciwlotniczych. We wspomnieniach żołnierzy, we wrześniu 1939 mobilizowanych na terenie wschodnich województw II RP, nierzadkie są postacie pułkowników, docierających do jednostek, by poinformować, że wkraczający Sowieci są sojusznikami. W obcej agenturze, rozpoznanej w części gremiów dowódczych, może kryć się też geneza rozkazów, wydawanych jakby w interesie wroga, którym nie mógł się nadziwić np. Stanisław Skalski w książce „Czarne krzyże nad Polską”.

Dziś nie mamy wojny, ale doświadczyliśmy bezliku umów i transakcji, w minionym trzydziestoleciu zawartych z jednoznaczną szkodą dla Polski. Czy w każdym przypadku były to to tylko błędy, które rzecz jasna, się zdarzają? Mamy polskich profesorów historii, ze wszystkich sił starających się udowodnić, że główną rolą Polaków w czasie II wojny światowej było ściganie się z Niemcami w ludobójstwie. Liczni beneficjenci niemieckich stypendiów piorą dziś mózgi polskich studentów mitologiami niemieckich cierpień, rzekomo zaznanych od Polaków, spreparowanymi dokumentami polskiego udziału w Holokauście czy „dowodami jednoznacznej niemieckości” polskich ziem zachodnich. Za pieniądze polskich podatników powstały w Polsce muzea upowszechniające nieprawdziwe, a szkodzące Polsce przekonania. Lista podobnych faktów byłaby niesłychanie długa, a nie przypuszczam, żeby były one li tylko skutkami „wypadków przy pracy”. Czy można więc liczyć na to, że we współczesnych polskich elitach mniej liczny jest komponent postaci gotowych do oddania się na służbę przeciwników Polski? Czy cokolwiek uzasadnia nadzieję, że pod tym względem jest dziś lepiej niż w poprzednich wiekach?

Wybór należy do Polaków

Część problemu antypolskiej działalności rozwiązać można przyjęciem prostej zasady. Wolność słowa wprawdzie uprawnia do publikowania także antypolskich książek, filmów, czy spektakli, ale nie oznacza to, że muszą one być utrzymywane z polskich funduszy publicznych. Nauczyciel czy urzędnik państwowy także ma prawo być orędownikiem każdych poglądów. Prawa tego nie może ograniczać to, czy z przekonań jest on socjalistą, konserwatystą czy nacjonalistą. Od osób pełniących taką funkcję państwo polskie ma jednak prawo wymagać, by to właśnie państwo polskie należało do naczelnych wartości, swoją działalnością urzeczywistnianych przez polskiego urzędnika czy nauczyciela. Po prostu – każdy polski nauczyciel czy urzędnik musi być polskim państwowcem i mam nadzieję, że wreszcie w moim kraju tak elementarne kryterium, w stosunku do urzędników, nauczycieli czy profesury uniwersyteckiej będzie egzekwowane. Inaczej ma się rzecz z reprezentantami, wyłanianymi drogą demokratycznego wyboru. Każdy ma prawo być przeciwnikiem państwa polskiego i każdy, o ile z jakichś przyczyn nie utracił biernego prawa wyborczego, może kandydować w wyborach. Od wyborców zależy, kto Polskę będzie reprezentował. Wśród pochodzących z Polski eurodeputowanych właśnie kończącej się kadencji jest wielu takich, którzy interesom Polski przysłużyli się jednoznacznie żle. Pomimo tego, z niskiego poziomu frekwencji w wyborach do Parlamentu Europejskiego wynika, że większość Polaków wybory te uważa za mało ważne. Jeśli tak będzie i tym razem – na kolejne pięć lat zapewnimy obecność w Parlamencie Europejskim współautorom kolejnych rezolucji, wymierzonych w Polskę, niestrudzonym producentom narracji, budujących zohydzony wizerunek naszego kraju.

Warto, by większa niż dotychczas część Polaków uświadomiła sobie, że nieuczestniczenie w wyborach do Europarlamentu często równa się wprowadzeniu do niego ludzi myślących kategoriami najbardziej obcymi polskim interesom. A stoimy przed szansą wypełnienia polskich miejsc w Parlamencie Europejskim rzecznikami, a nie przeciwnikami naszej ojczyzny.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej