Czy grozi nam polexit?

Czy grozi nam polexit?- Andrzej Ge\lberg Gdy 8 czerwca 2003 r. Polacy udali się do urn, żeby wziąć udział w referendum akcesyjnym dotyczącym przystąpienia naszego kraju do Unii Europejskiej – dominowała manifestowana euforia, co zresztą dzień później potwierdziły wyniki. 77,45 procent było „za”.

Czy grozi nam polexit?- Andrzej Ge\lberg

Gdy 8 czerwca 2003 r. Polacy udali się do urn, żeby wziąć udział w referendum akcesyjnym dotyczącym przystąpienia naszego kraju do Unii Europejskiej – dominowała manifestowana euforia, co zresztą dzień później potwierdziły wyniki. 77,45 procent było „za”.

Jako umiarkowany eurosceptyk należałem do mniejszości głosującej „przeciw”, a na moją decyzję przy urnie wpłynęły dwa wcześniejsze wydarzenia: telefon od Anny Walentynowicz i długa rozmowa z Włodzimierzem Bukowskim, rosyjskim dysydentem od kilkudziesięciu lat mieszkającym w Wielkiej Brytanii.

Rozmowy z Walentynowicz i Bukowskim

Kilka miesięcy przed wyznaczoną datą referendum akcesyjnego zadzwonił telefon i usłyszałem głos pani Anny.

– Panie Andrzeju, Polska jest zagrożona, organizuję trzy seminaria w Gdańsku, Warszawie i Krakowie i chciałabym, żeby wygłosił pan swój referat w Krakowie.

– Ale na jaki temat? – spytałem zaskoczony.

– O zagrożeniach jakie łączą się z przystąpieniem naszej ojczyzny do Unii Europejskiej.

– Ale skąd pani wie, czy ja nie jestem euroentuzjastą? – próbowałem ochłonąć.

– Już ja pana znam i wykluczam taką możliwość – stwierdziła kategorycznie, dodając tym samym tonem, że mam wygłosić referat w Krakowie. Spytałem nieśmiało: ale dlaczego w Krakowie, a nie w Warszawie, w której mieszkam?

– Jadwiga Staniszkis też jest z Warszawy, ale referat wygłosi w Gdańsku – stwierdziła pani Anna i już wiedziałem, że wszelki opór jest bezskuteczny. Z wdzięcznością przyjąłem łaskawą zgodę na samodzielny wybór tematu.

Dwa tygodnie po tej rozmowie, gdy usilnie zastanawiałem się, co też mam powiedzieć w Krakowie, do Warszawy zawitał Wołodia Bukowski. Przyjechał do naszego kraju, gdzie zorganizowano mu kilka spotkań, na których przestrzegał Polaków przed przystąpieniem do Unii Europejskiej. Był to – w kontekście wyznaczonego mi przez autokratyczną panią Annę zadania – szczęśliwy zbieg okoliczności. Znałem Wołodię od dobrych kilku lat, zawsze ceniłem jego nieprzeciętną inteligencję i głęboką erudycję. Wizja Bukowskiego była zaiste kasandryczna – w swojej argumentacji posługiwał się paralelą pomiędzy Związkiem Sowieckim, którego już nie było, a Unią Europejską, która jaśniała i kusiła wtedy pełnym blaskiem.

– Czy nie dostrzegasz – przekonywał Wołodia – podobieństwa pomiędzy Komisją Europejską, a Biurem Politycznym KPZR. I tam i tu byli ludzie, których nikt nie wybierał, którzy tak naprawdę stanowili układ wsobny.

– Ale przecież w Brukseli jest Parlament Europejski – próbowałem polemizować.

– W Moskwie też był parlament, Rada Najwyższa ZSRR – zgasił mnie Wołodia.

– Ale Związek Sowiecki w swoich 16 republikach prowadził politykę rusyfikacji i swoistej „pieriekowki”, żeby stworzyć „człowieka sowieckiego” – nie dawałem za wygraną.

– Unia Europejska robi to samo, tylko metodami bardziej subtelnymi i dalekosiężnymi – celem ostatecznym ma być atrofia państw narodowych z równoczesnym zglajszachtowaniem i podcinaniem korzeni tożsamościowych, w pierwszej kolejności mniejszych narodów. Czyż nie zmierza się do tego, żeby nowym człowiekiem był „Europejczyk”, a Polak, Litwin, Czech ,Holender itp. miał trafić do lamusa?

Po tych rekolekcjach pojechałem do Krakowa z referatem „Zagrożenia dla polskiej duchowości i tożsamości w kontekście wstąpienia do Unii Europejskiej”.

15 lat później

Do roku 2015 nasze stosunki z centralą w Brukseli układały się wyśmienicie. Byliśmy grzeczni, ulegli, premier Donald Tusk stawał na baczność przed kanclerz Angelą Merkel, która de facto grała pierwsze skrzypce w europejskiej wspólnocie, starannie przy tym dbając o interesy własnego kraju. Gdy nam zabroniono wsparcia ze strony państwa dla będących w kryzysie stoczni w Gdyni i Szczecinie, co doprowadziło do ich upadku, w tym samym czasie Niemcy dofinansowały stocznię w Rostoku.

Gdy w Puszczy Białowieskiej podjęto walkę z szkodnikiem „drukarzem”, wycinając chore drzewa, Bruksela wymusiła pod groźbą na Polsce zaprzestanie tej „chirurgicznej operacji”. Chwilę później wycinką drzew w Republice Federalnej pod cele deweloperskie już nikt się nie interesował. Forma szczególnej omnipotencji Brukseli działającej w wielu sprawach pod dyktando Berlina spowodowała, że w wielu krajach należących do Unii euroentuzjazm gwałtownie spadł. Bezspornie jednym z istotniejszych powodów decyzji Brytyjczyków o opuszczeniu Unii było ograniczanie ich suwerenności. Dumny Albion nie chciał iść na pasku brukselskich biurokratów.

Polska za rządów PO-PSL była grzecznym chłopcem i nie stwarzała problemów. Wszystko się zmieniło, gdy w wyniku wyborów 2015 r. nastąpiła „dobra zmiana” i władzę objął PiS, a przedstawiciele ancien reżimu ze swoją doktryną „ulica i zagranica” znaleźli sojuszników w Brukseli. No i zaczęło się młotkowanie. Wielki przyjaciel Polski – bo tak się przedstawia – wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans założył togę prokuratorską i, rzecz jasna z troską, zaczął wygłaszać filipiki pod adresem polskich władz: prezydenta, rządu i parlamentu. Szczególnie nie spodobała się mu reforma sądownictwa, a także zdiagnozował pojawienie się w Polsce licznych ognisk faszyzmu. Trzeba dodać, że w tych atakach na Polskę nie jest w Brukseli bynajmniej odosobniony. Warte odnotowania jest również to, że gdy w krytykowaniu polskich władz brakuje formalnego konkretu, przywołuje się Ojców Założycieli i zakreślone przez nich standardy wspólnoty europejskiej, zapominając zarazem, że wykreślając odwołanie się między innymi do tożsamości chrześcijańskiej z preambuły konstytucji UE, sprzeniewierzyli się przesłaniu i przestrodze Roberta Schumana: „Europa będzie chrześcijańska albo nie będzie jej wcale”.

W tym kontekście aż dziw bierze, że w Polsce społeczeństwo w znakomitej większości akceptuje naszą obecność w Unii Europejskiej, czego nie można powiedzieć o wielu innych krajach, gdzie liczba eurosceptyków rośnie.

Strach to na Lachy?

W czasie samorządowej kampanii wyborczej politycy „opozycji totalnej”, znając bardzo wysoki poziom akceptacji społeczeństwa dotyczący naszej obecności w UE, zaczęli straszyć, że PiS pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego zmierza do wyprowadzenia Polski z tej europejskiej wspólnoty. I na nic powtarzane od 15 lat jak mantra zapewnienia Kaczyńskiego, że zawsze był i jest za naszą obecnością w UE, chociaż Unia wymaga koniecznej reformy i nie jest w tym zdaniu o Europie odosobniony. Atakujący prezesa PiS, chcąc wzbudzić lęk w społeczeństwie, używają znane erystyczne frazy.

– Jestem głęboko przekonany, że wprawdzie Kaczyński zapewnia, że jest za naszą obecnością w Unii, ale to przecież cynik i hipokryta i w gębi duszy marzy, żeby nas wyprowadzić – twierdzi Grzegorz Schetyna.

Wtóruje mu Katarzyna Lubnauer: – Wszystko wskazuje na to, że Kaczyński chce zrobić to co Brytyjczycy.

Te groźby oparte na „głębokim odczuciu”, „wierze”, czy „intuicji kobiecej” nie mają większej wartości, ale swoją rolę w wyborach samorządowych odegrały – według szacunków Zjednoczona Prawica straciła w wyniku tej akcji 1-2 procent poparcia.

Droga jednokierunkowa

Unię Europejską można opuścić w wyniku własnej decyzji, jak to uczyniła Wielka Brytania. Innej możliwości nie ma. Bruksela może grozić palcem, stawiać do kąta, próbować ograniczać fundusze (co akurat nie jest takie proste), nakładać kary finansowe. Ale nie może żadnego z krajów członkowskich wykluczyć ze swojego grona.

Traktat Nicejski takiej możliwości nie przewiduje! 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej