Raport laudatora- Andrzej Gelberg

Założone przez Jana Pietrzaka przed ośmiu laty Towarzystwo Patriotyczne miało jasno wyznaczony główny cel – postawienie w stolicy Łuku Triumfalnego w setną rocznicę zwycięstwa nad bolszewikami w Bitwie Warszawskiej. Niejako w trakcie realizowania tego celu, Towarzystwo organizuje co roku, tradycyjnie w listopadzie, koncert galowy „Żeby Polska była Polską”, na którym laureaci otrzymują statuetkę i dyplom honorowy.

Założone przez Jana Pietrzaka przed ośmiu laty Towarzystwo Patriotyczne miało jasno wyznaczony główny cel – postawienie w stolicy Łuku Triumfalnego w setną rocznicę zwycięstwa nad bolszewikami w Bitwie Warszawskiej. Niejako w trakcie realizowania tego celu, Towarzystwo organizuje co roku, tradycyjnie w listopadzie, koncert galowy „Żeby Polska była Polską”, na którym laureaci otrzymują statuetkę i dyplom honorowy.

W połowie października zadzwonił do mnie Janek Pietrzak. Usłyszałem w słuchawce: – Kapituła naszej corocznej nagrody wybrała laureatów. Masz na naszej gali – powiedział tonem kategorycznym – wygłosić laudację dla Stanisława Srokowskiego. Znam Janka od kilkudziesięciu lat i wiedziałem, że wszelki opór jest daremny.

Czytałem wcześniej kilka książek laureata, jedną, którą się zachwyciłem, zrecenzowałem, ale chcąc dobrze wykonać wyznaczone mi zadanie, zanurzyłem się w lekturze. Efektem tego była laudacja, którą wygłosiłem 18 listopada w warszawskim hotelu Regent.

 

Czcigodny Laureacie! Szanowni Państwo!

Jestem zaszczycony i szczęśliwy, że przyszło mi wygłosić laudację na cześć wyróżnionego przez kapitułę Towarzystwa Patriotycznego nagrodą „ Żeby Polska była Polską” – STANISŁAWA SROKOWSKIEGO, prozaika, poety, dramaturga, krytyka literackiego, tłumacza literatury greckiej, ukraińskiej i rosyjskiej.

Dorobek literacki naszego laureata jest zaiste imponujący i różnorodny. Składa się nań kilkadziesiąt powieści i opowiadań, kilkanaście tomików poetyckich, kilkanaście książek dla dzieci i młodzieży, kilka sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych, ale także praca przy wydaniu zbioru wierszy współczesnych poetek greckich i ukraińskich, gdzie wystąpił w roli tłumacza.

Droga Stanisława Srokowskiego do polskiej literatury – nie zawaham się powiedzieć: wielkiej polskiej literatury – bynajmniej nie była prosta.

Urodził się w rodzinie chłopskiej w 1936 roku we wsi Hnilcze, koło niewielkiej mieściny Podhajec, w powiecie tarnopolskim. I tam w roku 1943 ten siedmioletni wówczas chłopiec zetknął się z wydarzeniami, które przeszły do historii pod mrożącą krew w żyłach nazwą „rzezi wołyńskiej”. Zamordowani zostali w sposób niezwykle bestialski, co było cechą charakterystyczną tych wydarzeń, członkowie jego najbliższej i dalszej rodziny: dziadek, ciotka, kuzyn… On wraz z rodzicami cudem ocalał i już po zakończeniu wojny znalazł się na tzw. ziemiach odzyskanych – w Mieszkowicach, nieopodal Szczecina. Tam ukończył szkołę podstawową, maturę uzyskał w Dębnie, potem przez rok był nauczycielem w wiejskiej szkole, a po ukończeniu studiów polonistycznych w opolskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej kontynuował karierę nauczycielską w Technikum Energetycznym w Opolu. W wyniku tzw. wydarzeń marcowych roku 1968 musiał – za przyjęcie i manifestowanie nieakceptowanej przez partię postawy – pożegnać się ze szkołą. W następnych latach w różnych okolicznościach także tracił pracę. Reasumując: w sprawach bytowych właściwie ciągle miał pod górę.

Ale zostawmy już biografię, przejdźmy do literatury. Nasz laureat debiutował stosunkowo wcześnie, bo już w roku 1958 w Opolu, chociaż na pierwszą publikację książkową musiał czekać blisko dekadę – był to tomik poetycki „Ścięte ptaki” (1967), a na prozatorski debiut książkowy „Przyjść, aby wołać” – kolejne 9 lat. I choć od razu dla wielu czytelników, a także niektórych krytyków literackich stało się jasne, że na polskim rynku wydawniczym – a nie zapominajmy, że były to czasy PRL-u – pojawił się poeta i prozaik niezwykle utalentowany, że mamy do czynienia z pisarzem bezspornie wybitnym, operującym własnym, przebogatym językiem, który – jeśli narracja tego wymaga – potrafi utrzymać w ryzach. Pisarza dysponującego ponadto świetnym warsztatem kompozycyjnym, co szczególnie jest widoczne w jego wierszach i krótkich opowiadaniach. Ale w tym miejscu trzeba koniecznie odnotować, że również z możliwością publikowania Stanisław Srokowski miał w PRL-u pod górę. Cenzura dosyć szybko namierzyła naszego laureata i poza tomikami poetyckimi, zdołał wydać zaledwie kilka powieści, wśród których „Repatrianci” przeleżeli na półkach „Czytelnika” kilka dobrych lat, a w powstrzymaniu druku tej znakomitej książki opisującej losy kresowiaków, którzy musieli opuścić własną ojcowiznę, interweniował sam sowiecki ambasador Awierkij Aristow.

Ale ślady aktywności cenzury są szczególnie widoczne, gdy czyta się książki wydane już w wolnej Polsce, poświęcone zbrodni wołyńskiej. W książkach wydanych w PRL-u – „Walka kogutów” i „Duchy dzieciństwa” – Stanisław Srokowski nie może wypowiadać się pełnym głosem, cenzura czuwa, a temat „rzezi wołyńskiej” był właściwie zakazany przez posłusznych Moskwie politruków i miał być zapomniany. Dopiero w III RP, i też nie bez pewnych trudności, ukazują się książki: „Ukraiński kochanek”, „Zdrada”, „Ślepcy idą do nieba”, „Nienawiść”, a także zbiór opowiadań pod wspólnym tytułem „Strach”. Czytanie tych książek nie jest łatwe. Srokowski, trzymając swój język na wodzy, opisuje rzeczy straszne, bestialskie mordy. Relacje odbierają czytelnikowi sen. Ale też autor nie poprzestaje tylko na opisie zbrodni, gdzieś między wierszami gnieździ się dręczące pytanie: Jak to było możliwe, żeby ludzie żyjący od pokoleń w symbiozie, może nie zawsze przyjaznej, mogli jedni drugim – w tym przypadku Ukraińcy Polakom – zgotować tak straszliwy los? Autor nie daje łatwych odpowiedzi, zauważa jedynie, że chore ideologie mogą w szczególnych okolicznościach wyzwolić szaleństwo nienawiści, prowadzące do zbrodni. W opisie wydarzeń, które objęły również jego rodzinę, nie ma tonu nienawiści, Srokowski odnotowuje skrupulatnie postawę tych Ukraińców, którzy próbowali ratować swoich polskich sąsiadów, z reguły za tę pomoc płacąc życiem. Taka postawa może budzić nadzieję.

Nasz laureat, a wskazują na to jego biografia i książki poświęcone „zbrodni wołyńskiej”, miał imperatyw kategoryczny, że to co w latach 1943-44 zdarzyło się na Wołyniu nie może być zapomniane. W „Przesłaniu pana Cogito” Zbigniewa Herberta jest taka fraza, która nie opuszczała mnie przy pisaniu tej laudacji: „ocalałeś nie po to żeby żyć, masz mało czasu, trzeba dać świadectwo”.

W krótkiej z natury rzeczy laudacji, trudno jest bardziej dociekliwie i wszechstronnie omówić dorobek pisarski naszego laureata. Warto może odnotować całkiem współczesną trylogię polityczną: „Barbarzyńcy u bram”, „Spisek barbarzyńców” oraz „Barbarzyńcy w salonie”. Od kilku lat Stanisław Srokowski – mój kolega redakcyjny – na łamach „Obywatelskiej” opiekuje się bardzo młodymi ludźmi marzącymi o parnasie literackim.

Jesteśmy na gali Towarzystwa Patriotycznego, więc na zakończenie, chciałbym zadedykować naszemu laureatowi króciutki wiersz, który zapewne wszyscy znają – gdy chodziłem do szkoły podstawowej, był w czytankach do 5 klasy, teraz go nie ma.

 

Święta miłości kochanej ojczyzny,

Czują cię tylko umysły poczciwe!

Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,

Dla ciebie pęta, więzy niezelżywe.

Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,

Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe,

Byle cię można wspomóc, byle wspierać,

Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

 

Moja laudacja została przyjęta życzliwie przez publiczność, a także przez laureata. Stanisław Srokowski, dziękując kapitule za to honorowe wyróżnienie, a także kierując kilka ciepłych zdań pod moi adresem, sprostował, że użyty przy Podhajcach termin „mieścina” jest niestosowny, gdyż było to miasto całą gębą, znane między innymi z tego, że urodzili się tam Tadeusz i Jan Łomniccy. Przyjąłem tę uwagę z pokorą, ale po powrocie do domu sprawdziłem, że w spisie z 1938 r. żyło w tym mieście około 6 tysięcy mieszkańców.

Już tylko dla porządku trzeba koniecznie podać nazwiska pozostałych laureatów: w dziedzinie polityki – premier Mateusz Morawiecki, w szeroko rozumianej kulturze – wybitny grafik Wojciech Korkuć, Leszek Sosnowski – właściciel wydawnictwa „Biały kruk” i Andrzej Kołakowski, poeta i pieśniarz. I ostatni laureat – Andrzej Rozpłochowski, jeden z czołowych i najdzielniejszych działaczy Solidarności lat 1980-89.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej