Byliśmy tam dla Polski!

Byliśmy tam dla Polski! W rocznicę strajku w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie.- Bogdan Kaczorkiewicz, Dariusz Tomczak, Eugeniusz Wójcik.

Byliśmy tam dla Polski!

W rocznicę strajku w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie.- Bogdan Kaczorkiewicz, Dariusz Tomczak, Eugeniusz Wójcik.

Strajk w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie trwający od 25 listopada do 2 grudnia 1981 r. został nazwany „próbą generalną” dla władz przed wprowadzaniem stanu wojennego w Polsce. Podchorążowie WOSP sprzeciwili wyłączeniu ich uczelni spod ustawy o szkolnictwie wyższym i nadaniu jej paramilitarnego charakteru. Wydarzenia roku 1968 głęboko zapadły w ich pamięci, kiedy to komendant uczelni, Krzysztof Smolarkiewicz, wyprowadził podchorążych do tłumienia protestów studenckich. Ten fakt był dla nich sygnałem, że mogą zostać wykorzystani do innych celów niż ochrona przeciwpożarowa ludzi i mienia. Postanowiłem zadać kilka pytań trzem świadkom historii tamtych dni, którzy wraz z sześćdziesięcioma kolegami nie powrócili na uczelnię, bo nie podpisali deklaracji lojalności wobec władzy komunistycznej. Bogdan Kaczorkiewicz, Dariusz Tomczak i Eugeniusz Wójcik do dziś walczą o przywrócenie honoru podchorążego i zrehabilitowanie bohaterów tamtych dni.

Okres od września 1980 roku do grudnia roku 1981 obfitował w wiele protestów i strajków. Niektóre z nich były prowokowane przez władze w ramach realizowanej przez resort spraw wewnętrznych polityki „odcinkowych konfrontacji". Ten czas nazywano „karnawałem Solidarności.” Jak studenci Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie postrzegali sytuację w kraju?

Eugeniusz Wójcik: Studia na WOSP rozpocząłem w sierpniu 1980 roku. Po egzaminach przyjechałem do Warszawy na tzw. okres kandydacki w Bazie Leśnej w Zamczysku Nowym, czyli wybudowanym w Puszczy Kampinoskiej obozie. Naszym obowiązkiem było codzienne oglądanie dziennika telewizyjnego o godzinie 19.30 oraz spotkania z oficerem politycznym i komendantem Smolarkiewiczem, którego wszyscy traktowali jak osobę nietykalną. Przed wyjazdem na studia wiedziałem, że strajkują robotnicy w Lublinie. Do Bazy docierały tylko te informacje, które chciała przekazać nam władza szkoły. Nie dopuszczano do nas informacji z zewnątrz. Wiedziałem, że w sierpniu 1980 r. do szkoły wezwano podchorążych IV roku i wprowadzono stan podwyższonej gotowości bojowej z zakazem opuszczania koszar. Był to sygnał, że sytuacja w kraju jest wyjątkowa i podchorążowie są potrzebni w Warszawie. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy pod koniec września 1980 r. usłyszeliśmy o nastrojach panujących w społeczeństwie, słychać było wycie syren ogłaszających strajki, widzieliśmy tramwaje i autobusy stojące na ulicach Warszawy.

Z pewnością napięcie rosło również na terenie WOSP. Co było czynnikiem przełomowym, po którym zapadła decyzja o rozpoczęciu strajku? Jakie były reakcje wśród podchorążych na informację ogłoszoną 15 listopada 1981 r., że WOSP ma być uczelnią militarną?

Dariusz Tomczak: Od momentu ogłoszenia, że nasz WOSP będzie szkołą Ministerstwa Spraw Wewnętrznych gen. Z. Kiszczaka, rozpoczęły się gorące dyskusje. Wiedzieliśmy, że szkoła będzie służyła resortowi spraw wewnętrznych. Każdy kto zgłosi do niej akces będzie zmuszony podpisać deklarację lojalności. Była ona zobowiązaniem do wykonywania wszelkich rozkazów i przyjęcia do wiadomości, że szkoła na charakter paramilitarny. Żadne władze akademickie nie będą miały wpływu na jej charakter ani na los słuchaczy. WOSP była dotąd uczelnią niemilitarną, służącą społeczeństwu. Wybrałem mundur pożarniczy jako symbol poświęcenia w ratowaniu ludzkiego życia i mienia. Nie zdawano sobie sprawy, że sytuacja jest poważna i niebezpieczna szczególnie dla podchorążych WOSP. Na uczelni zapanowała atmosfera mało sprzyjająca nauce, powtarzały się nocne alarmy, dodatkowe musztry i prace. Ostatecznie ogłoszono stan podwyższonej gotowości, co oznaczało zamknięcie nas w murach uczelni i izolację od świata zewnętrznego. Coraz trudniej było rozmawiać z kadrą oficerską. Staraliśmy się wynegocjować porozumienie, żeby ci, co zaczęli naukę w szkole nieparamilitarnej mogli ją dokończyć na dotychczasowych zasadach, nowi, z całą wiedzą na temat charakteru SGSP, niech do niej wstępują. Idea porozumienia była konsekwentnie odrzucana, bo nikt nie chciał słuchać niezadowolonych podchorążych.

Jakie działania prowadziła władza, aby wywrzeć presję na strajkujących i zmusić ich do wycofania się ze strajku? Ze źródeł możemy się dowiedzieć, że preparowano telegramy do członków rodzin, aby zabrały swoich ze strajku, czy stosowano również inne formy nacisku?

Eugeniusz Wójcik: Na początku protestu wieczorem 24 listopada 1981 roku władze szkoły próbowały zakończyć protest stosując represje fizyczne włącznie z groźbami użycia broni. Trzeba podkreślić, że żaden oficer pożarnictwa nie przybył do protestujących. Były natomiast odezwy Zakładowych Komisji „Solidarności” popierające protest. Wkrótce służby MSW zaczęły ogłaszać przez megafony, że strajk jest nielegalny, że jesteśmy formacją MSW i nie mamy prawa strajkować, że zostaniemy obciążeni kosztami kształcenia. Potem pojawiły się zapewnienia, że ci, którzy opuszczą strajk, mogą udać się do komend wojewódzkich lub komendy głównej i będą mogli studiować pożarnictwo, natomiast dla pozostałych droga kariery pożarniczej będzie zamknięta. Część strajkujących uległa propagandzie i opuściła strajk, czasami w ukryciu przed innymi strajkującymi. Miałem nieodparte wrażenie, że moi rodzice byli dumni z mojej postawy, chociaż zdawali sobie sprawę, że nie pomagam w karierze mojemu bratu. Oprócz presji na członków rodziny, stosowano nieczyste gry. Na przykład wysyłano do podchorążych telegramy od rodzin o ciężkich przypadkach chorób lub zgonów wśród krewnych.

Dariusz Tomczak: Wszelkie działania były ukierunkowane na złamanie solidarności strajkujących i wiary, że postąpiliśmy słusznie. Mieliśmy się czuć odizolowani i osamotnieni. Uczelnię otoczono szczelnym kordonem wojska i policji i odcięto wszelkie kanały informacyjne. Docierały do nas tylko telefony od oficerskich rodzin i telegramy o poważnych zagrożeniach życia naszych najbliższych. Pod szkołę przyjeżdżali funkcjonariusze straży pożarnej, ojcowie i krewni naszych kolegów. Namawiali do zakończenia strajku. I nie wszystkim udało się wytrwać.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej