Kosmos w bieli i czerwieni- Paweł Paweł

Polska obecność w kosmosie jest dzisiaj znacznie bardziej zauważalna i rozpoznawalna niż nagłaśniany w krajach Bloku Wschodniego radziecki lot z polskim kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim. Od lat bierzemy udział w najważniejszych misjach badawczych. W kosmosie mamy także już cztery własne satelity (z tego czwarty od 3 grudnia tego roku) – wytwór młodych naukowców i studentów politechnik. A to dopiero początek.

Polska obecność w kosmosie jest dzisiaj znacznie bardziej zauważalna i rozpoznawalna niż nagłaśniany w krajach Bloku Wschodniego radziecki lot z polskim kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim. Od lat bierzemy udział w najważniejszych misjach badawczych. W kosmosie mamy także już cztery własne satelity (z tego czwarty od 3 grudnia tego roku) – wytwór młodych naukowców i studentów politechnik. A to dopiero początek.

Badania kosmosu wciąż przez politykę i biznes traktowane są po macoszemu – dla obu grup mają lekki posmak fantastyki naukowej. Dla pierwszej ich główną wartością jest oczywisty prestiż. Prestiż Polski na arenie międzynarodowej i argument w kampanii wyborczej, że oto w mijającej kadencji Polakom udało się zdobyć jeszcze jeden do niedawna wydawałoby się nieosiągalny szczyt.

Biznes, jeżeli w sposób oczywisty nie jest związany z branżą kosmiczną, podchodzi do eksploracji kosmosu wyłącznie jak do obszaru zajętego wyłącznie przez naukę. Czy słusznie?

Jak na razie najbardziej dochodowym biznesem związanym z przestrzenią kosmiczną są turystyczne loty w kosmos. Należąca do Richarda Bransona spółka Virgin Galactic 13 grudnia zrobiła próbę generalną pierwszego cywilnego pasażerskiego wahadłowca, po raz ostatni wystrzeliwując go na pod orbitalną wysokość 82 km bez pasażerów. Już za kilka tygodni na statku kosmicznym znajdą się pierwsi cywile – 600 wykupiło bilety po 250 tys. dolarów. Każdorazowo statek zabierze w kosmos kilka osób, więc Richard Branson przez najbliższe lata nie musi martwić się o dochody.

Wysoka składka, ale dobre perspektywy

Kwestia wydobycia i dostarczania na Ziemię zasobów naturalnych z innych planet, czy pasa planetoid, wydaje się jeszcze poza zasięgiem naszych technologii, choć sięgnięcie po te zasoby to kwestia zapewne kilku lat. Wśród korzystających z bogactw bliskiego kosmosu może znaleźć się Polska, która od kilku lat niezauważalnie zaczyna rozpychać się łokciami w Układzie Słonecznym. choć jest to inwestycja pochłaniająca niemałe pieniądze. Odkąd w listopadzie 2012 roku staliśmy się dwudziestym państwem członkowskim Europejskiej Agencji Kosmicznej, wpłacamy do budżetu Agencji składkę o wartości około 30 milionów euro rocznie. Bezspornie jednak polskich firmom i ośrodkom badawczym otworzyło to drogę do szybszego rozwoju technologii kosmicznych i technik satelitarnych – poprzez możliwość pełnoprawnego uczestnictwa w większości programów Agencji i głębszą współpracę z amerykańską NASA.

Obecnie mamy kilkanaście komercyjnych spółek zajmujących się wyłącznie branżą kosmiczną i żyjących z intratnych, choć niełatwych kontraktów z NASA, czy Europejską Agencją Kosmiczną. Przykładem takiej współpracy jest głośny niedawno Kret firmy Astronika – instrument, który z amerykańską sondą InSight dotarł na Marsa i wbija się głęboko w marsjański grunt badając skład i strukturę gruntu Czerwonej Planety. Kret jest rewolucyjnym urządzeniem zaprojektowanym i skonstruowanym przez Astronikę we współpracy z licznymi polskimi placówkami badawczymi, którego zadaniem będzie wkopanie się na głębokość około pięciu metrów i zbadanie temperatury planety, aby dowiedzieć się, jak gorące jest jej wnętrze. Urządzenie RISE na podstawie anomalii w obrotach Marsa pozwoli naukowcom ustalić, jak bardzo płynna jest jego centralna część. Połączenie tych informacji umożliwi nam w zupełnie nowy sposób spojrzeć na strukturę planet skalistych w Układzie Słonecznym. Kret nie jest jedynym polskim akcentem w tej misji, gdyż Jerzy Gregorczuk z Astroniki pełni funkcję „co-investigator” misji NASA. Już wcześniej zdobył doświadczenie, projektując penetrator MUPUS dla misji Rosetta – pierwszej wysłanej w kierunku komety.

Lądujemy wszędzie

MUPUS (MUlti PUrpose Sensor for surface and subsurface science) jest zaawansowanym mechanicznie manipulatorem, wyposażonym w penetrator, którego zadaniem było wbicie się w powierzchnię komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Penetrator zawiera szereg detektorów, które po lądowaniu na komecie w 2014 r. pozwoliły na zbadanie właściwości fizycznych i składu jądra komety. W Polsce opracowano oraz zbudowano także czujnik do pomiaru temperatury i przewodnictwa cieplnego Sensor THP. Czujnik ten został zamontowany na pokładzie lądownika Huygens, który w styczniu 2005 r. wylądował na powierzchni Tytana, księżyca Saturna, najdalszego ciała w Układzie Słonecznym, na którym wylądował jakikolwiek statek z Ziemi.

Polscy inżynierowie opracowali system zasilania oraz skaner służący do wyznaczania kierunku pomiaru dla Planetarnego Spektrometru Fourierowskiego (PFS), którego zadaniem była analiza widma promieniowania odbitego i emitowanego przez powierzchnię i atmosferę Marsa. Polacy byli na Marsie już wcześniej. Słynny łazik Curiosity, badający od 2012 roku powierzchnię Marsa, wyposażony jest w przestrajalny spektrometr laserowy, w skład którego wchodzą zaprojektowane i wyprodukowane przez firmę VIGO System niechłodzone detektory podczerwieni MCT. Zadaniem spektrometru jest zbieranie informacji o środowisku panującym na powierzchni Marsa. Badania wszystkich misji z udziałem Polaków mają być podstawą do pierwszego załogowego lotu na tę planetę.

W Centrum Badań Kosmicznych PAN w Warszawie powstały zaś kluczowe elementy lokalnego oscylatora dla heterodynowego spektrometru dalekiej podczerwieni (HIFI) wystrzelonego w 2009 r. teleskopu kosmicznego Herschel Space Observatory. Urządzenie służy m.in. do wyjaśniania powstawiania galaktyk i formowania się gwiazd oraz badaniu obłoków gazowo-pyłowych i materii komet.

Biało-czerwony żagiel

Niedawno, bo 3 grudnia na orbicie okołoziemskiej znalazł się satelita PW-Sat 2 (PW to skrót od Politechniki Warszawskiej, której studenci wyjątkowo upodobali sobie budowę sztucznych satelitów). Jest to czwarty, w pełni polski sztuczny satelita, którego budowa i wysłanie w kosmos kosztowały milion złotych. Jest maleńki – to prostopadłościan, o wymiarach 20 x 10 x 10 cm i masie niewiele ponad 2,5 kg. Jego celem jest przeprowadzenie szeregu eksperymentów, zaś na jego pokładzie znalazły się dwa innowacyjne rozwiązania, które studenci z Warszawy opracowali samodzielnie.

Jednym z nich jest system deorbitacji oparty na żaglu o powierzchni czterech metrów kwadratowych i grubości zaledwie sześciu mikrometrów. Po jego rozłożeniu na niskiej orbicie okołoziemskiej satelita zacznie wytracać swoją prędkość i spłonie w atmosferze ziemskiej, zapobiegając pozostaniu na orbicie i dołączeniu do milionów kosmicznych śmieci, stanowiących potencjalne zagrożenie dla działalności Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS).

Drugim kluczowym elementem satelity jest czujnik słoneczny, pozwalający określić pozycję satelity względem naszej rodzimej gwiazdy. Dzięki niemu studenci będą mogli z dokładnością co do jednego stopnia kątowego określić, jak ustawiony jest PW-Sat2. Na pokładzie znalazł się także komputer pokładowy oparty o platformę CubeComputer V3, panele słoneczne dostarczające zasilanie, system kontroli temperatury oraz płytka payloadu. Obecnie satelita znajduje się na wysokości około 575 kilometrów nad powierzchnią naszej planety.

Sieć planowana przez Polaka

Wcześniej na orbitach okołoziemskich pojawiały się kolejno PW-Sat, LEM oraz Heweliusz – wszystkie będące częścią międzynarodowej konstelacji satelitów astronomicznych BRITE (BRIght-star Target Explorer), budowanych w ramach konsorcjum polsko-kanadyjsko-austriackiego. W przypadku Heweliusza na panelach satelity wygrawerowano logotypy Gdańska i Centrum Hewelianum, w którym prowadzono transmisję on-line ze startu rakiety oraz podjęto udaną publiczną próbę nawiązania połączenia z satelitą. Satelita wyniósł na orbitę kartę pamięci ze zdjęciami pięciu tysięcy Polaków. Imiona dla satelitów Lem i Heweliusz wybrały dzieci w ogólnopolskim konkursie organizowanym przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Ale i sama sieć BRITE ma silny polski akcent – autorem pomysłu, planu naukowego i planów konkretnej realizacji satelitów tej serii był profesor Sławomir Ruciński, polski astronom wykładający na University of Toronto.

W najbliższym czasie BRITE zasili kolejny polski obiekt – pracę nad PW-Sat3 kończą właśnie studenci Politechniki Warszawskiej.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej