Za cenę krwi i rozpaczy- Michał Mońko

Rozglądam się jak buszujący w zbożu. Święta, czas wspomnień. Chciałbym zobaczyć, gdzie jestem w tych czasach zamętu i nicości. Zdaje mi się, że w jakiejś dusznej, zasmrodzonej knajpie. Przebierańcy udają rycerzy i opijają niebyłe przygody wojenne. Brzęk medali miesza się z siorbaniem piwa.

Rozglądam się jak buszujący w zbożu. Święta, czas wspomnień. Chciałbym zobaczyć, gdzie jestem w tych czasach zamętu i nicości. Zdaje mi się, że w jakiejś dusznej, zasmrodzonej knajpie. Przebierańcy udają rycerzy i opijają niebyłe przygody wojenne. Brzęk medali miesza się z siorbaniem piwa.

Opowieści o rzekomo odniesionych ranach zastępują prawdę. Należałoby coś powiedzieć, ale co? Lepiej wyjść z knajpy i pojechać na wieś karmić kozy. A jeśli zawsze tak było? Jeśli zawsze legenda górowała nad prawdą? To znaczy, że mamy zakłamaną historię. Bo co wiemy o wczesnym albo o późnym PRL-u? W istocie nic nie wiemy. Prawdę zastępują bajdy i zwyczajne kłamstwa.

PRL to przywileje fornali, służby dworskiej, hołoty ze Wschodu. To wojna z warstwą kierowniczą narodu. Ta warstwa organizowała Polaków przeciw rusyfikacji, germanizacji i przeciw komunie.

Kiedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej inspektor szkolny zapytał mnie, dlaczego nie mam na szyi czerwonej chusty, odparłem, że zostawiłem tę chustę w domu. „Buty czyszczę tą chustą” – powiedziałem. Inspektor nazywał się Sulewski, pochodził z Sulewa i też uważał, że czerwona chusta nadaje się tylko do czyszczenia butów.

Ale kiedy w zastępstwie nieżyjącego ojca zostałem powołany do odrabiania szarwarku, w miejscu, w którym pracowałem, sekretarz PPR wbił tabliczkę z napisem: „Wróg ludu”. Wroga ludu nikt nie kochał, ba! nawet nikt wroga nie lubił. Wróg ludu miał być podściółka pod nowy ustrój szczęśliwości ludu. Kogo? Najogólniej mówiąc, chodziło o ustrój hołoty wiejskiej i małomiasteczkowej.

Warstwa kierownicza narodu przeznaczona była w PRL do gnoju. Z rana podjeżdżał pod dwór jednokonny wózek utytłany w gnoju i wywoził właścicieli do najbliższego miasteczka albo zwyczajnie za wieś. Niekiedy fornale i służba dworska byli tak dobrzy albo tak przestraszeni, że choć mogli ,nie wywozili aż do 1947 roku. A potem za łapówkę można było załatwić wszystko, nawet pozostanie we dworze.

Czy można zrozumieć miniony czas? W żadnym wypadku. Prowincja, a szczególnie Podlasie, to wielka księga zdarzeń niepojętych. Księga zbrodni i bohaterstwa. Kto dziś chce o tym wiedzieć?

Nic nie skłaniało do uśmiechu

Ot, życie. Dzieci „Groma”, skazanego na śmierć i opisanego przez Turlejską w książce „Te pokolenia żałobami czarne”, chciały żyć. Znienawidzone przez hołotę, przez władzę, przychodziły w niedzielę na obiady do mojej matki Janiny. Poczęstować obiadem dzieci, których ojciec napadł na UB w Grajewie, to było wówczas coś. No i w szkole, porozmawiać z córką „Groma” to był wyczyn, Za ten wyczyn nauczyciel fizyki, działacz PPR walił mnie w głowę kluczem.

Ale najbardziej nie lubiano wówczas żołnierzy WiN i NZW. Żołnierze leśni, ścigani przez UB i konfidentów UB jak dzika zwierzyna, bywali na placówce u moich dziadków w Barszczach pod Augustowem. Niedawno, gdy spotykałem tych niezłomnych, wzruszenie odbierało mi głos. Teraz, gdy zamknę oczy, widzę młodych i starszych pachnących deszczem. Przychodzili nocą, wychodzili nocą, najpierw sześćdziesięciu, zimą w kożuchach. Na koniec było ich kilku, zwanych patrolami NZW.

Po roku 1953 przychodziło trzech, czterech. Broń topili w stawie. Na wiosnę, kiedy mogłem wchodzić boso do stawu, wyciągałem z wody pistolety maszynowe, karabiny. Czyściłem, suszyłem, oliwiłem, składowałem pod podłogą maszynowni.

Leśni potrzebowali jedzenia i wypoczynku. Czasami, w potrzebie, „robili” jakiś bank spółdzielczy. Czasami dostawali zrzuty w ramach operacji emigracji i Anglosasów. Spośród kilkudziesięciu zrzutów, o których wiadomo, dwa zrzuty zimą, na bagnach nad Jegrznią i na jeziorze koło Okuniówka, odbierała moja matka. Pomagałem jej palić w kubłach łojowe świece, widoczne tylko z góry. Spadochron i sznury topiliśmy pod lodem, a rybacy wyciągnęli je później niewodem. Nocą przyjeżdżali jacyś po odbiór zrzuconych pojemników.

W czasach NZW, gdy na murach były wypisywane hasło: „Głosuj na kandydatów Bloku Demokratycznego”, trafiali się ludzie, dla których opozycja antykomunistyczna była, jak dziś, tylko szyldem, przykrywką, interesem. Brali pieniądze, brali kontenery darów, bogacili się, budowali rezydencje w kraju i za granicą. Podobnie było po roku 1980, gdy za pieniądze z Zachodu powstawały osiedla willowe pod Warszawą, w Dębkach nad Bałtykiem, w Kazimierzu nad Wisłą, na Podhalu.

W czasach zwanych stalinowskimi funkcjonariusze UB nie kryli się ze swym bestialstwem i zezwierzęceniem. Zobaczyłem je, gdy pewnego razu wybrałem się z matką na grzyby na bagna biebrzańskie. Między wsiami Kuligi i Ciszewo usłyszeliśmy śpiew. Wyjrzeliśmy zza krzaków jałowców. To funkcjonariusze UB i żołnierze KBW z Grajewa zakończyli obławę i mordowali pochwyconych żołnierzy NZW. Rozstrzeliwali, dobijali bagnetami, ciała palili w dołach. Uciekliśmy w głąb lasu, coraz dalej i dalej.

Zasnąć po takim widoku? Niemożliwe. Uśmiechać się na wiecach, na zabawach ludowych, na uroczystościach szkolnych? Niemożliwe. Zapamiętałem doraźną rozprawę, przeprowadzoną 7 listopada 1946 w Raczkach opodal Augustowa. Miałem wówczas nie więcej niż trzy i pół roku. Sądzony był Karol Naruszewicz ps. „Puszczyk”, żołnierz WiN ze wsi Szczebra. Naruszewicz został przywieziony na rozprawę z piwnicy UB w Augustowie. Świadkiem na „procesie” był funkcjonariusz UB, Jan Szostak, syn robotnika tartacznego w Augustowie.

Po dwudziestominutowej rozprawie sędzia major Ostapowicz skazał Naruszewicza na karę śmierci. Zapiski z procesu mówią, że skazany został rozstrzelany w piwnicy UB w Augustowie. W rzeczywistości UB rozstrzelało skazanego natychmiast po ogłoszeniu wyroku. W miejscu rozstrzelania, pod ścianą chałupy, żołnierze KBW rozsypali przywiezione z tartaku w Augustowie trociny, a ścianę osłonili wiązkami słomy. Strzelało dwu – funkcjonariusz UB i żołnierz KBW, zaś Szostak dobijał strzałem z rewolweru.

I znowu – zasnąć? Uśmiechnąć się? Niemożliwe. Zatem jak żyć w smutku? Nikt nie lubi smutnych. A tu nie było nic, co mogło skłaniać do uśmiechu, do optymizmu. Czekaliśmy na wojnę – to miała być ta optymistyczna zmiana.

Ucieczka z Podlasia była koniecznością

Pewnego razu matka zabrała mnie do Kolnicy, Augustowa i do Suwałk, żebym zobaczył składanie broni przez żołnierzy WiN. Gdy do obozu w Kolnicy przybył ksiądz Chojnowski, odbyła się msza święta. Następnie żołnierze poznawali ceremonię składania broni. Ktoś się śmiał:

„Nigdy, cholera, nie składałem broni, no i teraz muszę się tego nauczyć”. Michał Kaszczyk z międzywojennej ochrony pogranicza, kolega mego wujka Aleksandra Kochalskiego, komendanta placówki granicznej Okoniówek (razem byli na Syberii) przedstawił porządek zdawania broni.

Z rana 25 kwietnia 1947 przyjechał do Kolnicy duży samochód z białostockiego UB. Tym samochodem żołnierze byli przewożeni do Augustowa, gdzie mieli składać broń. Przejechaliśmy wolantem przez Augustów i przed dziewiątą byliśmy w Suwałkach przed kościołem św. Aleksandra. Czekaliśmy na oddziały leśne, które lada chwila miały się pojawić. Od strony Kamedulskiej wjechały paradne furmanki z półkoszkami, a na nich siedzieli umundurowani mężczyźni z bronią.

Może kwadrans później wszedł na plac zwarty oddział, prowadzony przez starszego już mężczyznę w cywilnym płaszczu, ale w wojskowych butach. To, jak się później dowiem, Józef Grabowski „Cyklon”. Tuż za nim maszerowali żołnierze w mundurach i bez mundurów, ale z bronią na piersiach. Dowódca zatrzymał oddział, kazał ustawić broń w kozłach naprzeciw wejścia do kościoła.

Żołnierze mieli zamówioną mszę w kościele św. Aleksandra. Poszli więc się modlić. Msza była krótka. Usłyszałem, że ksiądz Jakacki „boi się pobłogosławić chłopców”. Po wyjściu z kościoła, żołnierze oddali salwę z broni i szli na ulicę Rynkową, gdzie mieściła się Komisja Amnestyjna, złożona z przedstawicieli UB i Rady Narodowej. Tam każdy otrzymał niewielkich rozmiarów zaświadczenie o możliwości powrotu do domu.

Niewiele dni potem wujek Konstanty zaprosił mnie do mleczarni na lody. W mleczarni spotkaliśmy podpitego funkcjonariusza UB, który raptem zaczął szarpać wujka za marynarkę. „Odczep się, stalinowski psie!”– powiedział wujek. Funkcjonariusz nagle wyciągnął z kabury pistolet i strzelił wujkowi w głowę. Raz i drugi. Kobiety z krzykiem uciekały z mleczarni, a ja, puściłem rękę wujka i też uciekłem.

Ucieczki z Podlasia w czasach wczesnego PRL bywały koniecznością. Tacy jak ja uciekali na Śląsk, do kopalń albo do Gdańska, do stoczni. Były jeszcze inne miejsca ucieczki: cegielnie, punkty skupu bydła, wielkie budowy, stacje wyładunku żwiru i piasku z wagonów etc. W tych szczególnych zakładach spotykałem więźniów. Oni też pytali, dlaczego pracuję w kopalni „Mieszko I” albo w Cegielni Sosnowiec?

Nie na tym koniec życia pod prąd, jak nazwał moje życie Jerzy Zalewski, autor telewizyjnego cyklu „Pod prąd”. Pracowałem siedemnaście miesięcy w kopalniach, najpierw w „Mieszku I” w Wałbrzychu, później w „Bolesławie Chrobrym” też w Wałbrzychu, wreszcie trzy miesiące w kopalni „Wujek” w Katowicach, kilka tygodni w cegielni „Sosnowiec”, kilkanaście tygodni na budowie na zapleczu WSP w Katowicach. Wszędzie pracowałem z więźniami.

W wojsku przebywałem prawie trzy i pół roku, w tym ponad rok w słynnej jednostce karnej w lasach w trójkącie Drawsko, Choszczno, Drawno. Wyszedłem z gruźlicą i dostałem pracę w punkcie skupu bydła w Bełdzie na Podlasiu. Uciekłem z punktu, gdy wagowy chciał koniecznie podzielić się ze mną łapówkami. „No, nie lubię cię jak cholera, nie lubię!” – krzyczał wagowy.

Gdzie jestem w tych czasach

W roku 1970 zostałem wyrzucony z pracy za krytykę masakry robotników na Wybrzeżu. W roku osiemdziesiątym pomagałem organizować strajk na Wybrzeżu, a następnie zakładałem dziesiątki, a może setki kół „Solidarności” na północy i na południu Polski. Do końca października 1980 nikt nie przysiadł się do mego stolika w kawiarni „Czytelnik” przy ulicy Wiejskiej.

W grudniu 1981 zostałem wyrzucony z pracy z zakazem pracy umysłowej. Ponad dwa lata bez stałej pracy!  W nowej Polsce, już po 1989, byłem kilka razy wyrzucany z pracy w TVP i w radiu.

Moje życie dzisiaj i wczoraj, to media – drukowane, elektroniczne: gazety, tygodniki, telewizja, radio, Internet. Znam wszystkie formy drukowane, radiowe, filmowe. Wszystkie formy – poza nielicznymi – robiłem. Nadto mam wiedzę o mediach, o radiofonii i telewizji w kraju i na świecie. A jednak… Patrzę i co widzę? Dzisiaj profesjonalizm się nie liczy – liczy się szalona presja małych ludzików, którzy powiewają rekwizytami prawicy i Kościoła.

Byłem bez pracy nawet w czasach, gdy rządziła prawica. Prowadziłem tylko zajęcia na uczelniach: na KUL-u, na UW, w WSEH w Skierniewicach, w WSB w Toruniu. Kiedy w 2006 prezydent Lech Kaczyński odznaczał mnie Orderem Polonia Restituta, byłem bezrobotny.

Teraz pracuję w radiu. Rozglądam się i chcę zobaczyć, gdzie jestem w tych czasach. Chcę zobaczyć, dlaczego nie ma spokoju. Jest moralny nieporządek. No i żal, że za cenę krwi i rozpaczy tak mało udało się osiągnąć. Mogę zatem za Józefem Mackiewiczem powiedzieć słowami z powieści „Sprawa pułkownika Miasojedowa”:

„Na ziemi pozostaje łgarstwo, fałsz, przeinaczane fakty, tendencyjna kronika wypadków, wrzaskliwe uogólnienia. Na nic to wszystko. Wielkie doświadczenie, dokonane za cenę krwi i rozpaczy, przepada dla potomności. I po wielkim wybuchu, jak popiół z wulkanu opada i ściele się bezwartościowy osad pustych sloganów”.

Patrzę, rozglądam się i co widzę? To inny kraj, niepodobny do tego, który jest w opisach Mackiewicza. To kraj po pacyfikacji. Nie ma dworów, dworków. Nie ma warstwy kierowniczej narodu. Nawet nie ma kamieni fundamentów. Chłopi zabrali je pod budowę chlewów. Owszem, kozy są nadal.

Mackiewicz napisał swa powieść w 1962. Ale jest ona i dziś aktualna. Wcześniej, w 1948, napisał „Kontrę” na podstawie raportu mego wujka i ojca chrzestnego Włodzimierza Jeremiejewa, niedobitego przez sowietów Kozaka. Wujek, kapitan lejbgwardii, był Polakiem z wyboru. Jego akta są dostępne w archiwach w Londynie i w Warszawie.

Wielki wybuch, o którym pisał Mackiewicz, to wybuch Solidarności na miarę Legionów Piłsudskiego. Cena krwi i rozpaczy? To strajki, demonstracje i krew stanu wojennego. Dwa, trzy lata na strajkach w stoczniach, w kopalniach, w hutach. Popiół z wulkanu, osad pustych sloganów?

To krzykliwe deklaracje, za którymi jest przerażająca nicość.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej