30 LAT REPUBLIKI OKRĄGŁEGO STOŁU

30 LAT REPUBLIKI OKRĄGŁEGO STOŁU – CZY JEST CO ŚWIĘTOWAĆ?- Artur Adamski W 1989 r. właściciele Polski Ludowej, wespół z przedstawicielami tzw. konstruktywnej opozycji na łamach i antenach wszystkich środki masowego przekazu głosili wieść o historycznym przełomie. Z perspektywy kolejnych dekad coraz bardziej zasadnym staje się jednak opisanie tych wydarzeń cytatem z Tomasso de Lampedusy: „Czasem trzeba bardzo wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”.

30 LAT REPUBLIKI OKRĄGŁEGO STOŁU – CZY JEST CO ŚWIĘTOWAĆ?- Artur Adamski

W 1989 r. właściciele Polski Ludowej, wespół z przedstawicielami tzw. konstruktywnej opozycji na łamach i antenach wszystkich środki masowego przekazu głosili wieść o historycznym przełomie. Z perspektywy kolejnych dekad coraz bardziej zasadnym staje się jednak opisanie tych wydarzeń cytatem z Tomasso de Lampedusy: „Czasem trzeba bardzo wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”.

Sztuka przetrwania komunistycznej burżuazji

Rządzących PRL-em prof. Leszek Nowak nazywał „władzą trój-panującą”. Funkcjonowała ona w systemie totalitarnym, którego poddani de facto nie posiadali żadnych obywatelskich praw. Zakres jej władania ograniczała tylko kontrola, pilnujących swych interesów, sowieckich mocodawców. Przynależność do tzw. nomenklatury oznaczała bezkarność, przywileje i dostatek dóbr niedostępnych dla zwykłych poddanych PRL-u. Poza okresami kryzysów komunistyczna kasta korzystała z prawa bezkarnego eksploatowania zasobów kraju (im wyższy szczebel w hierarchii – tym większy jej zakres). W stratowanej wojną, wypełnionej nędzą Polsce Bolesław Bierut miał do osobistej dyspozycji więcej pałacowych rezydencji, niż którykolwiek z europejskich monarchów. Dzieci notabli, nawet jeśli znalazły się w ideowym konflikcie ze swoimi rodzicami („rozumiemy, towarzyszu, to przecież tylko typowy młodzieńczy gniew, przemijający konflikt pokoleń”) w przeciwieństwie do swych „zwykłych” rówieśników podróżowały po krajach Zachodu. Raczej też nikt, poza nimi, nie korzystał z przywileju studiowania na najbardziej prestiżowych uczelniach Francji, Wielkiej Brytanii czy USA, opłacanego z Funduszu Studiów Zagranicznych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W swoich wspomnieniach z rozpoczętych w 1954 studiów na łódzkiej Szkole Filmowej Roman Polański pisze m.in. o kolegach, żyjących jak dzieci milionerów, którzy na uczelni, na którą dostać się było najtrudniej, znaleźli się nie po to, by się kształcić, ale by się bawić w elitarnym towarzystwie. Ich rodzice „jakimś sposobem” w komunistycznym kraju mieli prywatne zakłady, przynoszące kolosalne dochody. Istota „sposobu” była dość prosta. Znał ją i Józef Cyrankiewicz, także mający udziały w przedsiębiorstwach, funkcjonujących pomimo obowiązywania zakazu posiadania prywatnych środków produkcji. Poniżej kasty największych „czerwonych burżujów” funkcjonowało liczniejsze grono przedsiębiorców mniejszego kalibru. Ono też swoje istnienie zawdzięczało ścisłym związkom z wiernie przez nich wspieranym reżimem. Oddani mu byli bez reszty, gdyż świetnie wiedzieli, że cały ich sukces opiera się na braku konkurencji i funkcjonowaniu w realiach permanentnych niedoborów. Zjawiskiem nie mającym wiele wspólnego z „komunistycznymi kapitalistami” był drobny prywatny handel i rzemiosło. Trzymany pod szklanym sufitem często z trudem walczył o byt. Dla komunistycznej burżuazji wstrząsem były relacje Józefa Światły, na antenie Radia Wolna Europa opowiadającego m.in. o fortunach i luksusach partyjnych bonzów. Odrobinę strachu klice tej napędziły wstrząsy roku 1956, czasy ascetycznego Gomułki wymagały nieco kamuflażu a po dekadzie gierkowskiej przetrwać było trzeba kilkanaście miesięcy współistnienia z dociekliwymi działaczami Solidarności. Stan wojenny był jednak sygnałem, że towarzystwo nachapane na bezkarnie rabowanym narodowym majątku będzie się musiało liczyć z koniecznością funkcjonowania w znacznie zmienionych warunkach. Już sam fakt tłumienia najpoważniejszych wystąpień w historii RWPG bez sięgania po czołgi Armii Radzieckiej wskazywał, że na taką pomoc właściciele PRL-u nie będą już mogli liczyć i że dalej radzić sobie będą musieli sami. A od roku 1981 gospodarka, a wraz z nią jakość życia i perspektywy dziesiątek milionów Polaków, nieuchronnie sunęły po równi pochyłej. W przeciwieństwie do charakterystycznego dla wolnego rynku cyklu koniunkturalnego, w którym po gospodarczej depresji następuje ożywienie – przyszłością załamującej się ekonomiki typu sowieckiego było wyłącznie schodzenie na coraz głębsze dno. Masowy wybuch społeczny mas nie mających niczego do stracenia był tylko kwestią czasu.

Rozbrajanie bomby

Przyglądając się krokom, podjętym przez reżim w latach osiemdziesiątych, trudno nie docenić zapobiegliwości, z jaką przygotował on grunt pod przyszłe przemiany. Uwięzienie (głównie w ramach internowania) kilkunastu tysięcy politycznych przeciwników wykorzystał do wykreowania legend swojej strategicznej agenturze, wyselekcjonowania podatnych do współpracy, wyeliminowania (wypchnięciem na emigrację, zamilczeniem, skompromitowaniem itp.) nieprzejednanych. Już w 1982 Sejm PRL utworzył Trybunał Konstytucyjny – organ uprawniony do uchylenia wszystkiego, cokolwiek ustanowiłby Parlament. Mając większość w Trybunale (kadencja sędziów aż 9 lat!) można było zgodzić się nawet na wolne wybory. O tym, co z woli Parlamentu stanowiłoby prawo a co nie – i tak decydowałby Trybunał. Co roku „Dziennik Ustaw” wypełniał się prawem, de facto umożliwiającym robienie biznesu na wielką skalę. W praktyce korzystać z tego jednak mogli tylko posiadający dostęp do koncesji i kapitału. Cichcem zlikwidowano milicyjne wydziały d.s. przestępczości gospodarczej (bo czym miały się zajmować, jeśli nachapać mieli się ludzie z tej samej sitwy?). Na terenie setek a potem tysięcy zakładów pracy zaczęły pączkować założone przez nomenklaturę spółki, realizujące zadania najbardziej intratne a kosztami obciążające państwowe przedsiębiorstwa. Tym łatwiejsze potem do przejęcia, bo coraz słabsze i coraz bardziej zadłużone. Zasadniczy ustrojowy przełom nie nastąpił w czasie obrad żadnego okrągłego czy kwadratowego stołu, nie był też skutkiem kontraktowych wyborów z czerwca 1989 ani reform, kojarzonych z Balcerowiczem. PRL stał się państwem otwarcie kapitalistycznym przed tymi wydarzeniami, w roku 1988, kiedy Sejm PRL wprowadził tzw. ustawę Wilczka. Dawała ona pełną wolność gospodarczą. Od 1 stycznia 1989 każdy Polak miał prawo do prowadzenia działalności gospodarczej na nieograniczoną skalę w każdej branży (z wyjątkiem tylko kilku, wymagających koncesji, jak handel bronią czy lekami). Zakazane u zarania PRL-u prawo do wolności gospodarczej wraz z jego wyzwoleniem eksplodowało erupcją aktywności Polaków. Ponad dwa miliony błyskawicznie zarejestrowanych firm najczęściej nie dysponowały niczym, poza prostymi narzędziami, stolikiem pełniącym rolę placówki handlowej i entuzjazmem. Prawdziwymi beneficjentami ustawy Wilczka, tymi dla których ją uchwalono, byli postkomunistyczni bonzowie. Mali przedsiębiorcy od dawna nie stanowili już dla nich żadnej konkurencji. To utuczonym na grabieży ustawa pozwalała na jawne już uwłaszczanie się na dużych fragmentach gospodarki, na legalizowanie latyfundiów.

Rzeczywisty system prawny „nowej Polski”

Z ostatniej dekady PRL-u wielu zapewne pamięta, czasem nawet wyrażany na łamach prasy drugiego obiegu, niepokój związany z przeszłością sporej części opozycjonistów. Wiele głośnych i wpływowych postaci szerokiego ruchu Solidarności wychowało się w domach działaczy KPP, prominentów PPR, PZPR. Wiele późniejszych „legend opozycji” do czasu popadnięcia w niełaskę, w latach bierutowskich i gomułkowskich robiło kariery i czerpało benefity w oparciu o aparat komunistycznej władzy. Podejrzliwość w stosunku do opozycjonistów z takim rodowodem przegrywała jednak z satysfakcją z rzekomego faktu, że „tak wielu się nawróciło, zrewidowało swą przeszłość, było z nimi a jest – z nami”. Od 1988 zaczęliśmy się jednak boleśnie przekonywać do kogo, tak naprawdę, było im bliżej. W dużej mierze to te właśnie środowiska reprezentowały „stronę społeczną” w obradach z komunistami.

Sejmy PRL-u ostatnich kadencji (włącznie z „kontraktowym”) produkowały rekordowe ilości nowego prawa. Jego natłok był trudny do ogarnięcia. Skala tych nowości budowała wrażenie, że fundamentalnie zmienia się wszystko. Tak naprawdę nie tknięto jedna tego, co najważniejsze. Zakonserwowany został np. aparat służb specjalnych, od lat czterdziestych odgrywający dużą rolę w rzeczywistym rządzeniu krajem (rzekoma weryfikacja esbeków była całkowitą fikcją). Nawet nie muśnięto samej istoty prawnego ładu. Stalinowska zasada, wg której „nie ważne, jak ludzie głosują, lecz kto liczy głosy” w aparacie sprawiedliwości ma brzmienie „nie ważne, jakie obowiązuje prawo, liczy się to, kto je orzeka”. A w składach orzekających sądów nie zmieniło się literalnie nic. Najwięksi komunistyczni zbrodniarze mogli być więc pewni swej bezkarności, uwłaszczona nomenklatura mogła być pewna, że nikt nie podważy ich prawa do zagrabionych majątków. Elementem tego „ładu” okazało się nawet legalizowanie fikcyjnych spadkobierców setek kamienic z których, w majestacie „prawa”, wyrzucano dziesiątki tysięcy lokatorów.

Ideologia III RP

Także w zakresie prawa do wolności słowa III RP od samego swojego zarania była państwem równych i równiejszych. Mimo, że (jako ostatni kraj naszej części Europy) w połowie roku 1990 Polska pozbyła się wreszcie urzędów cenzury publikacji i widowisk, nadal częściej mieliśmy do czynienia z parodią wolności słowa, niż prawem do swobody wypowiedzi. Dominujący quasi-monopol medialny zablokował możliwość debaty na którykolwiek z tematów najważniejszych dla Polski i Polaków. Nie zaistniała żadna przestrzeń dyskusji nad kształtem reform gospodarki ani żadnej innej dziedziny życia. Wszystko to zastąpiono mantrą wg schematu fałszywej alternatywy „Balcerowicz albo Białoruś”. Odważniejsi oponenci, mający do dyspozycji media niewiele się różniące od druków z czasów podziemia, byli pozywani i skazywani przez „wolne sądy” na kary w łącznej wysokości stanowiące wielokrotność całego posiadanego przez nich majątku. Szybko też wykreowana została nowa wersja narodowej historii, której głównym nurtem stawały się wyolbrzymiane, albo nawet preparowane haniebne epizody. W przeciwieństwie do Sierpnia 1980, którego owocem był m.in. powrót nauczania historii do szkół zawodowych, teraz nauczanie historii we wszystkich polskich szkołach radykalnie ograniczono. Sposób, w jaki ukazywano narodowe dzieje Polaków zaczynał przypominać obrazki z czasów „Syzyfowych prac”, kiedy to Polska i polskość miały być powodami do wstydu.

30 lat świata postawionego na głowie

Główni beneficjenci transformacji od początku atakowali wszystkie próby tworzenia partii politycznych. Uważali, że jedyna potrzebna w Polsce partia już jest i stanowią ją oni. Z huraganowym atakiem ich jakże uprzywilejowanej strony spotykał się każdy kiełkujący, nie kontrolowany przez nich projekt medialny. Ilekroć władza wymykała się z ich rąk histeria osiągała apogeum. Hasło „ulica i zagranica” oznacza wszczynanie wściekłych burd w miejscach publicznych, udawanie trupów, mobilizowanie zagranicznych przeciwników Polski, lżenie jej na arenie międzynarodowej.

Czy jest powód, by świętować rocznicę zbudowania ładu tak ułomnego przez kręgi reprezentujące takie standardy? Bronisław Wildstein niedawno powiedział: „30 lat żyjemy w świecie na opak, w którym sensy i wartości są postawione na głowie, gdzie dziwki rozpaczają nad upadkiem obyczajów, oszuści wzruszają się tym, że prawda w życiu publicznym nienależycie funkcjonuje, złodzieje są poruszeni faktem, że własność nie jest traktowana poważnie a nienawistnicy organizują się, by walczyć z nienawiścią”.

Jeśli poszukujemy daty, z którą wiązać można historię polskiej walki o wyzwolenie z komunizmu, żadnej godnej nie znajdziemy ani w roku 1989 ani w jego pobliżu. Powodem do narodowego święta jest natomiast rocznica Sierpnia 1980 i utworzenia dziesięciomilionowej organizacji, niezależnej od totalitarnych władców. Te fakty były osiągnięciem bezdyskusyjnie szlachetnym, z masowym udziałem całego narodu a stanowiły wyłom, po którym kolos sowieckiego imperium nieuchronnie zaczął się chylić ku ostatecznemu upadkowi.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej