CZYNY I ROZMOWY

Żyjemy w czasach zapaści semantycznej, oderwania słów od ich tradycyjnych znaczeń. Powstają również, absolutnie nieprzypadkowo, nowe słowa, mające zastąpić dotychczas używane.

Jeden z wielu przykładów – z pozoru neutralne, tajemniczo brzmiące słowo „postprawda” powoli zaczyna wypierać „kłamstwo”. W „Roku 1984” porażająca wizja Orwella dotycząca manipulacji w sferze języka nie stała się ostrzeżeniem dla potomnych. Stała się inspiracją!

Polityczna poprawność – zwracam uwagę na rzeczownik „poprawność” – sygnalizowała, zdawałoby się, coś pozytywnego, jakiś zastrzyk moralny dla świata, jakże często cynicznej i brutalnej polityki.

Tak się bynajmniej nie stało. Swoisty terror political correctness ograniczył w wielu wypadkach możliwość swobodnej dyskusji i dzięki usłużnym mediom zepchnął na margines życia społecznego i politycznego ludzi inaczej myślących, nie chcących się pogodzić z „jedynie słuszną doktryną”. Co więcej, owo widmo politycznej poprawności, które dotarło również do Polski, w jakiś trudny do pojęcia sposób tolerowało przykłady niezwykłego chamstwa, jakie coraz częściej zaczęły się pojawiać w życiu publicznym. Warunek był jeden: na takie harce pozwolić sobie mogli – a coraz częściej myślę, że byli zadaniowani – przedstawiciele „jedynie słusznej doktryny”. Nikczemność ataków Janusza Palikota na prezydenta Lecha Kaczyńskiego przekraczał wszelkie wyobrażenie i, co jest zasmucające, bardzo niewielu odezwało się w obronie szkalowanego prezydenta, a ich głos był słabo słyszany. Terror doktryny działał, a autorytety moralne różnych środowisk albo milczały, albo nie mogłyprzebić się przez nieżyczliwe media. Szalejący z nienawiści Palikot był wszak przedstawicielem „obozu miłości”, co już nie tylko w sferze semantyki, ale podmiotowości, było odwróceniem ról.

Nie sposób również nie wymienić na polu miłości i politycznej poprawności Stefana Niesiołowskiego. W młodości za chwalebną przynależność do antykomunistycznego „Ruchu” i próbę podpalenia muzeum Lenina w Poroninie zaliczył kilkuletnie więzienie. Już w wolnej Polsce poseł kilku kadencji, ostatnio Platformy Obywatelskiej. I wtedy coś w nim jakby pękło – zgodził się przyjąć rolę harcownika i…błazna. Nie zważając na swoją profesorską powagę, wskakiwał na mównicę sejmową i kwiecistym językiem wylewał na przeciwników „obozu miłości” Niagarę nienawiści. Dzisiaj ten autorytet moralny, na którego się kreował, ma kłopoty z prokuraturą. Oskarżony jest o korupcję, w której formą zapłaty dla niego były usługi seksualne luksusowych prostytutek.

Ofensywa przyszła z Ameryki

Polityczna poprawność trafiła do Europy zza oceanu, gdzie w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia narodziła się w skażonych lewactwem amerykańskich kampusach uniwersyteckich. Jej europejskiej mutacji towarzyszyły akcenty zmierzające do „pieriekowki” mieszkańców Starego Kontynentu, krótko mówiąc – do stworzenia nowego człowieka. Te ambitne plany nie mogłyby się powieść bez podważenia rudymentarnych wartości, na których Europa budowała przez stulecia swoją kulturę i cywilizację. Nie był to więc przypadek, że zaczęło się od ataku na chrześcijaństwo, z początku w miarę ostrożne, poprzez pomijanie jego znaczenia dla europejskiej tożsamości, ale potem już z pełnym rozmachem i zacietrzewieniem. Ze szczególnym impetem zaatakowano Kościół rzymsko-katolicki, nie tylko przypominając mu przeszłe grzechy, ale wytykając całkiem już współczesne dążenie do bogacenia się i rozszerzania swoich wpływów na władze świeckie. I nie jest ważne, czy te dwa ostatnie zarzuty mają pokrycie w faktach, istotne jest, że zostały postawione w prokuratorskim stylu. Jeśli dodać do tego, oczywiście odrażające przypadki pedofilii wśród kapłanów i zbyt powolne eliminowanie zboczeńców przez hierarchię kościelną, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że narracja licznych mediów zmierza do tego, żeby wytworzyć wrażenie, że cały Kościół jest zepsuty od środka i trawi go gangrena.

Taka ofensywa okazała się skuteczna. W katolickich do niedawna krajach, jak Włochy, Hiszpania i Irlandia pustoszeją kościoły i coraz więcej ludzi podkreśla swój ateizm, a w Polsce – co może być informacją szokującą – odnotowano w ostatnich latach największy w Europie procent ludzi deklarujących odejście od Kościoła. I nie jest pociechą fakt, że Polska jest nadal wśród katolickich krajów liderem, gdyż wspomniany spadek był u nas bardzo duży.

Na razie nie nastąpił frontalny atak na Dekalog, który – jak wiemy – zawiera zakazy i nakazy. Nie oznacza to jednak – bo przecież są to tylko słowa – że w klimacie zapaści semantycznej, przesłania, które on zawiera, zostały w istotny sposób zrelatywizowane, a nawet zanegowane.

A to Polska właśnie

Nie używając wielkich słów i nie odwołując się wprost do konkretnych przykazań Dekalogu, spróbujmy w telegraficznym skrócie przedstawić kilka zdarzeń, a także głośnych wypowiedzi polityków, przedstawicieli świata kultury i nauki, a także sekundujących im celebrytów, którzy po zwycięstwie wyborczym PiS w roku 2015 natychmiast ruszyli do ataku. Totalna opozycja, jak sami się nazwali, nie bacząc na to, że słowo „totalny” kojarzy się nad Wisłą nie najlepiej, zawarła swój program działania w haśle „ulica i zagranica”. Gdy tylko nowa władza zaczęła realizować swój, zapowiadany w kampanii wyborczej program „dobrej zmiany”, totaliści natychmiast ruszyli z pielgrzymką do Brukseli. Z donosami, że w Polsce łamana jest demokracja. Nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością, jeszcze mniej z przyzwoitością, ale całkiem sporo z naszą historią i narzucającymi się analogiami. To przecież nasi antenaci ponad dwa wieki wcześniej podróżowali do Petersburga, skarżąc się Katarzynie II na łamanie praw w Polsce, czego symbolem miała być Konstytucja 3 Maja. Zawiązali potem konfederację targowicką, szybko Rzeczpospolita zniknęła z map Europy, a słowo „Targowica” stało się dla kolejnych pokoleń synonimem „zdrady”. Żeby jednak współczesnej młodzieży nie mącić w głowach, totaliści, kiedy byli jeszcze u władzy, wycofali z dwóch klas przedmaturalnych lekcje historii.

Oddajmy teraz głoś naszym celebrytom. Gdy jedną z pierwszych decyzji nowego rządu było wprowadzenie programu 500+, wywołało to irytację Agaty Młynarskiej. Obecność na plaży ludzi, których wcześniej nie było stać na choćby krótkie wakacje nad morzem, tak skomentowała: „We Władysławowie jest totalny Armagedon, zjechali wszyscy państwo Kiepscy z rodzinami i przyjaciółmi”.

Kiedy przywrócono wcześniejszy wiek emerytalny, wieszczono, że budżet tego nie wytrzyma, ZUS ogłosi bankructwo, a gdy tak się nie stało i PKB poszybowało w górę, zirytowany Schetyna wystrzelił, że jak tylko jego partia znowu przejmie władzę, to przywróci w sprawach wieku emerytalnego swoje wcześniejsze decyzje. Z kolei Joanna Mucha – pamiętna minister sportu w rządzie Donalda Tuska i utalentowana wokalistka w trakcie bożenarodzeniowej okupacji sejmu przez posłów PO i Nowoczesnej – tak skomentowała przyznanie w tym roku 1000 zł wszystkim emerytom: „Ludzie poczują to jako pewnego rodzaju upokorzenie. Ja bym nie wzięła”.

Aktorowi Maciejowi Stuhrowi od dawna nie wystarcza wypowiadanie cudzych tekstów w filmie, teatrze, czy kabarecie – czuje nieodpartą potrzebę publicznego podzielenia się własnymi przemyśleniami. Odreagowując klęskę swojej formacji w wyborach do europarlamentu, tak opisał ludzi głosujących na PiS: „Śmieci, odrzuty, prowincjonalna hołoto, obelgo dla intelektu, niekompetentni głupodupcy! Niech to całe ścierwo zejdzie mi z oczu! A na ich miejsce powstawiać kukły wypchane słomą. A jeżeli nie zechcą pójść won, należy ich zmusić, żeby się wykąpali”.

Subtelni intelektualiści, profesorowie Wojciech Sadurski (filozof), czy Jan Hartman (etyk) nie używają w swoich wypowiedziach aż tak „kwiecistego” języka jak Stuhr, ale ten drugi z okazji ostatnich wyborów tak scharakteryzował swoich rodaków głosujących inaczej niż on: „hołota, chamy i prostacy, głupi naród”.

Przykładów podobnych wypowiedzi jest bardzo dużo. Najczęściej rwą się do tablicy ludzie zadufani w swoją pozycję społeczną, zawodową, w uzyskane wykształcenie – w przekonaniu, że są mądrzejsi, lepiej rozumieją i oceniają rzeczywistość, a to daje im legitymację do batożenia głupiego narodu.

Co to jest mądrość?

Jest nieskończenie wiele definicji tego, jakże istotnego pojęcia. Powstało na ten temat mnóstwo opasłych prac naukowych napisanych przez filozofów, etyków, socjologów. Mnie najbardziej przekonała jednozdaniowa definicja: mądrość to umiejętność odróżnienia dobra od zła.

Staranne wykształcenie, tytuły naukowe, liczba przeczytanych książek – bezspornie sprzyjają osiągnięciu mądrości. Ale nie wystarczają, a czasami dzięki uzyskaniu „sprawności dialektycznej”, bywają przeszkodą. Bardzo łatwo jest im w szczególnych okolicznościach dołączyć do – jak napisał Miłosz – gromady błaznów, na pomieszanie dobrego i złego.

I nie należy zapominać, że są bowiem ludzie, którzy nie mają szczególnego wykształcenia, nie przeczytali mnóstwa książek, ale posiadają nieoceniony dar – instynkt moralny.

 

Andrzej Gelberg

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej