W kraju Inków

W Peru jest wszystko, co w dzieciństwie pobudzało moją wyobraźnię, gdy czytałem książki Centkiewiczów czy Szklarskiego i marzyłem o egzotycznych wyprawach w poszukiwaniu antycznych skarbów niczym Indiana Jones.

Znajdziemy tu historią i kulturę, dumnych potomków Inków, wystawne bogactwo oraz niezwykłe zabytki. Aby podczas jednej wyprawy pojechać wzdłuż pustynnego wybrzeża Pacyfiku, zrobić trekking przez dżunglę Amazonii, wiecznie ośnieżone szczyty Andów czy najgłębszy kanion świata Colca, potrzebowałem miesięcy. Niestety, miałem tylko dwa tygodnie urlopu i nusiałem z czegoś zrezygnować. Wiedziałem jednak, że muszę zobaczyć zaginione miasto Inków, Machu Picchu.

Początek wyprawy

Lot do Limy był sporym wyzwaniem. Tańszy bilet oznaczał długą podróż z wieloma przesiadkami. Zanim dotarłem do stolicy Peru lądowałem w Treviso, Frankfurcie i Madrycie. W końcu, po blisko dwudziestogodzinnej odysei znalazłem się w Limie w blisko dziesięciomilionowej metropolii panowała gęsta mgła, którą mieszkańcy nazywają garúa. Powstaje ona wskutek opadania zimnego powietrza niesionego przez Prąd Peruwiański, które nie może się przedrzeć przez barierę Andów. Peruwiańczycy wierzą, że to klątwa zesłana przez bóstwa na Hiszpanów. Za karę, że wymordowali ich lud, mieli już nigdy więcej nie zobaczyć słońca.

Co ciekawe w Limie prawie nie pada też deszcz. Wydaje się to dziwne, ponieważ wiszącej nad miastem mgle towarzyszą niemal zawsze szare i ciężkie chmury. Ma się wrażenie, że zaraz z nich musi lunąć. A tymczasem zdarza się, że w stolicy Limy notuje się opady na poziomie zaledwie 100 mm rocznie. Stolica Peru nie jest wielką atrakcją turystyczną. W olbrzymim, chaotycznie zbudowanym mieście zewsząd dochodzi ryk klaksonów i nieustanne nawoływanie sprzedawców handlujących nawet pomiędzy stojącymi w korku samochodami. Dla mnie prawdziwym utrapieniem było zrozumienie, w jaki sposób funkcjonuje komunikacja. Aby dostać się do zabytkowego centrum z Katedrą metropolitarną św. Jana Ewangelisty i Pałacem Rządowym nie mogłem zwyczajnie pójść na przystanek i sprawdzić, o której przyjedzie autobus. Transport publiczny w Limie jest zdominowany przez prywatne busy. Oprócz kierowcy w każdym z nich jest nawoływacz, który – podczas chwilowego przystanku np. przed lub za skrzyżowaniem, nie tylko informuje, ale i zachęca potencjalnego pasażera do wybrania tego, a nie innego środka transportu. Niestety nie znam hiszpańskiego. Nie wiedziałem co do mnie mówią, dokąd jedzie bus i ile kosztuje bilet. Co gorsza nie mogłem nikogo poprosić o pomoc. Język angielski jest wśród Peruwiańczyków równie popularny jak w Polsce chorwacki. Na szczęście uratowała mnie nowoczesna technologia, czyli wgrana w telefon komórkowy nawigacja GPS i aplikacja umożliwiająca tłumaczenie z polskiego na hiszpański.

Żegluga Amazonką

W Limie nie zamierzałam pozostać długo. Wieczorem dołączył do mnie przyjaciel, a następnego dnia rozpoczęliśmy naszą eskapadę na północ, ku Puszczy Amazońskiej, do legendarnego Iquitos, wielkiego 400-tysięcznego miasta, do którego nie prowadzi żadna droga ani linia kolejowa. Transport odbywa się jedynie rzeką. Można też dolecieć samolotem. Pierwszym etapem naszej podróży był lot do Tarapoto, a stamtąd godzinna jazda samochodem do Yurimaguas. Dlaczego właśnie tam? Zależało nam, by dostać się do Iquitos drogą wodną, tradycyjną barką, którą codziennie przewozi się różnorakie towary. Trwający trzy dni rejs rozpoczynał się właśnie w Yurimaguas.

Zmierzaliśmy do celu trochę w ciemno. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, czy w porcie zastaniemy barki a jeśli nie, jak długo będziemy na nie czekać. Okazało się, że mieliśmy szczęście. Cumujący przy nabrzeżu „Linares” właśnie był załadowywany towarem i w ciągu trzech godzin miał wypłynąć. Kupiliśmy hamak, miskę i inne drobiazgi i weszliśmy na pokład barki. Mieliśmy czas pełnego relaksu, biernego odpoczynku, wypełnionego lekturą, oglądaniem filmów i rozmowami z innymi globtroterami.

Do Peru trzeba się wybrać na dłużej

Na pokładzie „Linaresa” spotkaliśmy ludzi i z Peru jaki, i z innych zakątków świata. Nie było takich jak my, zwiedzających Peru podczas dwutygodniowego urlopu. Rekordzistą był 31-letni Kail ze Stanów Zjednoczonych, który przyjechał do Ameryki Południowej 28 miesięcy temu. Dla niego podróżowanie było stylem życia. W Azji spędził kilka lat. W Wietnamie pracował jako nauczyciel angielskiego i zwiedzał kraj. Filip ze Słowacji jeszcze niedawno pracował z sukcesem w dużej korporacji w Niemczech. Dzięki znajomości mandaryńskiego odpowiadał w swojej firmie za kontakty z Chinami. Realizował duże kontrakty, zarabiał sporo pieniędzy. Postanowił jednak rzucić pracę i wyjechać z biletem w jedną stronę do Ameryki Południowej. Takich ludzi jak Filip jest w Europie coraz więcej. Jedni biorą sobie wolne po zakończeniu studiów, inni kiedy czują się wypaleni zawodowo. Tak zwany gap year, czyli rok przerwy pomiędzy poszczególnymi etapami edukacji lub przed podjęciem nowej pracy pozwala zrealizować marzenia z dzieciństwa o dalekich podróżach. Daje też czas na zastanowienie się, co naprawdę chce się robić w życiu.

Ciekawe, że większość globtroterów podróżuje samotnie. Maks z Niemiec, wyjechał do Ameryki Południowej zaraz po zakończeniu studiów. Koral z Izraela szukał pomysłu na życie po odsłużeniu pięciu lat w armii. Na peruwiańskim szlaku spotkaliśmy też rodzinę z Polski. Dla pięcio– i siedmioletnich dzieci dziewięciomiesięczna eskapada po Ekwadorze, Boliwii, Brazylii i Peru była najlepszą szkołą życia.

Wrota dżungli

Po trzech, dość monotonnych dniach rejsu dotarliśmy do Iquitos. To miały być nasze wrota do dżungli, stąd mieliśmy ruszyć do Puszczy Amazońskiej. Miasto nas rozczarowało. Po dawnej kolonialnej świetności nie zostało nic. Wszędzie było brzydko, brudno i chaotycznie. Nie mieliśmy tu wiele do zwiedzania. Niewielki port nad Amazonką żył własnym życiem zdominowanym przez hałaśliwe tuk-tuki. Te trójkołowe pojazdy generujące nieprawdopodobną ilość decybeli mogą uchodzić za symbol Iquitos. Na ulicach są ich tysiące. To tuk-tuki, a nie – prawie nieobecne – samochody czy autobusy zapewniają mieszkańcom transport.

Noc spędziliśmy w jednym z hosteli. Jego atutem była niewygórowana cena. Właściciel nam pomagał w zorganizowaniu wycieczki do dżungli. Następnego dnia z pięcioma innymi osobami z hostelu ruszyliśmy w nieznane. Przed nami miały być trzy, pełne przygód dni. Liczyłem, że będziemy się przedzierać z maczetą przez Puszczę Amazońską, podglądać zwierzęta, łowić piranie, nocować przy ognisku. Miałem nadzieję na odrobinę survivalu z dreszczykiem. Rzeczywistość okazała się trochę bardziej ucywilizowana. Trafiliśmy do przygotowanego dla turystów gospodarstwa składającego się z kilku, krytych strzechą drewnianych budynków. Znajdowało się ono kilkaset metrów od brzegu Amazonki. To miała być nasza baza wypadowa, tu mieliśmy spać, odpoczywać, jeść posiłki. Od razu stało się jasne, że prawdziwej, dzikiej, pierwotnej dżungli raczej nie zobaczę. Byliśmy „skazani” na jednodniowe wycieczki po wydeptanych od dawna ścieżkach. Oczywiście zapamiętam kąpiel w Amazonce, podglądanie pływających różowych delfinów i, jak również złowienie piranii pozostanie w mojej pamięci na zawsze, ale czuje pewien niedosyt. Niezwykłe było odkrywanie sekretów dżungli, która jest zarówno niewyczerpaną spiżarnią i apteką. Niemal na każdym kroku można było zobaczyć bananowce, kakaowce, krzaki ananasów. Przewodnik pokazał nam drzewa, których soki lub owoce odstraszają komary, leczą wrzody żołądka, a nawet nowotwory. Pokazał też rośliny, z których się robi słynną ayahuascę. Ten napój ma właściwości narkotyczne. Po jego spożyciu pojawia się wrażenie jasnowidzenia i telepatii, poczucie oddzielenia duszy od ciała, kontaktów z duchami przodków. Część naszych kolegów w podróży zapisała się na ten niezwykły seans. My dwaj musieliśmy wracać do Iquitos. Czekał na nas samolot do Cusco, skąd mieliśmy ruszyć ku Machu Picchu.

Cienie zapomnianych przodków

Po kilku godzinach lotu znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Z klimatu tropikalnego, temperatury ponad 30 stopni Celsjusza i wilgotności sięgającej blisko 90 proc. trafiliśmy w wysokie góry. Już nie było gorąco, ale za to musieliśmy się przystosować do dużych wysokości. Cusco leży ponad 3300 m n. p. m. Co to moznacza przekonaliśmy się zaraz po wyjściu z lotniska. Niespodziewanie nawet najmniejszy wysiłek był wyzwaniem. Brakowało nam sił i powietrza, byliśmy mokrzy ze zmęczenia. Nie było wyjścia, potrzebowaliśmy trochę czasu na aklimatyzację, zanim zmierzymy się z wyprawą na Machu Picchu. Wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie miasta i zakupy.

Cuzco, zwane w języku starożytnych „pępkiem świata” to dawna stolica Inków. Dzisiaj na fundamentach inkaskich budowli stoją katedry, kościoły i kolonialne domy. Po ulicach miasta przechadzają się Indianie w swoich tradycyjnych strojach. Ciągną za sobą Alpaki, sprzedają liście koki i wełniane wyroby. Miasto jest uporządkowane, schludne, nastawione na turystykę. Jest skrajnym przeciwieństwem Iquitos. Miejscowe targowisko oszałamia kolorowymi straganami z tradycyjnymi wyrobami. Znajdziemy tam czapki z frędzlami à la „Słoneczko Peru”, w którym paradował Donald Tusk, koce, poncza, serwety, pantalony. Wszystko bardzo ozdobne i – według zapewnień sprzedawców – ze stuprocentowej wełny alpaki. Objuczeni zakupami wróciliśmy do hostelu.

W następnym dniu czekała nas wyprawa do zaginionego miasta Inków. Niestety nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by dotrzeć do Machu Picchu podczas kilkudniowej górskiej wyprawy. Zdecydowaliśmy się na podróż busem do miejscowości Hidroelectrica, skąd pieszo, wzdłuż torów kolejowych, dotarliśmy do kurortu Aquas Calientes znajdującego się u stup miasta Inków. To najtańsza i najszybsza możliwość by zrealizowania marzenia z dzieciństwa.

Ostatni odcinek trasy do Machu Picchu jest bardzo trudny. Prowadzi ciągle pod górę, stromymi, wykutymi w skale schodami. Bardziej leniwych lub mnie sprawnych turystów dowożą na szczyt autobusy. Na szczycie trzeba się ustawić w kolejce do wejścia. Zaginione miasto Inków jest tak dużą atrakcją, nawet bardzo drogie bilety nie zniechęcają turystów. Nie ma więc mowy o intymnym, spokojnym zwiedzaniu i delektowaniu się śladami dawnej, niezwykłej cywilizacji. Niestety komercja osłabiła wrażenia. Za dużo jest ludzi, przewodników, aparatów fotograficznych, by chciały się tam nadal unosić duchy dawnych Inków. Oczywiście sama budowla robi olbrzymie wrażenie, choć część kamieni wyglądała zbyt świeżo jak na przełom XV i XVI w.

Wyżej niż Mont Blanc

Podróż do Machu Picchu pozostawiła lekki niedosyt, ale za to ostatnia wyprawa w Góry Tęczowe przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Jeszcze niedawno mało kto słyszał o tych górach. Przez setki, tysiące lat były pokryte warstwą śniegu i lodu. Dopiero dzięki globalnemu ociepleniu mogliśmy odkryć ich malownicze zakatki. Dziś ten zapierający dech w piersiach cud natury ogląda ponad tysiąc turystów dziennie. Góry zawdzięczają kolory tęczy utleniającym się minerałom, które pokrywają ich powierzchnie. Widzimy całą paletę barw, choć dominuja czerwony, żółty, i zielony.

Ta wyprawa była sporym wyzwaniem. Nie dlatego, że trzeba było wyruszyć przed świtem. Bardziej obawialiśmy się reakcji organizmu w czasie wspinaczki na wysokość powyżej 5000 m n. p. m. To przecież ponad dwukrotnie więcej niż mają nasze Rysy. Choć nie było łatwo, zdobycie szczytu oraz widoki wynagrodziły wysiłek. Po horyzont widzieliśmy nie tylko paletę barw Gór Tęczowych, ale również lśniący bielą lodowiec Ausangante. To wtedy pomyślałem, ze jeszcze muszę tu wrócić, że Peru to nie jest zamknięty rozdział.

Następnym razem zatrzymam się tylko na południu tego niezwykłego kraju, na Andach, najgłębszym kanionie świata Colca i jeziorze Titicaca, największym jeziorze wysokogórskim na ziemi.


Maciej Gelberg

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej