Baśka i Wojtek żołnierzami Rzeczpospolitej - Barbara Karczewska

Zwierzęta były od stuleci wykorzystywane przez człowieka do celów militarnych.

Aż do II wojny światowej trudno było sobie wyobrazić prowadzenie walki – bez koni. Ale już wcześniej wykorzystywano do tego celu w Afryce wielbłądy. Kiedy w 270 r. p.n.e. macedoński król Antygonos, dysponując kilkoma słoniami, oblegał Megarę, obrońcy miasta znaleźli sposób na wywołanie paniki tych wielkich ssaków, wypuszczając na nie stado oblanych smołą i podpalonych świń. Również Hannibal w bitwie nad rzeką Trebią przeciwko Rzymianom (218 r. p.n.e.) miał kilkanaście słoni, dzięki którym odniósł zwycięstwo.

W czasach współczesnych Sowieci próbowali wykorzystywać psy jako niszczycieli niemieckich czołgów. Przytraczali do grzbietu czworonogów ładunek wybuchowy, pies miał za zadanie wczołgać się pod stojącego „Tygrysa”. Tresowane psy lepiej jednak znały sowiecki czołg T-34 i tam najczęściej następowały eksplozje. Już po wojnie Amerykanie prowadzili intensywne badania nad wykorzystaniem delfinów do celów militarnych.

W tego typu działaniach jest także szczególny polski akcent.

Pierwsza była Baśka

W czasie I wojny światowej, kiedy nasi zaborcy walczyli miedzy sobą polscy żołnierze w obcych mundurach często stali po dwóch stronach frontu i strzelali do siebie nawzajem. Najwięcej Polaków (600 tysięcy) było w armii rosyjskiej i kiedy w Piotrogradzie wybuchła rewolucja, a potem – w wyniku traktatu brzeskiego – Rosja wycofała się z wojny, polscy żołnierze znaleźli się w całym imperium. Jedni przedzierali się na zachód – do domu, inni wybrali kierunek odwrotny – na północny wschód. A trzeba pamiętać, że nie było to ani łatwe ani bezpieczne. Na terenach imperium toczyła się krwawa wojna domowa pomiędzy „białymi” i „czerwonymi”. Pomimo trudności zdołano sformować na północy Rosji kilka polskich oddziałów. Korzystały one z pomocy organizacyjnej i wsparcia materialnego wojsk brytyjskich, współdziałały też z nimi w operacjach przeciwko Armii Czerwonej. Odbywało się to zgodnie z umową, zawartą w Murmańsku przez generała Hallera z brytyjskim dowódcą Korpusu Interwencyjnego.

Przedwiośnie 1919 roku Archangielsk okupowali alianci pod dowództwem Anglików i na koszt Francji, mając nadzieję od północy zdobyć bolszewicką Rosję. W Murmańsku i Archangielsku znajdowały się olbrzymie ilości sprzętu wojskowego, wysłanego armii carskiej przez Anglię i Francję. Po ulicach Archangielska spacerowali Anglicy, francuscy strzelcy alpejscy, Amerykanie, Serbowie, Kanadyjczycy, włoscy bersalierzy i Polacy – z białym polarnym niedźwiedziem na łańcuchu.

Historia z tym niedźwiedziem miała początek romansowy. Pewien polski podchorąży chciał zdobyć serce damy, która manifestowała swoją miłość do zwierząt. Nasz rodak w swoich umizgach miał niestety groźnego rywala – włoskiego kapitana bersalierów, w dodatku hrabiego. A ten, znając słabość wspomnianej damy, przyprowadzał pod jej okno coraz to inne zwierzątka. Raz oswojoną łasicę, innym razem srebrnego lisa. Wydawało się, że sprawa jest przegrana, ale przecież Polak tak łatwo się nie poddaje. Nasz rodak zagrał ostro i kupił na targu białego, polarnego niedźwiadka. Gdy zaprowadził go pod okno swojej bogdanki, ten bez zbędnej zwłoki skonsumował srebrnego lisa, a potem ulubionego buldoga angielskiego generała. Wybuchła awantura, właściciel zwierzęcia trafił do aresztu, a niedźwiedziowi się upiekło: rozkazem dziennym został przydzielony do batalionu WP na Murmanie z nominacją na „Córkę Regimentu” i z włączeniem na wikt kompanii karabinów maszynowych. Jej opiekunem został kapral Smorgoński, który do tej pory musztrował polskich wojaków. Z zawodu był szewcem, ale jego nazwisko skojarzyło się dowódcy z „akademią smorgońską”, jak nazywano miejsce, w którym Cyganie tresowali niedźwiedzie. Uznał więc, że on będzie odpowiednim opiekunem. Dowódcy jak zawsze mają rację. Smorgoński za punkt honoru postawił sobie nauczyć polarnego dzikiego niedźwiadka maszerować w rytm wojskowego marsza i salutować na dwóch łapach. Polubili się bardzo, spali na jednym barłogu. Opiekun nadał jej imię Baśka i jak się okazało, nie pomylił płci.

Przez blisko dwa lata polski batalion wojował z oddziałami „czerwonych”, które próbowały robić swoje porządki na dalekiej północy, by wreszcie zaokrętować się i po długiej morskiej podróży dotrzeć do Gdańska, a stamtąd do Twierdzy Modlin. Oczywiście z Baśką, która w tym czasie stała się dorosłą niedźwiedzicą ważącą ponad 400 kilogramów.

Po paru tygodniach odpoczynku w Modlinie, cały oddział wybrał się do Warszawy. Na Dworcu Wiedeńskim tłumy przywitały żołnierzy, owianych legendą bohaterów, „Lwów Północy”. Maszerowali do placu Saskiego, gdzie czekał na nich naczelnik Józef Piłsudski. Szli zwartym szeregiem, na końcu Baśka. W odpowiednim momencie wspięła się na tylne łapy, zasalutowała przed Naczelnikiem Państwa. Kiedy do niej podszedł, podobno podczas powitania podała mu łapę.

Dobrze się Baśce żyło w Modlinie. W towarzystwie swoich kompanów z wojska chodziła nad Wisłę popływać wśród kry. Jedna z takich wycieczek skończyła się dla niej tragicznie. Podczas kąpieli w Wiśle zerwała się z łańcucha i przepłynęła na prawy brzeg rzeki. Wychowała się wśród ludzi, ufała im. Poszła do wsi. Miejscowi chłopi zakłuli ją widłami. Kiedy jej opiekunowie wpadli do wsi, tamci właśnie zrywali z niej skórę. Co więcej, nie chcieli jej oddać. Trzeba było po raz ostatni bić się za Baśkę. Przywieźli ją do Modlina. Wypchana stała jeszcze jakiś czas po II wojnie światowej w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, skąd potem ją usunięto. Ślad po niej zaginął.

Wojtek lubił piwo

W Iranie, w górach Hamadan w 1942 roku pewien chłopiec znalazł niedźwiadka brunatnego. Sprzedał go żołnierzom Armii Andersa z 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii za konserwy, tabliczkę czekolady i nóż wojskowy. Miś miał niespełna rok, trzeba go było karmić przez skręcony ze szmatki smoczek, mlekiem z butelki po wódce. Nadano mu imię Wojtek, został wciągnięty – podobnie jak Baśka – na stan i żołd Kompanii. Otoczony opieką i przyjaźnią żołnierzy rósł szybko i zdrowo. Lubił psocić, podkradał jedzenie, zrywał suszące się pranie, siłował się z żołnierzami. Spał z nimi w namiocie, jadł z nimi i uczestniczył w zabawach. Razem pili alkohol i palili papierosy. Wojtek podobno je zjadał, ale tylko zapalone. Na alkohol reagował jak każdy. Rozrabiał, szwendał się po okolicznych obozach i straszył Anglików, Hindusów i Australijczyków. Demolował spiżarnie i magazyny, ale ludziom nigdy nie robił krzywdy.

Wojna rzuciła kompanię Wojtka z Iranu przez Palestynę i Egipt do Włoch, gdzie w składzie 8. Armii żołnierze bili się o przełamanie Linii Gustawa. Punktem kulminacyjnym walk było zdobycie Monte Cassino. Polacy odznaczyli się w bitwie szczególnie, a Wojtek, jak głosi fama, walczył ramię w ramię z żołnierzami 2. Korpusu Polskiego. Podobno pod ogniem pomagał nosić skrzynki z amunicją. Od tego czasu rysunek niedźwiedzia z pociskiem w łapach stał się znakiem rozpoznawczym 22. Kompanii.

Po wojnie wszyscy trafili do bazy Winfield Park w Szkocji. Kapral Wojtek szybko stał się ulubieńcem okolicznych mieszkańców. Został nawet członkiem Towarzystwa Polsko-Szkockiego. Wychowany wśród ludzi miał do nich bezgraniczne zaufanie. Czuł się jednym z nich. Po demobilizacji trzeba było ułożyć sobie życie w cywilu. Niechciani w obcym kraju, z marną perspektywą na przyszłość w komunistycznej Polsce, nie znali własnego losu. A co z Wojtkiem? Zapadła decyzja w sprawie dalszych losów niezwykłego żołnierza. Trafił do ogrodu zoologicznego w Edynburgu. Żył jeszcze 16 lat, w klatce o wymiarach 10 metrów kwadratowych sam, bo z innymi niedźwiedziami jakoś nie mógł się „dogadać”. Jako dojrzały niedźwiedź mierzył 182 cm wzrostu, ważył około 230 kilogramów. Żył, jak na niedźwiedzia, krótko. Tylko dwadzieścia dwa lata. Napisano o nim kilka książek, ma swoje pomniki, jest bohaterem piosenek, filmów, gier i komiksów. Zachował się o nim taki wierszyk:

 

Chciał bronić kraju nieszczęśliwy legun,

Obronił biegun… (…)

Z pruskij korony już zrezygnowałem,

Mogę nie zaraz zostać generałem,

Tylko na bilet daj, Boże łaskawy,

Stąd do Warszawy!

 

Barbara Karczewska 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej