Stulecie kłamstwa - Paweł Pietkun

Żyjemy w czasach, w których nie można wierzyć nawet nekrologom. Fakenewsy wypierają prawdziwe informacje również z mediów, które chcą uchodzić za poważne i wiarygodne. Ostatnie, głośne uśmiercenie Adama Słodowego m.in. przez Polską Agencję Prasową, TVP, TVN i szereg ogólnopolskich portali internetowych nie było pierwszym takim wydarzeniem. Światowe media kilkakrotnie uśmiercały już emerytowanego papieża Benedykta XVI. A to jedynie przedsionek królestwa fake newsów.

Jeszcze do niedawna w serwisie YouTube można było nawet obejrzeć film „Śmierć papieża Benedykta XVI” oraz nad wyraz wiarygodnie wyglądający film „Pogrzeb papieża Benedykta XVI”. Informacja o śmierci byłego papieża wstrząsnęła w pierwszej chwili Włochami. Potem rozlała się na świat i największe newsroomy sprawdzały gorączkowo, co się stało w Watykanie. Benedykt oczywiście żył i miał się – jak na swój wiek – całkiem nieźle. Ponieważ fake news zatoczył koło i po kilku miesiącach powrócił do publicznej dyskusji, emerytowany papież napisał w ubiegłym roku list do wiernych i mediów, w którym wyjaśniał, że wciąż jest w drodze do „Domu Ojca” i „pielgrzymuje do niego jedynie wewnętrznie”. – Jest dla mnie wielką łaską to, że na tym ostatnim odcinku drogi, czasami trochę męczącym, otacza mnie wielka miłość i dobroć, których nie mogłem sobie nawet wyobrazić – podsumował troskę o to, czy żyje wyrażaną w milionowych zapytaniach wiernych kościoła katolickiego oraz dziennikarzy ze wszystkich stron świata.

Mniej więcej w podobnym czasie – w ostatnią niedzielę października ub. roku – polski internet zelektryzowała informacja o śmierci Franciszka Pieczki, polskiego aktora znanego z filmów „Chłopi”, „Wesele” czy „Czterej pancerni”. Informacja opublikowana przez jeden z działających w Warszawie portali błyskawicznie obiegła internetowe serwisy społecznościowe, gdzie ludzie wyrażali współczucie i żal, przekazując tę smutną informację dalej. W ciągu jednego dnia aktora opłakiwało kilkaset tysięcy ludzi, zaś wieczorne telewizyjne programy informacyjne dementowały wiadomość o śmierci Pieczki, informując, że aktor obchodzący w tym roku 90 urodziny żyje – co więcej, ma się całkiem nieźle.

Nieżyjący Słodowy spotkany na klatce schodowej

19 lipca tego roku wszystkie ogólnopolskie i lokalne media podały w internecie wiadomość, że zmarł Adam Słodowy. Wiele z nich posługiwało się depeszą Polskiej Agencji Prasowej, która – opublikowana o 12:28 – mówiła, że „W wieku 95 lat zmarł Adam Słodowy”. I dalej: „W piątek, w wieku 95 lat, zmarł Adam Słodowy, popularyzator nauki, prowadzący telewizyjny program „Zrób to sam” – poinformowała TVP Info”. Serwisy informacyjne prześcigały się w pożegnaniach i wspomnieniach konstruktora, który uczył prac technicznych i majsterkowania kilka pokoleń Polaków. Oto przykład jednego z takich pożegnań, które ukazało się w ogólnopolskim serwisie informacyjnym: „19 lipca zmarł Adam Słodowy, który zyskał sympatię tysięcy Polaków jako popularyzator majsterkowania, autor scenariuszy do bajki >>Pomysłowy Dobromir<<. Przez 20 lat związany był z TVP, prowadził słynny program >>rób to sam<<. Stanowisko, które zajmował, oficjalnie nosiło nazwę: „konstruktor urządzeń sceno-technicznych”. Przez widzów nazywany był polskim McGyverem. Słodowego pożegnała nawet Wikipedia, która wstawiła aktualną datę jego śmierci, zamieniając jednocześnie wszystkie czasowniki w informacji o nim na formę czasu przeszłego. W serwisie Facebook, najpopularniejszym społecznościowym kanale na świecie, większość Polaków powielała informację o śmierci konstruktora niemal z prędkością światła – aż do momentu, kiedy pojawiła się kolejna. Jej autorem był Marcin Dzierżanowski, redaktor naczelny tygodnika „Wprost” (tygodnik także informował o śmierci Słodowego).

„Portale podały dziś informacje o śmierci Adama Słodowego. Ponieważ to mój sąsiad, którego mijam niemal codziennie w windzie, udostępniłem tę smutną informację na Facebooku. Po czym wszedłem na klatkę schodowa i zobaczyłem... Adama Słodowego”. W internecie rozpoczął się wyścig na dementi oraz ogólnopolskie poszukiwanie autora fake newsa. Koniec końców okazało się, że większość redakcji otrzymała informację z PAP, ta zaś powoływała się na publiczną telewizję i jej internetowy serwis TVP Info. W tym serwisie informacja jednak zniknęła natychmiast po wpisie Marcina Dzierżanowskiego.

Martwy czy nie?

Informacje o śmierci znanych ludzi są dzisiaj tak powszechne, że jednym z najczęściej odwiedzanych przez dziennikarzy największych światowych mediów – serwisów internetowych, telewizji i gazet – jest serwis „Dead or Alive?” (żywy czy martwy?), który w przejrzysty sposób informuje, kto ze znanych osób umarł, a dla kogo życie okazało się jeszcze łaskawe. Gościa na stronie internetowej witają indeks alfabetyczny oraz wyszukiwarka nazwisk. Niżej jest katalog z osobami, które zmarły w ostatnim półroczu. Po kliknięciu w wyszukane nazwisko – jeżeli celebryta wciąż żyje – ukazuje się ikonka z uśmiechem i data urodzenia oraz czerwony komunikat „Żywy”. Przy nieboszczyku jest natomiast ikonka z trupią czaszką obok komunikatu „Martwy” oraz datą urodzin i śmierci. Można również wybrać losową osobę z zasobów serwisu i przekonać się, czy trafiło się na nieboszczyka czy żywego lub skorzystać z licznych narzędzi kalendarzowych ułatwiających wyliczenie wieku nieboszczyka lub sprawdzenie, kto zmarł pod konkretną datą. Istniejący od 1998 r. serwis nie informuje, w jaki sposób sprawdza doniesienia dotyczące śmierci osób znanych. Jednak – jak na razie – nie zdarzyła się tu pomyłka.

Finowie przeszkolili naród

Z ogólnoświatowym problemem fake newsów – bo dotyczy on w równym stopniu krajów azjatyckich, co opierających demokrację na wolnych mediach Stanów Zjednoczonych – poradziła sobie jedynie Finlandia. Przeszkolono tam całe społeczeństwo w zakresie rozpoznawania nieprawdziwych informacji oraz sprawdzania tych, które budzą wątpliwości. W szkoleniach brali udział nie tylko uczniowie czy studenci, ale również osoby pracujące i emeryci. Uczyli się, jak odróżnić prawdziwe od nieprawdziwego, jak rozpoznać manipulacje obrazami oraz filmami wideo oraz jak rozpoznać bota, czyli program udający w internecie żywego człowieka. Szkolenie w z rozpoznawaniu fałszywych informacji odbyło się w Finlandii w 2014 roku, na dwa lata przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych, w które – właśnie przez produkcję i rozpowszechnianie fake newsów – zaangażowały się rosyjska administracja i służby.

Amerykanie zresztą do dzisiaj stawiają pod tym względem Finlandię za wzór świadomego społeczeństwa informacyjnego. Władze w Helsinkach odpowiadają skromnie, że nie miały wyjścia. Po tym, co Rosja robiła w Gruzji, Mołdawii i na Ukrainie (każdorazowo atak rosyjskich wojsk poprzedzała wielomiesięczna wojna informacyjna) Finlandia musiała być przygotowana na podobną wojnę w swojej przestrzeni medialnej.

Pisane w złej wierze

Również Polacy potrzebują umiejętności rozpoznawania fałszywych informacji. O ogólnonarodowym szkoleniu nie może być mowy – jest zbyt kosztowne i przy obecnie spolaryzowanej scenie politycznej dodatkowo rozgrzanej przez zbliżające się wybory – niemożliwe do zrealizowania. Zresztą już od wielu lat totalna opozycja oraz sprzyjające jej media pokazują, że fake news to narzędzie, które będą wykorzystywać – czemu miałyby więc wspierać szkolenie w ich rozpoznawaniu?

„Gazeta Wyborcza” do dzisiaj szczyci się pamiętnym zdjęciem z martwą wiewiórką rozkolportowanym we wszystkich mediach społecznościowych. Chodziło o przygotowaną przez byłego ministra ochrony środowiska Jana Szyszkę zmianę prawa pozwalającego na wycinkę chorych drzew dla ratowania zdrowego drzewostanu. Media wspierające totalną opozycję natychmiast wykorzystały zdjęcie martwej wiewiórki rzekomo znalezionej po takiej wycince w Puszczy Białowieskiej. Miało się ono stać symbolem tzw. „Lex Szyszko”. Tylko że kilka tygodni później okazało się, że zdjęcie pochodziło nie z puszczy, lecz z warszawskiego Parku Szczęśliwickiego. A wiewiórka trafiła na ścięty pień drzewa położona ręką fotografa, który chciał – w dobrej wierze i nie myśląc o polityce – zwiększyć dramatyzm swoich prac artystycznych.

Podobnych fake newsów wykorzystywanych przez media było znacznie więcej. To kwestia zdjęć (m.in. prezydenta Andrzeja Dudy oraz premiera Mateusza Morawieckiego), a także informacje o tym, że politycy mówili coś, czego nigdy nie powiedzieli. Do złej woli wydawców świadomie posługujących się fake newsami dochodzi upadający zawód dziennikarzy. Dzisiaj większość redakcji dla oszczędności zatrudnia młodych ludzi zajmujących się bezrefleksyjnym przepisywaniem cudzych informacji, często z błędami gramatycznymi czy nawet ortograficznymi.

Rola dziennikarzy, rola czytelników

To dlatego nagłówki dzisiejszych serwisów internetowych straszą: „Słońce zaczyna umierać. Szykujcie się na koniec!”. Dopiero na końcu młody autor wyjaśnia, że chodzi śmierć Słońca wynikającą z ewolucji gwiazd, zaś nastąpi on nie wcześniej niż za pięć miliardów lat. Choć zdarza się, że i tu autorzy mogli się pomylić o rząd wielkości, gdyż chodziło o 500 mln lat. Z punktu widzenia czytelnika serwisu obie daty są bez znaczenia i nie musi się na nic szykować. Sensacyjny tytuł zdążył jednak przyciągnąć kilkanaście tysięcy czytelników – a w końcu to się dzisiaj liczy najbardziej.

W nadchodzącej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu z pewnością czeka nas wysyp fake newsów przygotowanych przez specjalistów od inżynierii społecznej.

 

Zadaniem uczciwych mediów będzie wyłapywanie ich wszystkich i natychmiastowe dementowanie nieprawdy, zaś zadaniem czytelników – nierozpowszechnianie w serwisach społecznościowych tego, czego nie są pewni.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej