OLIMPIJSKI NIEPOKÓJ- Rafał Żebrowski

Mieszkańcy Olimpu, jak to bogowie, byli mocno niekonsekwentni. Targały nimi namiętności całkiem ludzkie, tylko zwielokrotnione wymiarem mocy i nieśmiertelności, a przez artystów byli przedstawiani jako właśnie tak nieludzko spokojni, że słynna Atena zapatrzona w metę niepokoiła antycznych zwolenników klasycznych kanonów.

Wszakoż igrzyska olimpijskie stwarzały asumpt do nie byle jakich emocji i tak nam już zostało. Tymczasem, tak nieco mimochodem, mija stulecie polskiego ruchu w epoce nowożytnej, nawiązującego do najważniejszych antycznych sportowych zmagań. Właściwie chodzi o dwa jubileusze, bowiem 11 X 1919 r. w krakowskim Hotelu Francuskim powołano do życia Polski Związek Lekkiej Atletyki, pierwszą tego typu organizację w Odrodzonej Rzeczpospolitej. Jej prezesem został lwowianin Tadeusz Kuchar, członek najsławniejszej ówczesnej dynastii sportowej w Polsce, zgodnie z nadpełtwiańską tradycją legitymującej się tzw. obcym pochodzeniem, ściśle węgierskim. Następnego dnia w tymże miejscu zainicjowano Komitet Udziału Polski w Igrzyskach Olimpijskich (od 1924 r. Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich; dziś Polski Komitet Olimpijski). Jego dwaj pierwsi prezesi pochodzili z rodu Lubomirskich, a ich włodarzenie do 1929 r. było poniekąd nawiązaniem do tradycji pierwszej olimpiady nowożytnej, postrzeganej jako dzieło gentelmanów.

Olimpijska historia lekkoatletyki

To oczywiste, że takie rocznice powinny zostać uczczone wyjątkowo, zwłaszcza ekstraordynaryjnym wydawnictwem historycznym i nie sądzę, by przemawiała przeze mnie pycha zawodowa. Cóż jednak począć, skoro wychwalany jeszcze niedawno z racji zalet umysłu Jarosław Gowin na ministerialnym stolcu dokonuje cudów, by wykończyć normalne życie naukowe. Jest w tych działaniach bliskim krewnym naszych antykulturalnych rewolucjonistów, bowiem społeczność uczonych chce sprowadzać dociekanie prawdy do punktów, sprawozdawczości itp. zabiegów formalistycznych, za nic mając podstawowe wartości tej sfery – pełna dehumanizacja i zaprzeczenie obyczajów rodem z gaju Akademosa.

A jednak właśnie w tym smutnym czasie pojawia się coś wspaniałego, co może być tylko dziełem szaleńca, ale Bożym Duchem wiedzionego. Otóż właśnie ukazał się pierwszy tom „Igrzysk lekkoatletów” emerytowanego od niedawna prof. Daniela Grinberga, a także Aleksandra Parczewskiego, szczególnie zasłużonego dla szaty graficznej tego wydawnictwa. Zamiar autorów wydaje się tyleż prosty, co właściwie nierealistyczny. Plan jest mniej ni więcej taki: poświęcić zmaganiom lekkoatletów cykl opracowań historycznych, z których każde zaprezentuje jedną olimpiadę nowożytną, stąd podtytuł: „Olimpijska historia lekkoatletyki 1896-2020”, zaś odnośnie 1. voluminu: „Ateny 1896”.

Wydaje się szaleństwem, że jest to inicjatywa indywidualna, że nie powołano do jej realizacji instytutu naukowego i to dobrze wyposażonego w etaty oraz inne utensylia. Można by rzec, iż mamy tu do czynienia z wyzwaniem rzuconym nurtowi realnego życia, ale taki właśnie jest kształt miłości. Spotkałem kiedyś szkolnego kolegę prof. Grinberga, który w zaufaniu wyznał mi, że dzisiejszy „olimpiadolog” już w ostatnich klasach szkoły powszechnej pisywał sprostowania do… „Przeglądu Sportowego”, a drugi z autorów też jest zawołanym statystykiem sportowym.

Statystyki

Dzieło tu omawiane jest pod każdym względem wyjątkowe. Moim zdaniem da się je rozłożyć na kilka warstw. Na początek to, co może niejednego wystraszyć, czyli sportowa statystyka. Oj, nie mamy my skłonności do liczb, a jak zaświadcza w Lalce sam Bolesław Prus, napotkanie kilku miejsc po przecinku może niejednego pozbawić przytomności. Tymczasem wtopione w tekst, dawkowane niemal jak lekarstwo na naszą niewiedzę o ówczesnym sporcie, zestawienia wyników ukazujących nie tylko osiągnięcia na ateńskim stadionie, ale i wcześniejsze, znakomicie osadzają wszystko w kontekście stanu ówczesnej lekkiej atletyki (nie tylko z 1896 r.). Zabieg ów nie tylko w pozytywny sposób buduje nasze ambicje, bo – całkiem niesłusznie – zaczynamy się czuć jak znawcy, co ma niebagatelny aspekt wychowawczy, zwłaszcza dla przeżuwaczy telewizyjnych transmisji popijanych piwem, ale też omawianą książkę przemienia we wcale porządną encyklopedię. Jest tak tym bardziej, że sama relacja o zawodach stanowi dokładne ich odtworzenie, włącznie z poszczególnymi eliminacjami, komentowanymi, o ile tylko dawały ku temu sposobność.

Olimpijska historia

Z tym zaś wiąże się kolejny aspekt wyjątkowości prezentowanego dzieła. Jest ono bowiem rozprawą par exellence historyczną i to nie tylko dlatego, że jeden z autorów spędził żywot na badaniach przeszłości, m.in. europejskiego anarchizmu, bo duch erudycyjnego traktowania przedmiotu zainteresowań bardzo wyraźnie daje tu znać o sobie. Tymczasem spoglądając na dokonania twórcze piszących o ruchu olimpijskim i sporcie w ogólności, z łatwością zauważymy, iż zdecydowana większość tych dziejopisów została uformowana przez dziennikarskie powołanie. Bywali pośród nich znakomici znawcy tej materii, mający tzw. lekkie pióra, a nawet tworzący własne i niepowtarzalne „poetyki” relacji, ale brak im z zasady szerszej perspektywy. Przy czym nasi autorzy wyraźnie się w tej mierze powściągają, by nie straszyć czytelnika „fetyszem genezy”. Wszakoż i w tej materii niejedną ciekawą rzecz tu znaleźć można. A jako, że to tom pierwszy, więc i niemało tu informacji o tym, że nie samym Pierrem de Coubertinem początki nowożytnego olimpizmu stoją. Nawet wprost przeciwnie, bowiem dosiadł się on do jego bryczki, która już całkiem raźno się toczyła. Z przyjemnością konstatuję, że walny udział w tym mieli Grecy, co z resztą zrozumiałe, bo odrodzenie narodowe po wiekach niewoli chyba musiało się tą pożywką kontentować. Równocześnie jednak herosi stadionu ateńskiego nie zostają porzuceni przez autorów – jak to zwykle bywa – w chwili, kiedy spoceni i okryci kurzem schodzą ze sceny, ale ich dalsze losy też możemy śledzić.

Najsmaczniejszym jednak kąskiem są opowieści skrótowe, a zarazem pełne szczegółów nizanych na nić narracji. Składają się one w mozaikę wielobarwną, acz autorzy stronią od wszelkiej sensacji, a nawet od wypowiadania wyroków w sprawach, w których postępowanie dowodowe przeprowadzili tak, że i na śmierć na tej podstawie skazać by można. A ileż w tym smaków i smaczków, od których w głowie łacno zakręcić się może, bo i dowiadujemy się, kto i za jak opłacony bilet siedział na trybunach, a także za darmo naprzeciw nich, jak zawodnicy (tylko wyjątkowo całe drużyny), przybywali do Aten i się tam utrzymywali itd., itp.

Bieg maratoński

Urzekający koloryt odsłania na przykład końcowy do dziś akt spektaklu olimpijskiego, czyli bieg maratoński. Czegoś takiego po prostu nie było w starożytności, ale trudno się dziwić ateńczykom, że musieli nawiązać do swego mitu, który zresztą też należałoby w warstwie faktograficznej nieco uściślić. Odnoszę wrażenie, że autorzy udowodnili, iż w tej dyscyplinie Grecy grali znaczonymi kartami, czyli oszukiwali, a ich determinację wzmagał fakt, iż nie tryumfowali w żadnej dyscyplinie lekkoatletycznej. Oni jedyni prowadzili systematyczne przygotowania do morderczego biegu, które pochłonęły ofiary śmiertelne w ekipie złożonej z żołnierzy. Choć nasi autorzy się od tego odżegnują, to pewnie owa presja na organizatorów przyczyniła się do dyskwalifikacji jedynego bodaj stuprocentowego specjalisty od bardzo długich dystansów, Carlo Airoldiego, który z Italii biegł do Aten i aby zdobyć pieniądze na przeprawę statkiem, musiał wystartować w wyścigu wokół dzisiejszego Dubrownika. Nie miał szczęścia, bo rok wcześniej na 500-kilometrowej trasie ścigał się z bożyszczem Dzikiego Zachodu, Buffalo Billem jadącym konno i nikczemnie kantującym (wbrew regulaminowi zmieniał wierzchowca). Zwycięzcą pierwszego sportowego maratonu został wbrew wszelkim prognostykom Spirydion Luis, prosty wieśniak, służący w armii greckiej. Nie tylko wcześniejsze wyniki go do tego nie predysponowały, ale i analiza międzyczasów oraz „cudowne” dopędzenie prowadzącego o kawał dystansu rywala, budzą poważne wątpliwości. Natomiast on sam jeszcze przed startem chwalił się, że wygra w cuglach, a jeden z jego kolegów został pozbawiony miejsca „na podium”, bowiem przyznał się, że został podwieziony, dzięki czemu na trzecie miejsce „wskoczył” Węgier Gulya Keller, jedyny poza Grekami, który ukończył bieg. Dziwią się Państwo, że można było bez treningu i jednej bodaj próby porwać się na występ w maratonie? To były całkiem inne czasy i kultura. Dość powiedzieć, że słabnący lider, którego Luis miał wyprzedzić, w czas kryzysu krzepił się dobrą starą whisky. Ja tam go rozumiem, ale dziś to nie do pomyślenia. Co ciekawe do zejścia z trasy biegł w zasadzie równym tempem. Gospodarze w każdym razie oszaleli ze szczęścia, a tryumfatorowi (prawdziwemu czy raczej mniemanemu) na ostatnich metrach towarzyszyli dwaj synowie greckiego monarchy.

Ograniczenie się do lekkoatletyki w prezentowanym tomie Igrzysk lekkoatletów było zwykłą koniecznością. Na tym poziomie szczegółowości w kolejnych voluminach mogą wręcz się pojawić kłopoty z pomieszczeniem materiału. Liczba konkurencji wszak rosła, nie mówiąc o liczbie uczestników i globalnym zasięgu. Toteż głównym powodem tytułowego niepokoju jest dla mnie obawa, czy autorom starczy sił i zdrowia, by doprowadzić dzieło do końca. Będzie ono bowiem bezprecedensowym unikatem w skali światowej, a mogłoby wręcz stać się naszym powodem do dumy, gdyby autorzy uzyskali ze sfery publicznej choć trochę wsparcia. Nie muszę chyba nawet mówić, że ta piękna książka została wydana od razu jako „biały kruk”, pomimo zaangażowania się obu wspomnianych na początku bardzo dostojnych jubilatów. Daj więc Boże doczekać ostatniego tomu poświęconego igrzyskom przyszłorocznym, czyli drugim tokijskim za mego żywota.

 

Czekamy nań i na nie z niepokojem, który ostatnio skutecznie starają się studzić sami lekkoatleci, sprawiając nam wiele radości i wynikami, i walecznością, a przecież naprawdę o nią chodzi.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej