Rapsodia ideolo - Waldemar Żyszkiewicz

Brak próby dotarcia do głębszych egzystencjalnych motywów, które ukształtowały życie Farrokha Bulsary, sprawił, iż mocno reklamowany film Bryana Singera pozostaje głównie wizualną repliką części koncertu z 13 lipca 1985 na londyńskim Wembley.

Oczywiście warto docenić sprawność i dynamikę, z jaką Rami Malek w sekwencjach koncertowych imituje ruch sceniczny popularnego i nadwyrazistego raczej niż faktycznie charyzmatycznego lidera grupy The Queen, ale to trochę mało jak na kino z ambicjami artystycznymi. Zwłaszcza początek tej produkcji jest rwany, narracyjnie chropawy, niezbyt przekonujący.

Na bezrybiu i rak ryba

Postać Freddiego-Farrokha, dość mocno przesterowana, właściwie nie budzi ciepłych uczuć, chyba że u tych widzów, którzy na to, co widać na ekranie, nakładają swój własny filtr pamięciowy... Rzeczywisty wokalista Queen prezentował się mimo całej naszej o nim wiedzy sympatyczniej niż Rami Malek z cokolwiek przesadzoną protetyką, która utrudnia mu nawet mówienie. Z kolei życie rodzinne państwa Bulsarów, Parsów z Zanzibaru, wyznających zaratusztrianizm, zostało zbanalizowane modelowym wręcz schematyzmem, toteż konflikt postaw ojca-tradycjonalisty i syna-obyczajowego dysydenta, a później ich pojednanie wydają się niestety mało wiarygodne.

Zabrakło miejsca na przywołanie istotnych rysów biografii chłopaka, urodzonego w 1946 roku w Brytyjskim Protektoracie Zanzibaru, który chował się jednak u ciotki w indyjskim stanie Maharasztra i już w latach szkolnych słuchał tylko anglosaskiej muzyki rockowej, zakładał zespoły muzyczne, a dystansując się wobec imienia Farrokh, kazał się wołać Freddie. Takich „opuszczeń”, które wydawałyby się istotne dla opowieści mającej widzowi coś wyjaśniać, jest w filmie Singera znacznie więcej. Wiem, skrótów nie da się uniknąć, ale komiksowość, z jaką potraktowano np. pierwszą amerykańską trasę zespołu – raz, że sama w sobie filmowo nieatrakcyjna – odbiera też szansę na przekonujący sygnał o genezie seksualnej transgresji, jakiej zaczyna podlegać dwudziestoparolatek, nie tylko pozostający już w związku z ukochaną dziewczyną, lecz obligowany także etyczną triadą wiary, w jakiej został wychowany: dobre myśli-dobre słowa-dobre uczynki.

Jeśli nawet uznać, że dominujące źródła sytuacyjnego, młodzieńczego homoseksualizmu trafnie definiuje rosyjskie porzekadło „Na bezpticze i żopa sołowiej”, zwłaszcza jeśli je trochę niestarannie wypowiadać, to przecież scena przedwieczornej rozmowy telefonicznej, gdzieś na środkowym Zachodzie Stanów, z nagłą fascynacją jakimś obcym, nieatrakcyjnym, widzianym od tyłu mężczyzną, wchodzącym do ubikacji, nie może przyczynić się ani do zrozumienia motywów, ani do wzrostu sympatii wobec nader ambitnego wokalisty grupy Queen.

Owszem, specjalne okoliczności, takie jak długi pobyt w męskich szkołach i koledżach, służba w wojsku, dłuższe trasy koncertowe czy objazdowe rozgrywki sportowe, czyli współwystępowanie silnego młodzieńczego popędu z niemożnością naturalnego rozładowania libido może sprzyjać różnym zastępczym formom jego zaspokojenia. Nawiasem mówiąc, na takiej właśnie homoseksualnej zażyłości dwóch sportowców opiera się konflikt w sztuce Tennessee’ego Williamsa „Kotka na gorącym blaszanym dachu”. Całkowita eliminacja tego wątku z klasycznej adaptacji filmowej Richarda Brooksa (1958, cenzura obyczajowa) znacznie osłabiła wiarygodność tej dziwnej, zimnej wojny toczonej przez małżonków, granych przez Paula Newmana i Elisabeth Taylor.

Snobizmy i zmysłowość epoki

W scenariuszu „Bohemian Rhapsody”, autorstwa Anthony’ego McCartena, zabrakło mi choćby próby dotarcia do jakiejś głębszej interpretacji motywów, które młodego Parsa z tyłozgryzem, ale i czterooktawową skalą głosu uczyniły popkulturowym bożyszczem młodych na całym świecie. Scenka mająca dowodzić, że praca przy bagażach na lotnisku Heathrow, gdzie brano go za Pakistańczyka, nie była szczytem marzeń dla chłopaka, którego rodzice w obawie przed skutkami wojny domowej w 1964 roku, przenieśli się z Zanzibaru do Londynu, naprawdę niewiele wyjaśnia.

Podobnie jak wtrącane mimochodem informacje o czterech dodatkowych siekaczach czy o studiowaniu grafiki artystycznej i „dizajnu” w Ealing Art College. Choć akurat te studia, zakończone uzyskaniem dyplomu w roku 1969, mogły sprzyjać heraldycznym zainteresowaniom Freddiego oraz jego snobistycznym ciągotom, które przejawiły się nie tylko w forsowanej wbrew kolegom-muzykom, bo „przydającej dostojeństwa” nazwie grupy, ale i w projekcie logotypu Queen, przypominającego herb, bagatela, Zjednoczonego Królestwa.

Wielkie ambicje, połączone z nieśmiałością oraz niezadowoleniem ze swego wyglądu, z otrzymanego imienia, dziedziczonego nazwiska, a także z zajmowanej pozycji społecznej, czyli w istocie z brakiem akceptacji dla własnej tożsamości, mogą stanowić ogromną siłę napędową. I tę przebojowość Mercury’ego, skuteczną, bo twórczą, połączoną nie tylko z teatralizacją własnego wizerunku scenicznego (co byłoby zrozumiałe i akceptowalne), ale z niemiłą dla otoczenia, nieraz wręcz brutalną transmisją quasi-sułtańskich gestów, zachowań oraz przepychu również do sfery prywatności, film do pewnego stopnia ukazuje.

Zabrakło mi jednak w „Bohemian Rhapsody” nieideologicznego zmierzenia się z problemem popędu seksualnego, nad którym frontman Queen nie zdołał zapanować i który doprowadził go do śmierci w wieku 45 lat. Przed „zbrukaniem duszy”, czego wyznawcy zaratusztrianizmu starają się unikać, nie uchroniła go ani rodzima wiara, ani związek z Mary Austin, którą do końca nazywał swoją „legalną żoną” i szczodrze w testamencie zaopatrzył, ani wreszcie dobry przykład kolegów z zespołu... Tworzywa do zmierzenia się z tą kwestią znalazłoby się naprawdę sporo. A McCarten, który ma na koncie scenariusze m.in. do „Czasu mroku” (Joe Wright, 2017) czy „Teorii wszystkiego” (James Marsh, 2014), z pewnością umiałby je interesująco wykorzystać. Dlatego sądzę, że to producenci wyrazisty dylemat między prawdą a „postępem” postanowili rozstrzygnąć ku zadowoleniu progresistów. Szkoda.

Rapsodia czeska czy gejowska?

Przyzwoicie prezentują się fragmenty koncertów klubowych oraz występów dla większej widowni, najmniej ciekawe są partie (znów dość schematycznie i „dyskretnie”) prezentujące okres, w którym frontman Queen, za sprawą intryg nowego menedżera, pogrąża się w życiu nieuporządkowanym i egzystencjalnie, i zawodowo. Zwłaszcza wielki bal, z którego trzej pozostali muzycy z zespołu, często zwani przez Mercury’ego rodziną, szybko się wycofują, przypomina trochę – też powierzchownie ukazane – bachanalia dla ubogich.

Paradoksalnie, opowieść o Mercurym i grupie Queen, zaczyna nabierać sensu od wizyty jego byłej dziewczyny i rozmowy z nią podczas ulewnego deszczu. Sceny pozbycia się podstępnego Paula Prentera, który szczególnie w okresie berlińskim izolował wokalistę od wszystkich przyjaznych i dobrze mu życzących ludzi, a także pojednania się Mercury’ego z kolegami z zespołu – tchną prawdą nieprzesterowanych emocji: inaczej niż wielokrotnie zdarzało się to we wcześniejszych sekwencjach. Mimo nieodległego już terminu globalnego wydarzenia, jakim stał się przeprowadzony równolegle na londyńskim Wembley i stadionie JFK w Filadelfii koncert Live Aid, organizatorzy znaleźli w programie dwadzieścia minut czasu dla Briana Maya i jego kolegów. I dobrze na tym wyszli, bo telefony od ofiarodawców, które rozległy się masowo dopiero podczas występu grupy Queen, powiększyły zebraną podczas kwesty sumę o okrągły milion funtów szterlingów.

Dopiero końcówka opowieści o Freddiem Mercurym, a szczególnie sekwencja występu na Wembley odznaczają się pewną zwartością dramaturgiczną i emocjonalną, choć realizatorzy filmu nie ustrzegli się jednak od podsuwania młodym ludziom brzmiącego atrakcyjnie, ale złudnego przesłania, że „można zostać każdym, kim się chce”. Ilustrując to wciąż uporczywie lansowane myślenie życzeniowe, mniej czy bardziej dyskretnymi obrazkami czułych par tej samej płci, wsłuchanych i wpatrzonych w swego idola...

To prawda, że muzyka Queen, a przynajmniej jej część, nadal ma moc oddziaływania na ludzi, wprawiania słuchaczy w koncertową ekstazę, ale propagowanie „nieortodoksyjnego stylu miłowania” przy okazji opowieści o egzystencjalnie mocno pogubionej ofierze AIDS to hołdowanie cokolwiek przesadnemu ryzyku. Ludzkość, jako gatunek, przetrwała dzięki temu, że odróżniała prokreacyjnie efektywne sposoby realizacji libido od metod może przyjemnych, ale jałowych, tradycyjnie zwanych dewiacjami. Można doceniać Farrokha Bulsarę jako żywiołowego i utalentowanego performera, jednocześnie współczując mu jako człowiekowi.

 

Jednak na wzorzec osobowy dla przyszłych pokoleń przedwcześnie zmarły w 1991 roku frontman popularnego zespołu zdecydowanie się nie nadaje.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej