Koniec świata?- Rafał Żebrowski

Dziś wszyscy – no, prawie – zdajemy sobie sprawę, że nasza ziemia i nasz świat, są łupiną żeglującą przez niezmierzone przestrzenie zimnej nicości. Jest również dość prawdopodobne, iż może ich nie być. Nawet nie musi na nas machnąć ogonem cwałujący Bucefał komety, bowiem wystarczy odpowiedniej wielkości kawał skały i jeśli ten kosmiczny śmieć nie spłonie w atmosferze, lecz trafi w nasz glob, będzie po wszystkim – to znaczy dla nas i naszych potomków, bo w skali wszechświata zdarzenie owo nie będzie godne „zmarszczki stylu” w kronikach gwiezdnych.

Zważywszy, że uczeni znawcy, czyli mistrzowie teleskopów, oceniają ilość tych pocisków, które mogłyby nas razić, na jakieś – bagatela – 19 tys., to w obliczu takiej potencjalnej nawały artyleryjskiej, choćby tylko potencjalnej, blednie wszelka refleksja, w tym niestety także moralna, zaś zastanawianie się nad ludzką kondycją może wydawać się aberracją, zakrawającą na wspaniałomyślny gest skazańca z wolna wstępującego na szafot. I to jest właśnie pułapka nowoczesności, pojętej całkiem konkretnie, a nie jako absurdalny konstrukt Baumanowski. Wygląda bowiem na to, że im więcej wiemy o tajemnicach natury oraz wszechświata, tym większą zagadką staje się dla nas własna dusza, o ile nie próbujemy jej istnieniu zaprzeczać.

Niepokojące czasy

Wszak mogą ulicami współczesnych metropolii ciągnąć odrażające, li tylko ze względów estetycznych, korowody promujące do niedawna jeszcze karalne praktyki seksualne, wsparte aberracyjnymi teoriami o przeszło półsetce tożsamości płciowych, choć gołym okiem widać, że albo chłopiec, albo dziewczynka, a przynajmniej fizycznie – tertium non datur. A bynajmniej nie wynika to z tęsknoty za paroksyzmami lęku zbiorowego w obliczu oczekiwanego dnia sądu u rychłego końca dni, np. w związku z zapowiedziami mistyków czy nadciąganiem jakiejś „okrągłej” daty. Jednak i one zdają się znacznie bardziej płodne niż obawy zaburzeń w życiu wewnętrznym naszych komputerów, związanych z początkiem 2000 r.

Mam wrażenie, że warto się pochylić nad jednym zwłaszcza takim „apokaliptycznym” wydarzeniem z początków epoki nowożytnej. Pozostawiam też Państwu snucie analogii do współczesności. Oto bowiem 2. i 3. dekada XVI w. były równie niespokojne na naszym kontynencie, co dzisiejsze czasy. Słońce renesansu zdawało się świecić pełnym blaskiem. Na stolicę Piotrową wybrano właśnie (11 III 1513) kardynała Giovanniego de Medici, drugiego syna samego Wawrzyńca Wspaniałego, dominującego we Florencji, stolicy europejskiego odrodzenia, który przyjął imię Leona X. W istocie był to renesansowy książę, pełen elegancji, a równocześnie przebiegły i podstępny polityk. Przypomnijmy, że współczesny mu Niccolo Machiavelli, kodyfikator zasad świeckiej realpolitik, umrze w najważniejszym dla tej opowieści 1527 r. Nowy papież żył na więcej niż światowej stopie i miał lekką rękę do wydatków, tymczasem trzeba było od nowa wznosić bazylikę św. Piotra, stanowiącą serce chrześcijańskiej Europy. Głowa Kościoła radziła sobie jak mogła, m.in. sprzedażą odpustów. To głównie przeciw temu procederowi skierowanych było 95 tez Marcina Lutra ogłoszonych 31 X 1517 r. w Wittenberdze. Reakcja na nie była mocno spóźniona, bo bulla papieska „Exsurge, Domine” (Powstań, Panie) z ich potępieniem została wydana bez mała trzy lata później. Zbuntowany mnich spalił publicznie ów dokument 10 XII 1520 r., za czym poszła formalna ekskomunika. W ten sposób jedność chrześcijaństwa zachodniego legła w gruzach. Edykt wydany przez cesarza Karola V, podczas sejmu Rzeszy w Wormacji, uznający Lutra za heretyka (26 V 1521) nic nie mógł zmienić. Zresztą decyzję ową najwyższy przedstawiciel władzy świeckiej ogłosił pod nieobecność protektorów ojca reformacji, co nie wróżyło jej skuteczności.

W orbicie wpływów tureckich i habsburskich

W tym samym czasie młody sułtan turecki, Sulejman, później u nas zwany Wspaniałym, a przez poddanych Prawodawcą, po objęciu władzy ruszył na Węgry, gdzie nominalnie panował Ludwik I Jagiellończyk. Zdobycie wówczas przez Osmanów Belgradu, najważniejszego elementu obrony pogranicza naszych bratanków, wywołało szok w całej Europie. Madziarski sejm uchwalił wysokie podatki, ale kiedy nadeszły wieści, że Sulejman powrócił do swej stolicy, zapał ostygł, daniny nie wpłynęły, a kryzys królestwa, niegdyś tak potężnego, trwał dalej. Nie minęło lat kilka i bitwa pod Mohaczem, stoczona 29 VIII 1526 r., przesądziła o utracie jego niezależności. Sama batalia, jak i okoliczności śmierci dwudziestoletniego monarchy są na tyle symptomatyczne, że postaram się je opisać, bo mogą stanowić ciekawą przestrogę dla współczesnych.

Jakby tego wszystkiego było mało, w grudniu tegoż 1521 r. umiera papież. Za jego pontyfikatu na cesarza został obrany Karol V z dynastii Habsburgów, panujący w Hiszpanii. Jeden rzut oka na mapę wystarczy, by uznać, że nasz kontynent został wówczas podzielony w sposób wymuszający wybuch konfliktu. To też częściowo tłumaczy, czemu wówczas tak niewiele uwagi najwięksi statyści polityki kontynentalnej poświęcali „jakiemuś” mnichowi z Wittenbergi. Spora część Europy pozostawała w orbicie wpływów tureckich i habsburskich. Poza chwiejącym się królestwem węgiersko-czeskim, silną pozycję miały tylko Polska i Francja. Tą ostatnią władał Franciszek I, który także zabiegał o koronę cesarską, ale przegrał elekcję. Nie trzeba zresztą odwoływać się do jego urażonej ambicji. Ziemie pozostające w rękach lub pod wpływami Habsburgów otaczały jego dziedzictwo niczym oblężoną twierdzę. Na domiar wszystkiego Karol V skierował swe zainteresowania imperialne na Włochy, wspaniałe dorobkiem cywilizacyjnym, ale także niezmiernie bogate, tyle że bardzo rozdrobnione. Perłą pierwszej wielkości pośród liczny księstw i państewek był Neapol, gdzie niegdyś władali Andegaweni, ale właśnie tu usadowili się dość pewnie Hiszpanie. W ten sposób doszło do czterech wojen włoskich (1521-26, 1526-29, 1532-38, 1542-44), których stawką była dominacja w Italii i na całym kontynencie. ja w Italii i na całym kontynencie.

Hadrian VI

Tymczasem po zgonie Leona X, na papieża wybrano Hadriana Florensa Dadala (Hadrian VI) – był to człowiek bardzo pobożny, skłonny do ascezy. To on właśnie, pochodząc z Utrechtu, był tym nie-Włochem na stolicy Piotrowej, który poprzedzał polskiego papieża. Być może mógł wiele dokonać. Zapewne byłby dobrym promotorem reformy w Kościele oraz uzdrowicielem papieskich finansów. W polityce włoskiej próbował bezskutecznie zachować neutralność. Niestety rychło jego pontyfikat (9 I 1522 – 14 IX 1523) zakończyła śmierć.

Po pięćdziesięciodniowym konklawe obrano jako jego następcę –kolejnego Medyceusza, który przyjął imię Klemensa VII. Już samo jego pochodzenie powinno go wykluczyć z piastowania wyższych godności kościelnych, gdyż był potomkiem Giuliana de Medici i jego metresy Fiortty. Po zamordowaniu ojca pieczę nad jego wychowaniem sprawował Wawrzyniec Wspaniały. Nowy papież był człowiekiem wykształconym i przynajmniej po rozpoczęciu pontyfikatu starał się prowadzić w miarę dobrze, ale splendoru nie przyczyniał mu ciemnoskóry syn (na jego temat historycy mają pewne wątpliwości). Z całą pewnością nie miał talentów politycznych, a czasy były co najmniej trudne. Mieszkańcy Rzymu witali go z nadziejami, które miały ustąpić niemal jawnej wrogości. Dość powiedzieć, że przyjęte przezeń imię znaczy tyle, co „człowiek o łagodnym usposobieniu”, „delikatny”, „pobłażliwy”, ale lud rychło począł o nim mówić „Inklemens”, czyli „bezlitosny”.

Karol V odnosił na włoskim teatrze wojennym znaczne sukcesy. W 1525 r. pokonał Franciszka I pod Pawią, biorąc monarchę francuskiego do niewoli. Papież, jak wielu we Włoszech, był zaniepokojony dominacją habsburską. Zmienił więc front, ale liga dzięki tej zdradzie zawiązana (Francja, papiestwo, Mediolan, Wenecja, Florencja) została rozbita. Karol V był wściekły, a na domiar złego miał kłopoty z opłaceniem swych wojsk. Nachodzące święta wielkanocne w 1527 r. nie zapowiadały się najweselej, choć ówczesny Rzym był bodaj najpiękniejszym z ówczesnych miast, pełnym wspaniałych pałaców i dzieł sztuki, licznych intelektualistów i artystów, zdolnych rzemieślników oraz kardynałów o książęcych manierach i przyzwyczajeniach. W czasie publicznego udzielania wielkotygodniowego błogosławieństwa Klemens usłyszał z ust wędrownego kaznodziei: „Ty sodomski sk…, jeśli się nie nawrócisz, za dwa tygodnie to miasto zostanie zniszczone”. I tak się stało, podczas słynnego „sacco di Roma” (rabunku Rzymu). Miasto z marszu zostało zdobyte (6 V) przez niepłatnych żołdaków, pośród których rej wiedli Hiszpanie i zaciężni Niemcy. Gwardia szwajcarska broniąca papieża została wybita niemal do nogi, a dorzynano ją u stóp ołtarza św. Piotra. Głowa Kościoła w tym momencie salwowała się ucieczką tajnym przejściem do Zamku św. Anioła i to tak paniczną, że część kardynałów pozostała za zatrząśniętymi zbyt pośpiesznie drzwiami. Orgia mordu i rabunku trwała osiem dni, a żołdactwo panoszyło się tu jeszcze przez wiele miesięcy. Wieczne miasto liczące sobie 65 tys. mieszkańców stało się zrujnowaną mieściną zaledwie dziesięciotysięczną.

To był prawdziwy koniec świata, a także wspaniałej epoki renesansu. Dalej wielcy mecenasi ozdabiali stolicę chrześcijaństwa wspaniałymi dziełami. Jednak to już nie było to. Właśnie Klemens VII obstalował fresk przedstawiający sąd ostateczny na ścianę ołtarzową kaplicy Sykstyńskiej. Temat całkiem nie rozrywkowy, ale też w szczególny sposób ujęty. Dominantą jest w nim postać Chrystusa, który odwraca się od ludzkości z gestem potępienia. Wyobrażenie to winno budzić grozę. Jednak Stwórca zapowiedział już po potopie, że w taki sposób karać nie będzie ludzkości za grzechy. Jak wykazują dane archeologiczne sama owa apokaliptyczna powódź była wydarzeniem lokalnym i tak to się zdarzało odtąd wielokrotnie. Po „sacco di Roma” przeszły rozmaite wydarzenia, bowiem i Europa spłynęła krwią w wojnach religijnych, nasz kraj szczęśliwie omijających; ale Kościół się podniósł w wyniku działań reformatorów, a zwłaszcza ustaleń Soboru Trydenckiego. Tylko braku życzliwości należy przypisać, że epokę po nim wielu zwie do dziś kontrreformacją.

 

Toteż patrząc na dzisiejsze szaleństwa nie traćmy ducha. To jeszcze nie koniec świata, naszego świata!

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej