Zapiski gdańskie… - Andrzej Gelberg

Na początku sierpnia odebrałem telefon – męski głos poinformował mnie, że zostałem zaproszony do rady powstającego właśnie – z inicjatywy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” – Instytutu Dziedzictwa Solidarności.

Oficjalny przekaz dla mediów o tej inicjatywie nastąpi w Gdańsku 31 sierpnia, w trakcie rocznicowych uroczystości podpisania Porozumień Sierpniowych. Czy przyjmuje pan zaproszenie? – usłyszałem w słuchawce. Moja odpowiedź była krótka: – To dla mnie honor.

31 sierpnia bladym świtem wsiadłem w Warszawie do pociągu pendolino i po niecałych czterech godzinach dotarłem do Gdańska. Nie byłem w tym mieście od dobrych kilkunastu lat, chociaż wcześniej, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych, często tam przyjeżdżałem. Szczególnie mocno w mojej pamięci zapisał się rok 1988, kiedy w maju, a także w sierpniu, brałem udział w strajkach w Stoczni Gdańskiej, które – jak dzisiaj wymądrzają się historycy, ale co nam, wtedy strajkującym, nawet do głowy nie przyszło – stały się znaczącym krokiem na drodze do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Tam nie rosną już poziomki

O tym, że w mieście, w którym narodziła się Solidarność, dzieje się nie najlepiej, dowiadywałem się od dawna z licznych doniesień medialnych. Jednak zderzenie z gdańską rzeczywistością, przynosiło co rusz zaskakujące niespodzianki. Tuż po wyjściu z dworca napotykam na coś nowego – niezbyt wysoki pomnik, na cokole którego widoczne sylwetki małych dzieci i nastolatków. Ki diabeł? Podszedłem bliżej i odczytałem na niewielkich tabliczkach nazwy kilku niemieckich miast, w tym również Gdańska. Obszedłem pomnik dookoła, gdzie zobaczyłem kolejne tabliczki z miastami – i wreszcie na końcu większą transkrypcję z następującym tekstem w języku polskim: „Dzieciom żydowskim, które w roku 1939 wyjechały bez swoich rodziców z Wolnego Miasta Gdańska do Wielkiej Brytanii i dzięki temu zostały ocalone przed prześladowaniami niemieckich nazistów”.

Nie znałem tego epizodu, więc postanowiłem zbadać sprawę. Pomnik powstał z inicjatywy prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, a upamiętniać miał fakt, że na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej władze hitlerowskie, które jeszcze wtedy nie miały sprecyzowanych planów, jak rozwiązać „problem żydowski”, wielkodusznie zezwoliły na opuszczenie swojego terytorium kilku tysiącom małoletnich przedstawicieli tego narodu. Miejscem docelowym dzieci była Wielka Brytania, miejscem docelowym ich rodziców stał się kilka lat później Auschwitz.

Zachodziłem w głowę, o co chodziło prezydentowi Adamowiczowi, żeby w centrum Gdańska stawiać taki pomnik (z Wolnego Miasta Gdańska wyjechało zaledwie sto dzieci) i jedynym logicznym wyjaśnieniem tej zagadki była chęć podkreślenia, że nawet okrutnych hitlerowców stać było na humanitarny gest. Tylko dlaczego ociepleniem wizerunku hitlerowców mają się zajmować Polacy?

Skierowałem się w stronę stoczni, od dworca kolejowego to zaledwie kilkaset metrów. Minąłem budynek Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i znalazłem się na Placu Solidarności, gdzie biły w niebo trzy 42-metrowe krzyże zwieńczone kotwicami, mające upamiętnić masakrę na Wybrzeżu w roku 1970. U podnóża krzyży grupa ludzi składała kwiaty, stawiała znicze – tłoku nie było. Ruszyłem w stronę stoczniowej bramy nr 2, obok w przeszłości były biuro przepustek i wartownia – teraz wejścia nikt nie ograniczał. Gdy tylko znalazłem się na terenie stoczni, natychmiast wróciły mi wspomnienia i „klisze pamięci”. Stojący tuż za Bramą nr 2 budynek stołówki – zniknął. A pełnił on w strajkach roku 1988 kluczową rolę – tam na piąterku rezydował komitet strajkowy, na parterze w dzień odbywały się masówki i wydawano posiłki, po zapadnięciu zmroku zaś rozkładano płyty styropianowe i była noclegownia. Od siebie dodam, że w piwnicach stołówki, gdzie były sanitariaty, pod strażą dwóch stoczniowców, którzy nie wiedzieli, czego pilnują, nagrywałem na kasety audycje Radia Solidarność, następnie przemycane poza teren stoczni. Teraz po stołówce nie pozostał nawet ślad.

Kilkadziesiąt metrów dalej był niewielki budynek stoczniowego szpitala (pracowała tam zmarła kilka lat temu pielęgniarka Alina Pieńkowska, która odegrała istotną rolę, że sierpniowy strajk roku 1980 nie zakończył się kompromitacją). Dzisiaj nie ma Alinki, nie ma też szpitala – na terenie stoczni szaleją deweloperzy.

Natomiast zaraz po lewej stronie pojawił się duży, przysadzisty budynek. To siedziba Europejskiego Centrum Solidarności. Instytucja ta powstała w roku 2007, a doczekała się własnej siedziby (ponad 25 tys. metrów kwadratowych) 7 lat później. Od samego początku nadzór nad Centrum przejął prezydent Adamowicz, ale powołano również 19-osobową radę, która miała wyznaczać kierunki działania Centrum, dbając zarazem o to, żeby zachować wierność ideałom Sierpnia. W tej radzie NSZZ „Solidarność” dostała tylko dwa miejsca i, gdy okazało się, że Solidarności wyznaczono jedynie rolę „kwiatka do kożucha”, Komisja Krajowa „Solidarność” uznała, że nie będzie płacić cudzych weksli i podjęła decyzję o opuszczeniu ECS. Była to decyzja zbawienna, gdyż 2 kwietnia 2019 r. w rocznicę śmierci Jana Pawła II, (niech tylko naiwni wierzą, że wybór takiej daty był przypadkowy) w siedzibie ECS zorganizowano sympozjum działaczy i entuzjastów LGBT. A w rocznicę podpisania porozumień sierpniowych przypięto do piersi Franza Timmermansa – znanego przyjaciela Polski i Polaków – Medal Wdzięczności. Nic na to nie poradzę, ale ta ostatnia sytuacja kojarzy mi się z uhonorowaniem przez władze PRL wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, Leonida Breżniewa, Orderem Virtutti Militari.

W historycznej Sali BHP

Gdy przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego Lech Wałęsa i wicepremier Mieczysław Jagielski podpisywali porozumienia gdańskie, sala BHP mieściła się w obskurnym baraku. W tym samym baraku, leżącym wis-a-vis siedziby ECS, teraz pięknie odremontowanym, miały odbyć się oficjalne, rocznicowe uroczystości. Gdy wszedłem do środka, wszyscy zaczęli wstawać z krzeseł, bo właśnie padło hasło: do hymnu. Rozejrzałem się po niezbyt wypełnionej sali, szukając wzrokiem przyjaciół i kolegów z czasów „solidarnościowej konspiry” i nagle ze zdumieniem skonstatowałem, że w części sali odgrodzonej taśmą, przeznaczonej dla dziennikarzy, kilku z nich siedzi przy swoich tabletach, a wśród tych żurnalistów, którzy wstali, tylko dwóch śpiewało hymn. Ze smutkiem skonstatowałem, że zachowanie tych bojkotujących Mazurka Dąbrowskiego dziennikarzy – byli to bez wyjątku ludzie przed trzydziestką – jaskrawo odbiega od postawy ich rówieśników, którzy przed każdym meczem międzypaństwowym, z orłem na piersi śpiewają hymn jak jeden mąż.

A potem były przemówienia: przewodniczącego Komisji Krajowej „Solidarność” Piotra Dudy, jego poprzednika (dzisiaj posła) Janusza Śniadka, premiera Mateusza Morawieckiego, przesłanie prezydenta Andrzeja Dudy odczytał jeden z jego ministrów. Wreszcie Piotr Duda wespół z podsekretarzem Ministerstwa Kultury, Jarosławem Sellinem, ogłosił powstanie Instytutu Dziedzictwa Solidarności i przedstawić skład rady tego Instytutu. Nie ukrywano, że ta inicjatywa jest w oczywistej kontrze do Europejskiego Centrum Solidarności. Potem w kuluarach usłyszałem, że Komisja Krajowa „Solidarność” nosi się z zamiarem odebrania prawa używania przez ECS tradycyjnego i powszechnie znanego, graficznego znaku Solidarności. Wielu przyjaciół i kolegów z czasów „wydarzeń wspólnie przeżywanych” nie było na uroczystościach rocznicowych: część odeszła na wieczną wartę, inni się zestarzeli i nie mogli o własnych siłach przyjechać do Gdańska, a pozostali wybrali ścieżkę życiową opisaną przez Mariana Brandysa w „Końcu świata szwoleżerów”. Ale miło było uścisnąć dłoń Andrzeja Gwiazdy, Andrzeja Rozpłochowskiego i Andrzeja Kołodzieja.

Stoczniowe żurawie, czyli zadeptać historię

W dosyć nostalgicznym nastroju opuściłam salę BHP i udałem się na włóczęgę po dawnych terenach stoczni. Kiedyś znałem te tereny bardzo dobrze, teraz w miejscu hal, suchych doków i pochylni do wodowania zobaczyłem puste przestrzenie. Chociaż gdzieś dalej widać było rosnące w górę domy. Deweloperzy są w natarciu, tereny stoczni są dla nich niebywałą gratką. Są bezczelni, butni i aroganccy – za to dobrze dogadują się z władzami samorządowymi. Ostatnio wystąpili do sądu o usunięcie stoczniowych żurawi, gdyż ich obecność w tak atrakcyjnym do budownictwa miejscu, psuje im biznes. Na razie przegrali w sądzie, gdyż wspomniane żurawie chronione są przez konserwatora zabytków. Deweloperzy nie złożyli broni i odwołali się do NSA.

Na razie nieruchome stoczniowe żurawie sterczą w niebo, zaświadczając o minionej świetności Stoczni Gdańskiej, a nie zwykłych wydarzeniach związanych z tym miejscem.

 

I o zmarnowanych szansach.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej