My, niżej… - Andrzej Gelberg

14 marca 1964 r. Antoni Słonimski udał się do Urzędu Rady Ministrów z dwuzdaniowym listem adresowanym do premiera Józefa Cyrankiewicza.

Oto jego treść: „Ograniczenie przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmian polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu”.

Inicjatywa ta – pierwsza tego typu po tzw. odwilży roku 1956 – przeszła do historii pod nazwą „List 34”, bo też tylu miała sygnatariuszy. A była to elita, w najszlachetniejszym, bo nie współczesnym znaczeniu tego pojęcia, grupująca najznakomitszych przedstawicieli polskiego świata kultury i nauki. Wymieńmy najbardziej głośne nazwiska: Jerzy Andrzejewski, Maria Dąbrowska Stanisław Dygat, Aleksander Gieysztor, Leopold Infeld, Paweł Jasienica, Stefan Kisielewski, Zofia Kossak-Szczucka, Tadeusz Kotarbiński, Antoni Słonimski, Melchior Wańkowicz.

Sygnatariusze tego listu mieli świadomość, że będą musieli ponieść konsekwencję za swoją „zuchwałą” korespondencję. I nie musieli długo czekać – kilka dni później 14 pisarzy ze wspomnianej listy objęto zakazem druku, a większości cofnięto paszporty. Rozsierdzone władze przystąpiły do przeciwnatarcia i pod swoją egidą zorganizowały „kontr list” odsądzający sygnatariuszy „Listu 34” od czci i wiary. Nietrudno było znaleźć 600 wystraszonych literatów z Jarosławem Iwaszkiewiczem na czele. Żeby odwieść jakiekolwiek środowiska od zorganizowanych, roszczeniowych petycji skierowanych do władzy, zdecydowano się na spektakularny ruch – 5 października 1964 r. pod absurdalnym pretekstem aresztowano jednego z sygnatariuszy „Listu 34”, Melchiora Wańkowicza, a miesiąc później niezawisły sąd skazał autora „Monte Casino” i „Westerplatte” na trzy lata bezwzględnej odsiadki. I wprawdzie zrezygnowano z wyegzekwowania prawomocnego wyroku (podobno z uwagi na podeszły wiek skazanego), to w środowiskach świata kultury i nauki zapanował blady strach. Władza wysłała czytelny sygnał, że na wszelkie, jej zdaniem nieodpowiedzialne zaczepki, odpowie brutalną siłą.

Tak też się stało w trakcie marcowych strajków studenckich roku 1968, kiedy to również środowiska akademickie kierowały do władz petycje zaczynające się od słów: „My, niżej podpisani…”, a skończyło się pacyfikacją strajkujących uczelni, aresztowaniem i skazaniem kilkunastu studentów, wyrzuceniem z pracy kilku profesorów i relegowaniem z uczelni kilkudziesięciu studentów, co skutkowało powołaniem ich do karnych batalionów Ludowego Wojska Polskiego.

Kara śmierci

Aż dziw bierze, że otrzymana lekcja nie zniechęciła studentów od pisania kolejnych petycji. Rok później, gdy Sejm PRL rozpoczął pracę nad nowym Kodeksem Karnym, grupa studentów Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego zaczęła zbierać podpisy pod petycją skierowaną do Sejmu, zaczynającą się, a jakże, „My, niżej podpisani…”. Tym razem petycja zawierała postulat zniesienia kary śmierci, a załącznikiem było obszerne uzasadnienie takiej aplikacji.

W tej historii mam osobiste wspomnienie. Studiowałem wtedy na Politechnice Warszawskiej, ale miałem dziewczynę z Wydziału Prawa UW. I któregoś dnia pokazała mi blankiet, na którym figurowało kilkunastu sygnatariuszy petycji (imię i nazwisko, adres, i podpis – PESEL nie był jeszcze wtedy znany). Bez wahania wypełniłem rubryki swoimi danymi. Wziąłem również czysty blankiet i spróbowałem zebrać podpisy na swoim wydziale, ale tu poniosłem sromotną porażkę. Kumple z polibudy – jak usłyszałem – nie chcieli się narażać, byli też tacy, którzy deklarowali się jako zwolennicy kary śmierci.

Szybko zapomniałem o tym epizodzie, gdy ponad pół roku później wyjąłem ze skrzynki pocztowej wezwanie do Pałacu Mostowskich, głównej siedziby warszawskiej milicji. Nie miałem bladego pojęcia, w jakiej sprawie, ale w wyznaczonym mi dniu stawiłem się „na Mostowie”. Przyjął mnie funkcjonariusz w cywilu i na dzień dobry warknął: – Kto za panem stoi? Odwróciłem się odruchowo, nikt za mną nie stał. – Nie rozumiem w jakiej sprawie zostałem wezwany? – Chodzi o pana podpis pod antysocjalistyczną petycją w sprawie kary śmierci. Kto pana zainspirował, a może przymusił. – Nikt mnie nie przymusił ani inspirował, od czasu kiedy zacząłem samodzielnie myśleć, jestem przeciwnikiem kary śmierci. Tu zacząłem przez kilkanaście minut przedstawiać argumenty w sprawie kary śmierci, które skłoniły mnie do tego, że stałem się jej przeciwnikiem. Funkcjonariusz przerwał moje dywagacje stwierdzeniem: – Pan zbierał na swoim wydziale podpisy pod petycją? – A to pan wie? - My wszystko wiemy – znowu mi przerwał. – Ale to pan na pewno wie również, że nikt się nie podpisał. – Wszystko jednak wskazuje na to, że było jakieś porozumienie pomiędzy Uniwersytetem i Politechniką. – Nic mi na ten temat nie wiadomo, porozumienie owszem było, ale pomiędzy mną i moją dziewczyną. – Jeszcze pana wezwiemy, na dzisiaj koniec – mruknął funkcjonariusz, stawiając pieczątkę na przepustce.

W ciągu kilku następnych miesięcy wzywano mnie dwukrotnie, funkcjonariusze się zmieniali, w końcu ubecy się znudzili i dali mi spokój.

Mijają lata…

Tak zaczynał się program konspiracyjnej antykomunistycznej organizacji „Ruch”, powstałej w roku 1969. Jej twórcy, jako pierwsi, zrezygnowali z pisania petycji „My, niżej podpisani..” do władz PRL. Uznali, że z władzą komunistyczną nie warto prowadzić dialogu, tylko należy ją zwalczać. A miast petycji trzeba pisać apele skierowane do społeczeństwa. Donos zakończył trwającą kilka miesięcy działalność „Ruchu”, jej najaktywniejsi działacze otrzymali wieloletnie wyroki.

Kolejną organizacją, która również zrezygnowała z pisania petycji był powstały w roku 1976 Komitet Obrony Robotników. Jego apele i komunikaty adresowane były też do społeczeństwa.

W roku 1977 powstaje Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a po jego rozpadzie w roku 1979 – pojawia się na polskiej scenie Konfederacja Polski Niepodległej. Obie te organizacje uznały, że pisanie petycji do władz nie ma sensu.

Lata osiemdziesiąte

Narodziny Solidarności przywracają zarzucony obyczaj pisania petycji „My, niżej podpisani…” .Przyczynił się do tego fakt podpisania z komunistyczną władzą tzw. Porozumień Sierpniowych, a także to, że pod parasolem 10-milionowego Związku pisanie petycji do różnych struktur władzy bynajmniej nie wymagało odwagi. Sarkastyczna uwaga Słonimskiego, że „odwaga staniała, a rozum podrożał” znalazła w czasach 16-miesięcznego „karnawału Solidarności” częstą egzemplifikację – głupot petycji „My, niżej podpisani…” było stanowczo za dużo.

Gdy 13 grudnia 1981 r. Jaruzelski wprowadził w Polsce stan wojenny, odwaga znowu poszybowała w górę. I znowu odwołam się do osobistego przykładu. Pracowałem wtedy w dużym wydawnictwie zatrudniającym ponad 200 osób, 95 procent należało do Solidarności. Gdy – w wyniku weryfikacji – wywalono z pracy całą Komisję Zakładową NSZZ „S”, której miałem honor przewodniczyć, zrodziła się oddolna inicjatywa pozostałych w pracy kolegów, żeby stanąć w naszej obronie. Powstała petycja adresowana do dyrektora wydawnictwa zaczynająca się, oczywiście, „My, niżej podpisani…”. Język tej petycji był pisany niemal na kolanach, przypominano, że Solidarność w firmie nie zajmowała się polityką, nie godziła w sojusze, a wyrzuceni koledzy byli świetnymi redaktorami, wcześniej przez tę samą dyrekcję wielokrotnie nagradzanymi, że wreszcie mają rodziny na utrzymaniu. Gdy przeczytałem tę petycję, zrobiło mi się smutno, ale nie sposób było nie docenić dobrych intencji kolegów. I tę petycję podpisały tylko cztery osoby, więc nie było sensu przekazania jej dyrektorowi i trafiła do kosza.

W wolnej Polsce

Gdy po roku 1989 zaczęły zachodzić przemiany ustrojowe i stawaliśmy się krajem demokratycznym, pisanie petycji „My, niżej podpisani…” wydawało się mało sensowne. Bo do kogo adresować? Do władzy, którą sami wybraliśmy? Do kogo mieli pisać pracownicy likwidowanych PGR-ów? Chyba na Berdyczów. A do kogo mieli pisać pracownicy sprywatyzowanych przedsiębiorstw przejmowanych przez zagranicznego właściciela? A jeśli nawet takie aplikacje trafiały do zagranicznego właściciela, to niemal z reguły lądowały w koszu. Zniechęcającym przykładem był los oddolnych inicjatyw zbierających setki tysięcy podpisów pod aplikacjami tyczącymi projektów obywatelskich ustaw lub wniosków w sprawie referendów. Też trafiały do kosza.

Ludzie składający podpisy nie musieli się już niczego obawiać, ale właśnie chyba owym zniechęceniem w skuteczność akcji „My, niżej podpisani…” należy tłumaczyć brak podjęcia inicjatywy prof. Andrzeja Nowaka, gdy likwidowano lekcje historii w klasach przedmaturalnych. A przecież w Polsce jest co najmniej kilkanaście tysięcy nauczycieli historii.

 

Trudno jest dzisiaj wyrokować, czy wspomniane petycje, zarówno w skali makro, jak i mikro trafią do annałów. W trudnych czasach świadczyły o odwadze cywilnej sygnatariuszy, ale zawsze o obywatelskiej aktywności.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej