ZWYCZAJNY BOHATER KOŃCA ŚWIATA - Rafał Żebrowski

Co sprawia, że rozwijająca się w cieniu ostatecznego kresu cywilizacja homo sapiens, ulega – co najwyżej – mniej lub bardziej lokalnym katastrofom, jednak w istocie nie ustaje w swym pochodzie. Inną sprawą jest ocena wartości zdobywanych na tej drodze, ale to zupełnie inna historia. Kto lub co jest tego sprawcą, poza Opatrznością, która samoograniczyła swą wszechmoc jednostronną deklaracją o niestosowaniu potopu. Otóż przy wszystkich słabościach i całej kruchości bytu czynnikiem decydującym jest jednak człowiek, a właściwie niezbyt liczna grupa sprawiedliwych ratujących cywilizację.

Ciekawym przykładem takiej postaci był Gian Matteo Giberti. Przyszedł na świat w Palermo w 1495 r. Jego ojciec, Franco był genueńskim kupcem, kapitanem statku. Za pontyfikatu „papieża wojownika”, Juliusza II, nb. trzymającego polską stronę w konflikcie polsko-krzyżackim, rodziciel naszego bohatera został duchownym, robiącym karierę jako protonotariusz, kurator i dyplomata. On to miał powściągnąć fascynacje duchowe syna, wymuszając na nim opuszczenie cichych murów dominikańskiego klasztoru i związanie się z Giulio de Medici w 1514 r. Już niemal na wstępie oddał swemu nowemu patronowi ogromną przysługę, uczestnicząc w wyjednaniu dlań przed sądem papieskim uznania prawego pochodzenia. Choć wyrok ów nie miał nic wspólnego ze sprawiedliwością, umożliwił Giulio dalszą błyskotliwą karierę duchowną, aż po najwyższą godność w Kościele katolickim. Nasz bohater miał w tym dziele ułatwione zadanie, gdyż od przeszło półtora roku na stolicy Piotrowej zasiadał Medyceusz, syn Lorenzo il Magnifco, który przyjął imię Leona X.

Nie można się więc dziwić, że u boku pryncypała, będącego krewnym papieża i wpływowego kardynała (wicekanclerza), Giberti robić począł błyskotliwą wręcz karierę kościelną. Z jego rad i posług w sferze dyplomacji korzystał niejednokrotnie sam papież. Równocześnie był sekretarzem Giulia de Medici i to na tyle zaufanym, że miał prawo wysyłać pisma w sprawach politycznych pod nieobecność „szefa”. Równocześnie jednak nie poprzestawał na tym, lecz wiele uwagi poświęcał nauce, zdobywając jedną z czołowych pozycji pośród rzymskich humanistów. Nawet ataki zawistnych kolegów z kancelarii i sądów, a nie przebierali oni w środkach, nie były w stanie zachwiać jego pozycją, choć w tym nieszlachetnym dziele mieli udział tak znakomici przedstawiciele renesansu jak Pietro Aretino („Bicz Książąt” i znany świntuch), czy Baldassarre Castiglione (autor słynnego „Dworzanina”, adoptowanego przez Łukasza Górnickiego). Wszakoż nasz bohater był osobą nader pobożną, członkiem elitarnego Oratorium Boskiej Miłości (właśc. Sodalitium Divini Amoris) z kręgu m.in. św. Kajetana z Thieny, założyciela zakonu teatynów, dzisiejszego patrona bezrobotnych. Bo – o czym zawsze warto pamiętać – blaski kultury renesansowej bynajmniej nie były jednoznaczne z sekularyzacją i złymi obyczajami możnych. W każdej epoce nikczemność i skłonność do występku pozostają w chwiejnej równowadze ze szlachetnością i pobożnością, dzięki której w ogóle da się żyć na tym „najlepszym ze światów”, że pozwolę sobie zacytować kluczową dla teodycei Gottfrieda Leibniza frazę.

Giberti był zwolennikiem prohabsburskiej orientacji, stawiając na cesarza Karola V. Interweniował nawet w sprawie koordynacji działań antyfrancuskich na italskim teatrze działań wojennych. W 1521 r. m.in. dzięki temu mógł ogłosić objęcie zwierzchnictwa nad Mediolanem przez Leona X. Jeszcze po śmierci tego ostatniego wyruszył w ważną podróż dyplomatyczną, z której powrócił już po wyborze Hadriana VI. W czasie tego krótkiego pontyfikatu został odsunięty w cień. Jednak kolejne konklawe na stolicę Piotrową wyniosło jego głównego mocodawcę Giulio de Medici, który przyjął imię Klemensa VII. Rychło nowy papież uczynił go swym datariuszem (kuratorem). Zyskał też bardzo silny wpływ na głowę Kościoła katolickiego, a że posłannictwo to właśnie pełnił człowiek wykształcony, ale niemający talentów predestynujących go roli męża stanu, więc pole do działania miał rozległe. W tym czasie na wniosek weneckiego doży został też mianowany biskupem Werony (1524). Co prawda, z racji roli odgrywanej na dworze papieskim, początkowo dość rzadko mógł przebywać na terenie swej diecezji, ale bynajmniej nie oznacza to, iż ją zaniedbywał, co przecież nie byłoby dziwne, bowiem miał głowę zaprzątniętą wielką polityką. Jednak nasz bohater już od dawna interesował się stanem Kościoła i reformami, mogącymi uzdrowić panujące w nim stosunki. Wystąpienie Lutra i zagrożenie trwałym rozpadem jedności chrześcijaństwa na Zachodzie (wcale wówczas nie takie oczywiste) czyniło je jeszcze bardziej palącą kwestią. Na razie wszakoż musiał opierać się na osobie wikariusza generalnego. Funkcję ową powierzał ludziom mądrze i szczęśliwie dobieranym, więc dzieło naprawy diecezji ruszyło bez zwłoki.

Tymczasem nadciągało bardzo istotne przesilenie, którego Giberti był jednym z głównych sprawców. Dostrzegając bowiem niebezpieczeństwo zdominowania całych Włoch przez cesarza i zarazem króla hiszpańskiego z dynastii habsburskiej, niepomny na dawne przymierza oraz zaangażowanie Karola V w ogłoszenie banicji Lutra i jego zwolenników na sejmie Rzeszy w Wormacji (1521), wpłynął na Klemensa VII, by zmienił orientację na profrancuską. Uczestniczył też w zawarciu Ligii z Cognac (22 V 1526), która sformalizowała sojusz papieża i Franciszka I. Cesarz był oczywiście urażony, a równocześnie w pełni świadomy, komu zawdzięcza tę całą „perfidię”. Pomimo porażek francuskich nasz bohater nie porzucał obozu przeciwnego Karolowi V, jednak ostatecznie przygotował misję do Hiszpanii, Anglii i Francji, w czasie której zamierzał negocjować pacyfikację konfliktów w Europie Zachodniej. Było już jednak za późno. W 1527 r. doszło do słynnego splądrowania Rzymu, zwanego Sacco di Roma, które opisywałem niedawno na tych łamach, jako przykład „lokalnego końca świata”. Z pewnością nasz bohater musiał owe wydarzenia właśnie w taki sposób postrzegać. Wszak Ojciec Święty był oblegany przez kilka miesięcy w Zamku Świętego Anioła, czyli przerobionym na twierdzę rzymskim Mauzoleum Hadriana. Sam Giberti dostał się w ręce żołdaków hiszpańskich i niemieckich zaciężnych landsknechtów, stając się ich zakładnikiem, co w zaistniałej sytuacji nie dawało mu wielkich szans na wyjście z opresji bez szwanku, zwłaszcza ze względu na cesarską urazę. Wszakoż udało mu się zbiec z niewoli, po przeniesieniu z więzienia do Palazzo Colonna (z przedstawicielami tego rodu był zaprzyjaźniony). 18 I 1528 r. przez Orvieto dotarł do Wenecji, właściwie jedynego dla siebie wówczas bezpiecznego miejsca w całej Italii.

Dramat, który przeżył, okazał się dlań lekcją pokory. Oj, gdybyż to politykom się częściej udawało wyciągać tego rodzaju nauki z przypadków ich żywotów, świat byłby lepszy i spokojniejszy, a już z pewnością w mniejszym stopniu przypominałby opowieść idioty. Giberti obiecał sobie, że nie tylko porzuci wszelkie działania na arenie europejskiej czy ogólnowłoskiej, iż się wyrzeknie raz na zawsze urzędów i dworu papieskiego. Postanowił ni mniej ni więcej, tylko osiąść na stałe w Weronie i poświęcić się bez reszty sprawom tamtejszej diecezji ku pożytkowi całej społeczności katolickiej. Nie ma, co ukrywać, że nie miał wielkich szans na pełne spełnienie tego postanowienia. Był zbyt doświadczonym dyplomatą, o renomie bezwzględnie oddanego Kościołowi intelektualisty, by z jego usług mogli zrezygnować następcy św. Piotra. Toteż – choć wiedziano, że niechętnie wyjeżdża z Werony – jednak powierzano mu rozmaitego rodzaju misje polityczne, ale już znacznie rzadziej.

Natomiast kolejny papież, Paweł III powołał go na członka Consilium de Emendanda Ecclesia, czyli komitetu mającego zająć się zaprogramowaniem reform w powszechnym Kościele. Inicjatywa owa spaliła na panewce, ale na ową nominację Giberti sobie stokrotnie zasłużył. W Weronie skupił koło siebie grupę intelektualistów, którzy łączyli harmonijnie humanizm z pragnieniem uzdrowienia stosunków wewnętrznych w tej diecezji. W oparciu o miejscowe drukarnie zaczęli wydawać Ojców Greckich, którymi nasz bohater od dawna się interesował. Sam opublikował wiele istotnych tekstów, w których pokazywał jak należy dążyć do zmiany zastanej rzeczywistości, a także katechizm czyli dziełko Tullio Crispoldi znane jako „Dialog”. Przede wszystkim jednak dążył do podniesienia poziomu umysłowego kleru i wykorzenienia licznych złych nawyków, które nie przysparzały duchownym szacunku wiernych. Głównie chodziło o wdrożenie dyscypliny kleru. Celowi temu służyły wizytacje, dla których przeprowadzania biskup z Werony opracował specjalny kwestionariusz pytań – coś w rodzaju scenariusza do praktycznego zrealizowania. Przykładał dużą wagę do wygłaszania kazań, akcentując konieczność ich wysokiego poziomu, przy równoczesnym powściąganiu zapędów do komplikowania wywodów oraz używaniu języka zrozumiałego dla wiernych. Zreformował nawet miejscową szkołę chóralną, która i wcześniej cieszyła się uznaniem. Zmarł w 1543 r., dwa lata przed rozpoczęciem obrad przez sobór trydencki (1545-1563), na którym ostatecznie wypracowano środki odnowy Kościoła. Podjęte na nim ustalenia przyczyniły się walnie do powstrzymania postępów reformacji i rekatolizacji wielu regionów Europy. Z tego względu i całkiem niesłusznie ruch posoborowy zwany bywa kontrreformacją, co nie oddaje jego istotnej treści, którą była reforma i odnowa. Ucieleśnieniem modelu potrydenckiego biskupa stał się św. Karol Boromeusz. Nim rozpoczął władanie archidiecezją mediolańską miał on studiować to, czego Gian Matteo Giberti dokonał w Weronie, a co więcej – na swego wikariusza powołał ukształtowanego tam duchownego.

 

Dziś czasem można odnieść wrażenie, że za chwilę Spiżowa Brama zostanie wyrwana z zawiasów i nic nie powstrzyma już naporu zła. Jednak zaprawdę powiadam Wam, to tylko przejaw słabości ducha lub oślepienie złudną feerią barw.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej