KORNEL - Andrzej Gelberg

Na cmentarnych nagrobkach można od czasu do czasu spotkać wyrytą łacińską sentencję „non omnis moriar” lub jej spolszczoną wersję „nie wszystek umrę”. Taka deklaracja wyraża nie tylko żal rodziny i przyjaciół, ale także przekonanie, że ten, który odszedł, zasiał ziarno, które w przyszłości wyda plon.

Kornela poznałem w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w dosyć szczególnych okolicznościach. Od pierwszego dnia stanu wojennego konspirowałem w warszawskich strukturach solidarnościowego podziemia. Od dłuższego już czasu docierały do nas informacje, że we Wrocławiu prężnie działa Solidarność Walcząca, założona przez Kornela Morawieckiego. Nie bardzo wtedy wiedzieliśmy, jak ta nowa struktura ma się do TKK (podziemnych władz NSZZ Solidarność). Czy jest to uzgodniona z Gdańskiem osobna struktura Solidarności, czy jest to całkowicie odrębna organizacja, czy też – i takie wątpliwości też się pojawiały – nie jest to ubecka prowokacja, coś na kształt V Komendy WiN? Ta ostatnia obawa po jakimś czasie okazała się absurdalna, do Warszawy przyjeżdżali z Wrocławia zaufani ludzie zapewniający, że SW jest w porządku. Gdy zaczęły docierać ich podziemne wydawnictwa, uznaliśmy, że może warto nawiązać jakąś współpracę. Z Wrocławia dostaliśmy odpowiedź, że też są tym zainteresowani, wsiadłem więc do Fiata 126p, dbając przede wszystkim, żeby nie pociągnąć za sobą „ogona”.

We Wrocławiu wszystko na początku wyglądało jak na filmach z Jamesem Bondem. Zawieziono mnie do jakiegoś mieszkania i kazano czekać, co trwało dobre dwie godziny. Następnie zawieziono mnie do drugiego mieszkania i tam też czekaliśmy godzinę. W końcu ruszyliśmy do trzeciego – i tam był Kornel. Potem mi wyjaśniono, że była to metoda „śluz”, że mieli do mnie ograniczone zaufanie ( ja po jakimś czasie do nich też), że w ten sposób chronią swojego przywódcę.

Jego wygląd mnie zaskoczył, myślałem, że spotkam rosłego, dobrze zbudowanego mężczyznę, z mocno zarysowaną szczęką, wyrażającą siłę woli i przekonanie do własnych racji, a tymczasem stał przede mną młody człowiek (Kornel przekroczył wtedy ledwie czterdziestkę, ale wyglądał na znacznie mniej) – i nieśmiało się uśmiechał. W pokoju były jeszcze dwie osoby, rozmawialiśmy przez godzinę, coś tam ustaliliśmy, nie pamiętam szczegółów, minęło wszak 35 lat, ale to co do dzisiaj mam przed oczami, to właśnie ten uśmiech.

Okrągły stół

Na kolejne spotkanie z Kornelem musiałem czekać kilka lat. Współpraca SW z warszawskim solidarnościowym podziemiem jakoś tam się układała, wymienialiśmy drukowaną u nas i u nich „bibułę”, książki, znaczki, były jakieś konsultacje dotyczące budowy nadajników podziemnego radia. W Warszawie powstała komórka Solidarności Walczącej, czasami wysyłałem przez łącznika gryps do Kornela, czasami on do mnie. Nie było tego wiele, gdyż w Solidarności Walczącej dominował pogląd, że podziemie solidarnościowe jest zinfiltrowane przez agentów SB i że kontakty z nami mogą przynieść więcej szkody niż korzyści. Dzisiaj już wiemy, że opinia ta nie była zbyt przesadzona.

A tymczasem podziemie solidarnościowe wyraźnie słabło, w odróżnieniu od SW, która przekroczyła rogatki Wrocławia i zakładała swoje komórki w wielu miastach Polski. Patrzyłem na to z zazdrością, ale szybko zrozumiałem, że nieustanne apele TKK o rozmowy z rządem Jaruzelskiego o relegalizację Solidarności, przypominające skomlenie psa przed zamkniętymi drzwiami, niewielu już porwie do aktywnego działania. Co innego postulat odzyskania niepodległości będący prymarnym celem Solidarności Walczącej – to działało na wyobraźnię i było wyzwaniem dla odważnych ludzi. Warto w tym miejscu przypomnieć, że nawet w okresie „karnawału”, gdy Solidarność liczyła 10 milionów i wydawała się potężna, jej elity dyskutowały półgębkiem o „finlandyzacji” Polski, kraju formalnie niepodległym, ale o ograniczonej suwerenności.

Nie będę ukrywał, że mnie również śniła się Niepodległa i swoją aktywność w podziemiu antykomunistycznym traktowałem jako udział w sztafecie pokoleń, którym od czasów konfederacji barskiej chodziło o to samo. Ale nie wierzyłem, że dożyję wolnej Polski, myślałem, że może moje dzieci, wnuki… Bo przecież prognoza radzieckiego dysydenta Andrieja Amarlika zawarta w książce o znamiennym tytule: „Czy Związek Sowiecki dotrwa do 1984 roku” – nie spełniła się. Pamiętam jak w roku 1988 wydaliśmy w podziemiu książkę wybitnego – jak był przedstawiany – sowietologa Zbigniewa Brzezińskiego pt. „Plan gry” I tam nasz rodak, doradca do spraw bezpieczeństwa prezydenta Cartera, wyraźnie rozważał sytuację dwubiegunową świata (po jednej stronie USA, po drugiej ZSRS) w perspektywie co najmniej 100 lat. I jak tu można było być optymistą. A zaledwie parę lat później Związek Sowiecki rozpadł się jak domek z kart i mogliśmy cieszyć się niepodległością.

Wróćmy jednak do Kornela. Za uporczywe i bezkompromisowe domaganie się przez stworzoną przez niego organizację, niepodległości naszej ojczyzny, uznany został przez „realpolityków” za wariata i szaleńca, a w najlepszym razie za nieodpowiedzialnego marzyciela. A to jednak on miał rację, czego, już w wolnej Polsce, nie mogli mu wybaczyć jego strachliwi oponenci.

Jesienią 1987 roku łapsy Kiszczaka odtrąbiły sukces – najdłużej działający z ukrycia antykomunistyczny opozycjonista, Kornel Morawiecki, został schwytany. Gdyby aresztowano go cztery lata wcześniej, na pewno otrzymałby wysoki wyrok za kierowanie organizacją terrorystyczną, bo tak go przedstawiała propaganda PRL. Teraz czasy były już inne, w Związku Sowieckim pierwszym sekretarzem komunistycznej partii został Gorbaczow zapowiadający „głasnost”, więc i u nas kurs złagodniał. I wtedy Kornel dostał propozycję nie do odrzucenia: jeśli wyjedzie z Polski razem z aresztowanym również Andrzejem Kołodziejem, który z uwagi na zdiagnozowanego u niego raka przewodu pokarmowego powinien leczyć się na Zachodzie, gdyż w Polsce nie ma takich możliwości, to uniknie procesu. Na pytanie: ale dlaczego ja mam wyjechać, przecież jestem zdrowy? - padła odpowiedź. Albo wyjedziecie razem, albo nikt – tak zdecydował Czesław Kiszczak. Potem okazało się, że był to szantaż moralny, ulubiona ubecka zagrywka, Andrzej Kołodziej nie miał żadnego raka. Gdy po kilku dniach Kornel próbował wrócić do Polski, aresztowano go na Okęciu i siłą wsadzono do samolotu odlatującego bodajże do Berlina. Kilka miesięcy później jednak wrócił, przekraczając nielegalnie granicę z fałszywymi dokumentami.

I znowu zaczął się ukrywać, chociaż trwało to krótko, łapsy Kiszczaka

nie wykazywały specjalnej gorliwości, a kiedy zaczęły się obrady „okrągłego stołu” – całkowicie machnęły ręką. Wtedy doszło do naszego drugiego po latach spotkania, tym razem bez konspiracyjnych zabezpieczeń. Kornel był przeciwnikiem „okrągłego stołu”, ja podzielałem jego pogląd, chociaż z nieco odmiennych przesłanek. On uważał, że z komunistyczną władzą nie należy rozmawiać, tylko trzeba ją obalić. Nie byłem wtedy aż tak radykalny, ale widziałem całą teatralność toczącego się spektaklu, tak naprawdę przy zamkniętych drzwiach i opuszczonej kurtynie. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, żeby obawiać się oszustw, przekrętów i niejednego szwindla. Po latach okazało się, że zabrakło mi jednak wyobraźni – do głowy mi wtedy nie przyszło, że niektórzy przedstawiciele tzw. strony solidarnościowej będą się w Magdalence trącali kieliszkami z Kiszczakiem, wznosili toasty, fraternizowali się z komunistami i dogadywali, bynajmniej nie mając dobra Polski na względzie.

Gdy po latach wspominaliśmy z Kornelem „okrągły stół”, nie był on w stanie – człowiek ciepły, empatyczny, szukający w każdym jakiejś choćby cząstki dobra – ukryć obrzydzenia do takich knajacko-biesiadnych zachowań.

W wolnej Polsce

Demokracja w III RP Kornela nie rozpieszczała, właściwie można mówić o niekończącym się paśmie niepowodzeń. Gdy chciał wystartować w wyborach prezydenckich, warunkiem wstępnym było zebranie poparcia 100 tysięcy osób. Zabrakło dwóch tysięcy. Rok później zarejestrował Partię Wolności i wystartował w wyborach parlamentarnych – bez powodzenia.

W roku 1993 w kolejnych wyborach parlamentarnych znalazł się na listach RdR – skutek ten sam. W 2007 w wyborach do Senatu jako kandydat PiS. Trzy lata później w wyborach samorządowych do sejmiku województwa dolnośląskiego – porażka. W roku 2010 w wyborach prezydenckich (udało się zebrać 100 podpisów) – 10 miejsce. W roku 2011,znowu do Senatu – i znowu to samo. W roku 2015 w wyborach prezydenckich – nie zebrał 100 tys. podpisów. W tym samym roku w wyborach do sejmu, startując z list Kukiz-15 – został posłem.

Spotykałem się wtedy z Kornelem dosyć często, kiedy przyjeżdżał do Warszawy, czasami u mnie nocował. Dużo wtedy rozmawialiśmy, jedyny temat, który go naprawdę interesował, to była Polska. Jego pełna porażek „wyborcza droga krzyżowa” i jego upór, żeby po raz kolejny wystartować w wyborach, sugerowałaby, że był to przypadek ambicjonera i megalomana. Nic bardziej mylnego! Kornel ukochał Polskę ponad wszystko i chciał jej służyć – jako radny, poseł, senator, prezydent. Był marzycielem, ale również – jako dr fizyki – realistą. Dobrze wiedział, że bez zaplecza partyjnego, bez odpowiednich pieniędzy, jego szanse są niezbyt duże. Ale się nie poddawał i z uporem szedł do przodu. Kiedyś, po kolejnej porażce wyborczej, chciałem go jakoś pocieszyć, chociaż wcale tego nie oczekiwał. Wiesz, Kornel – zacząłem – był taki amerykański polityk, który jak ty miał w różnych wyborach pod górę: przegrał wybory na gubernatora, nie dostał się do Izby Reprezentantów, podobnie było z wyborami do Senatu. Nie załamywał się, był uparty – w końcu został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Co więcej, jednym z najwyżej ocenianych, nazywał się Abraham Lincoln. Ale mam również dla ciebie łyżkę dziegciu, tylko się nie obrażaj. Moim zdaniem ty się nie nadajesz do praktycznego uprawiania polityki. – Dlaczego? – Kornel wykazał zainteresowanie. – W tobie jest za dużo Mahatmy Gandhiego, a za mało Józefa Piłsudskiego. Kornel zareagował śmiechem.

Klisze pamięci

Na wiosnę roku 2003 zadzwoniła do mnie pani Anna Walentynowicz. Usłyszałem w słuchawce: – Panie Andrzeju, w związku ze zbliżającym się referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej organizuję trzy sympozja – w Krakowie, Warszawie i Gdańsku. A skąd pani wie, jaki jest mój pogląd w tej sprawie? Już ja swoje wiem – usłyszałem – pan pojedzie do Krakowa. – Ale dlaczego do Krakowa, skoro jedno sympozjum ma być w Warszawie, w której mieszkam. – Jadwiga Staniszkis może pojechać do Gdańska, pan może do Krakowa. Uznałem, że wszelki opór jest daremny. W Krakowie wygłosiłem referat o zagrożeniach dla polskiej duchowości po przystąpieniu do UE.

Dwa tygodnie później odbyło się w jednej z sal Pałacu Kultury sympozjum warszawskie. Trochę się spóźniłem, gdy wszedłem, przemawiał Kornel. Bardzo szybko zorientowałem się, że sala odnosi się wrogo do tego, co mówił. Znałem poglądy Kornela na temat naszego przystąpienie do UE – nie był euroentuzjastą, wyrażał obawy, dostrzegał zagrożenia, był lekko eurosceptyczny, ale sala wypełniona narodowcami oczekiwała czegoś innego. Gdy Kornel, jak to on, użył perswazyjnej metafory, że Polska jest naszą matką, a Europa oddaloną w czasie praprababką – publiczność zaczęła wyć, tupać, walić w blaty i gwizdać, padały również wyzwiska. Ania Walentynowicz siedząca w prezydium, próbowała zapanować nad salą – bezskutecznie. Zerwałem się o podbiegłem do Kornela, żeby manifestacyjnie uścisnąć mu dłoń. Na ten gest solidarności z Kornelem sala zaczęła się wydzierać jeszcze głośniej.

15 czerwca 2007 roku – w 25 rocznicę powstania Solidarności Walczącej – odbyła się uroczystość wręczenia odznaczeń ponad siedemdziesięciu działaczom tej organizacji. Wśród odznaczonych nie było Kornela Morawieckiego. Odmówił przyjęcia Krzyża Wielkiego Orderu Odroczenia Polski, uważając, że Solidarności Walczącej należy się, w sensie symbolicznym jego osobie, Order Orła Białego. W tym miejscu trzeba raz jeszcze stwierdzić, a dobrze wiem, co piszę, że Kornel był nadzwyczaj skromnym człowiekiem, obce było mu pchanie się do zaszczytów, ale oczekiwał szacunku dla SW, Gdy jego „podkomendni” dowiedzieli się, jak wygląda sytuacja, chcieli gremialnie również odmówić przyjęcia odznaczenia, czego im Kornel stanowczo odradzał. Skończyło się tak, że uroczystość w Pałacu Prezydenckim się odbyła, a Kornel wziął w niej udział w charakterze gościa.

Próbowałem – nie ja jeden – przekonać Lecha Kaczyńskiego, że nie ma racji, odmawiając przyznania Orła Białego Kornelowi Morawieckiemu. Ale pan prezydent się uparł, nie podając zresztą powodu swojego uporu. Jak wiemy, order ten, Kornel w końcu otrzymał od prezydenta Andrzeja Dudy – na trzy dni przed śmiercią. Nie było uroczystości w Pałacu Prezydenckim – prezydent pofatygował się osobiście do szpitala.

Gdzieś pod koniec 2011 r. Kornel wręczył mi na spotkaniu trzydziestostronicowy maszynopis. – Co to jest? – spytałem. – Napisałem traktat filozoficzny, chciałbym żebyś przeczytał, naniósł ewentualne poprawki, powiedział mi, co myślisz o tym tekście i poradził, co z tym dalej zrobić. – Ale ja się na tym nie znam – nie zdążyłem ochłonąć ze zdumienia – moja edukacja filozoficzna zakończyła się na Platonie i Arystotelesie. – Nie szkodzi, wiem, że umiesz czytać ze zrozumieniem teksty, a to mi wystarczy. Zabrałem się do lektury z długopisem w ręku, naniosłem kilka drobnych poprawek stylistycznych i interpunkcyjnych, a potem dałem do przeczytania znajomemu doktorowi filozofii. – Ciekawe – usłyszałem – nie wiedziałem, że zajmujesz się również filozofią. – To nie ja – mój znajomy filozof puścił to mimo uszu i dodał. – Podobne teksty publikują zeszyty filozoficzne Instytutu Filozofii PAN. Przekazałem tę informację Kornelowi, ale jakoś zapomniałem potem spytać, czy posłuchał takiej rady.

Obywatelska

Pięć lat temu Kornel przyniósł mi na spotkanie czasopismo formatu A3 o nieco dziwacznym dwusegmentowym tytule: Gazeta Obywatelska i Prawda jest ciekawa. Na pierwszy rzut oka wydawnictwo to, które okazało się dwutygodnikiem, wyglądało mało profesjonalnie. – Czy przyjmiesz zaproszenie do współpracy w założonym przeze mnie nowym piśmie? Odpowiedziałem twierdząco, dodając, ze trzeba będzie dużo zmienić w dwutygodniku – począwszy od samego tytułu, sposobu łamania, rodzaju i wielkości stosowanych czcionek, aż po uporządkowanie wszystkich 24 kolumn. I tak też się stało, chociaż opór materii wcale nie był mały. Dzisiaj dwutygodnik ma jednowyrazowy tytuł „Obywatelska”, opublikowałem w nim ponad sto felietonów i komentarzy, ale swoje zadanie potraktowałem szerzej – stałem się „kaperownikiem” nowych autorów. A nie było to łatwe, gdyż „Obywatelska”, będąc na dorobku, nie płaciła honorariów, a ponieważ była i jest wydawnictwem niszowym, o niezbyt dużym nakładzie, to autorzy nie mogli specjalnie liczyć na sławę mołojecką. Udało się jednak przyciągnąć do pisma kilkunastu znakomitych autorów, którzy – jak mi mówią – con amore i pro publiko bono.

Dzisiaj, po odejściu Kornela, los „Obywatelskiej” jest zagrożony. Wprawdzie jej założyciel zdążył przed śmiercią wyrazić życzenie, żeby pismo dalej istniało i się rozwijało, ale jak będzie – czas pokaże.

Epilog burzy

W roku 2014 Kornel przeżył ciężki zawał serca. Wszczepiono mu kilka bypassów i zdumiewająco szybko wrócił do zdrowia. Potem była kampania wyborcza, w której jako rekowalestent wziął czynny udział, zakończona wreszcie sukcesem i zdobyciem mandatu poselskiego. O inauguracyjnym wystąpieniu marszałka seniora nie będę pisał, kwitując to jedynie stwierdzeniem, że bezspornie przejdzie do historii. W czasie gdy był posłem i zamieszkał w Warszawie, widywaliśmy się częściej, ale pamiętam najbardziej naszą długą rozmowę na temat relacji polsko-rosyjskiej. Było to po ukazaniu się w rosyjskiej prasie wywiadu, którego udzielił Kornel. Zacząłem ostro. – Słuchaj, moi przyjaciele i znajomi, którzy wiedzą, że się przyjaźnimy, zadają mi pytanie, dlaczego Kornel zachowuje się tak, jakby był zausznikiem Putina? Kategorycznie zaprzeczałem, ale po odcięciu się od wyrażanych w tym wywiadzie poglądów przez twojego syna, brakuje mi dzisiaj argumentów. Rozmowa była dosyć, nazwijmy to, dynamiczna, ale ciągle pamiętałem o przebytym kilka lat wcześniej zawale, W końcu stanęło na tym, że zaproponowałem Kornelowi kilka opracowań historycznych dotyczących relacji polsko-rosyjskich, począwszy od „sejmu niemego”, a także zadeklarowałem pośrednictwo przy zorganizowaniu konsultacji u najwybitniejszego specjalisty od tej tematyki – prof. Andrzeja Nowaka. Do tych konsultacji nigdy nie doszło, gdyż niedługo potem dotarła do mnie straszna wiadomość: Kornel trafił do szpitala we Wrocławiu i tam stwierdzono u niego raka trzustki, następnie przewieziono go do szpitala MSW w Warszawie, gdzie zrobiono operację wycięcia guza.

Zostałem kierowcą marszałka seniora

Następnego dnia po operacji poszedłem do szpitala i rozmawiałem z profesorem, który operował Kornela. Pamiętam do dzisiaj to co usłyszałem. – Guz był skonsolidowany i został usunięty, żadnych przerzutów nie stwierdziliśmy, pan marszałek już nie ma raka i będzie wracał do zdrowia. Zabrzmiało to optymistycznie. Zajrzałem na moment do pokoju, w którym leżał Kornel, gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się.

W ciągu tych ostatnich miesięcy widywaliśmy się bardzo często i nasze relacje stały się tak bliskie, jak nigdy dotąd. I tak serdeczne. Nie wiedziałem, jak mu pomóc, więc na razie, zostałem jego kierowcą. Odwoziłem go ze szpitala do mieszkania na MDM-ie i z mieszkania do szpitala – na zdjęcie szwów, na badania kontrolne, na chemię.

A w walce z chorobą Kornel miał, jak to u niego, też pod górę. Raz było lepiej, raz gorzej, ale gdy teraz patrzę na to z perspektywy czasu – niestety ciągle gorzej. Kornel znosił uciążliwości i cierpienia związane z chorobą niezwykle mężnie. Gdy wpadałem do niego i zaczynałem od pytania: jak się czuje? – zawsze otrzymywałem odpowiedź, że albo „dobrze”, albo „nieźle”. Wtedy dowiedziałem się od jego żony, pani Anny, która nie odstępowała Kornela ani na krok i w sposób wzruszający opiekowała się nim zarówno w domu, jak i mieszkaniu, że jego syn Mateusz zaproponował ojcu wyjazd na leczenie do jakiejś znanej kliniki europejskiej lub amerykańskiej. Kornel kategorycznie odmówił. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, dobrze wiem, że uczynił to z pobudek patriotycznych.

10 marca – Kornel był jeszcze w niezłej formie – odbyła się w Ambasadzie Węgier niezwykła uroczystość. Premier tego kraju, Wiktor Orban, specjalnie przybył do Warszawy, żeby udekorować Kornela jednym z najwyższych odznaczeń państwowych – Krzyżem Orderu Zasługi Węgier. Uroczystość była kameralna: rodzina, marszałkowie sejmu i senatu, zaproszeni przez Kornela przyjaciele, pracownicy ambasady. Stałem w pobliżu Kornela, żeby w razie czego służyć mu ramieniem, gdyż kategorycznie odmówił skorzystania z podsuwanego mu krzesła.

Jak już wspomniałem, ciągle zastanawiałem się, jak można byłoby mu pomóc. I w końcu wpadłem na pomysł zorganizowania grup modlitewnych. Zwróciłem się do kilkunastu moich przyjaciół z apelem, żeby codziennie o godzinie 20 pomodlili się w intencji wyzdrowienia Kornela, a jednocześnie poprosiłem, żeby rozpropagowali tę akcję wśród swoich znajomych. Nikt mi nie odmówił, co więcej wtedy w naszych rozmowach o Kornelu uznaliśmy zgodnie, że jest on „dobrem narodowym”. 22 maja, w dniu św. Rity, patronki spraw beznadziejnych, zamówiliśmy w jednym kościołów żoliborskich mszę świętą w intencji wyzdrowienia Marszałka Seniora.

Niestety z Kornelem było coraz gorzej – po przyjęciu pierwszej chemii obniżyła się jego bariera immunologiczna i złapał jakiegoś gronkowca. Zrobiono posiew, żeby znaleźć właściwy antybiotyk na tę infekcję, co zajęło kilka dni i przesunęło termin kolejnej chemii. Pamiętam, że ścisnęło mi gardło, gdy zaczął używać kuli. Kiedy podprowadzałem go do samochodu, musiałem go dodatkowo mocno podtrzymywać, co go trochę krępowało. Zaczął wyrażać wdzięczność, ale mu przerwałem: – Kornel, co ty gadasz, przecież gdyby była sytuacja odwrotna, to ja wisiałbym na tobie.

A potem była druga infekcja i jeszcze kolejna – i wtedy padło groźne słowo „sepsa”. Gdy na początku wrześnie wyjechałem na kilka dni z Warszawy, Kornel był znowu w szpitalu. Zadzwoniłem do pani Anny z pytaniem: jak jest z Kornelem? Usłyszałem, że źle, więc natychmiast wróciłem do Warszawy. Uzgodniłem z panią Anną, że kiedy w niedzielę się obudzi, bo cały czas właściwie spał, to da mi znać, żebym mógł, choćby na chwilę, wpaść do szpitala. Czekałem całą niedzielę, telefon nie zadzwonił. Dopiero w poniedziałek, ze straszliwą dla mnie wiadomością, że Kornel zmarł. Straciłem przyjaciela.

Non omnis moriar

Pogrzeb Kornela Morawieckiego odbył się 5 października 2019 r. Był to pogrzeb państwowy. Gdy o godz. 15 rozpoczęły się uroczystości na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, we Wrocławiu – mieście, w którym Kornel spędził większą część życia i gdzie narodziła się z jego inicjatywy Solidarność Walcząca – ruszał tęczowy marsz „Miłość przeciwko nienawiści”. Prezydent Wrocławia Jan Sutryk nie tylko nie odwołał, z uwagi na okoliczności, tego marszu, ale objął go własnym patronatem. Postąpił nikczemnie i głupio.

 

Za kilkadziesiąt lat nikt już nie będzie pamiętał, kto w roku 2019 był prezydentem Wrocławia, ale postać Kornela Morawieckiego – symbolu wolności i szlachetnego patriotyzmu – będzie świeciła pełnym blaskiem. Nie mam wątpliwości, że już dosyć szybko wiele szkół w Polsce zapragnie mieć za patrona Kornela Morawieckiego, że w wielu miastach powstaną ulice jego imienia, a we Wrocławiu stanie pomnik najbardziej zasłużonego dla tego miasta obywatela.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej