Królewski poker nad Tamizą - Paweł Pietkun

Wcześniejsze wybory parlamentarne na Wyspach Brytyjskich odbędą się 12 grudnia. Przekonanie Izby Gmin, żeby zaakceptowała samorozwiązanie nie było łatwe – ale też zagranie premiera Borisa Johnsona, który od kilku miesięcy rządzi przy parlamentarnej mniejszości, wydaje się jedynym wyjściem z kryzysu.

W nadchodzących wyborach wszystkie siły polityczne w Zjednoczonym Królestwie zagrają przy pokerowym stole tzw. all In. Polega ono na tym, że każdy z graczy stawia wszystkie pieniądze, jakie posiada. Nie oznacza to jednak, że wygrywający zgarnie całą pulę. Wygra od innych tylko tyle, ile sam postawił – jeżeli był to milion funtów przeciwko np. dwóm milionom funtów konkurencji, to oczywiście swojego miliona nie straci, ale konkurentowi zabierze tylko milion funtów z puli.

Boris Johnson ma do przegrania wszystko. Wygrać może jedynie tyle, że pozostanie przy władzy z silniejszym niż obecnie wsparciem Izby Gmin, co pozwoli mu przegłosować porozumienie z Unią Europejską i zamknięcie brexitowego kryzysu raz na zawsze. Gra toczy się o tak wysoką stawkę, że konkurencyjne i niechętne wobec torysów Partia Pracy i Szkocka Partia Narodowa chciały rozszerzyć czynne prawo wyborcze na 16– i 17-latków oraz przyznać je obywatelom Unii Europejskiej, którzy mają w Wielkiej Brytanii status osoby osiedlonej. To mogłoby w istotny sposób wpłynąć na wynik, bo obie te grupy w większości zagłosowałyby na opozycję. Wówczas sondaże przedwyborcze, które nieodmiennie pokazują przewagę Partii Konserwatywnej (choć topniejącą) zmieniłyby się radykalnie, a Boris Johnson nie odważyłby się na przeprowadzenie wcześniejszych wyborów. Jednak Izba Gmin odrzuciła zmiany proponowane przez opozycję. Jednocześnie wezwała Johnsona do złożenia w Brukseli wniosku o przesunięcie brexitu na koniec stycznia przyszłego roku.

Kolejnymi przesunięciami terminu wyjścia z Unii zmęczeni są nie tylko obywatele Wysp Brytyjskich, ale również budżet, z którego na kampanie związane z wyjściem (często egzotyczne w przekazie) wydano już kilkaset milionów funtów.

Miliony utopione w monetach

„Jest rok 4367. Tak zwana «delegacja brytyjska» przybywa do Brukseli na coroczną ceremonię przesunięcia brexitu. Historycy ciągle spierają się o pochodzenie tej tradycji. Biliony turystów z całej galaktyki przybyły, by być świadkami wydarzenia” – taki żart, opowiadany z charakterystyczną brytyjską flegmą, króluje na angielskich salonach i ulicach. I choć nieodmiennie wywołuje uśmiech, to poddani Elżbiety II zaczynają się już poważnie martwić. Wypowiedzieli się w referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej w sposób jasny – za rozwodem z Brukselą. Od tamtej pory mają już trzeciego premiera, a do brexitu wyznaczonego na styczeń przyszłego roku mogą mieć czwartego.

Na brexicie potknął się David Cameron, który przeprowadzał referendum w tej sprawie. Poległa na nim Theresa May, która przez wiele miesięcy negocjowała z Unią warunki wyjścia ze wspólnoty. Boris Johnson zapowiadający wyjście „w najbliższym uzgodnionym terminie, z umową z Unią Europejską lub bez niej” także stoi przed koniecznością pożegnania się z fotelem premiera. Zaplanowane na 12 grudnia wcześniejsze wybory mogą okazać się – na co liczy Johnson – jego wielkim zwycięstwem albo pierwszą od dekad porażką torysów w wyborach i oddaniem władzy laburzystom i szkockim narodowcom.

Na razie rząd stara się ratować miliony tracone na brexitowych kampaniach. Oto pod koniec października Ministerstwo Skarbu wstrzymało produkcję pamiątkowych 50-pensówek, które miały upamiętniać wystąpienie Wielkiej Brytanii z UE 31 października 2019 r.

Mennica Królewska wybiła ok. tysiąca „brexitowych monet”, ale resort finansów kazał wstrzymać się z ich dalszą produkcją, gdy stało się jasne, że do brexitu nie dojdzie w deklarowanym terminie. Do obiegu miały wejść 3 miliony wspomnianych monet z napisem „Pokój, dobrobyt i przyjaźń ze wszystkimi narodami” oraz datą – „październik 2019”.

Na razie nie wiadomo, co stanie się z wybitymi monetami. Czy zostaną stopione i wybite ponownie z nową datą, jak informują cytowane przez media anonimowe źródła z mennicy? A może pozostaną rarytasem dla kolekcjonerów, podobnie jak rarytasem zostały okolicznościowe monety wybite z okazji wyjścia z UE z datą „marzec 2019”? Każda z tysiąca takich „marcowych” pięćdziesięciopensówek jest warta na rynku około 1000 funtów (5 tys. złotych), co z pewnością ratuje budżet mennicy. Kolekcjonerzy deklarują, że za monety z październikową datą mogą zapłacić po 800 funtów za sztukę, ale nie więcej – bo to kolejny termin, w który obywatele Królestwa wierzyli już znacznie mniej. W końcu dat było wiele: 30 marca, 12 kwietnia, 22 maja, 30 czerwca, 31 października, 31 stycznia. Każda kolejna obniży wartość następnych okolicznościowych półfuntówek.

Stracona kampania

Przedwcześnie wybite monety to jednak najmniejszy problem koronnego skarbca. BBC informuje bowiem, że rząd musiał zawiesić ogólnonarodową kampanię „Przygotuj się do brexitu” (Get ready for brexit), która kosztowała podatników 100 mln funtów. Przygotowywała ona mieszkańców wysp na bezumowne wyjście Wielkiej Brytanii z UE 31 października. Decyzja o zawieszeniu zapadła po tym, jak Boris Johnson i liderzy państw UE formalnie zaakceptowali przedłużenie brexitu do końca stycznia 2020 r.

Kampania reklamowa obejmowała billboardy w przestrzeni publicznej, reklamy w radiu, telewizji, a także w mediach społecznościowych – co kosztowało przynajmniej 100 mln funtów. – Te pieniądze można było wydać na zatrudnianie pielęgniarek, paczki z żywnością czy opiekę dla osób starszych – grzmiał w mediach lider laburzystów i ich kandydat na premiera Jeremy Corbyn.

Jak informowało BBC, poza kampanią reklamową, rząd wstrzymał również Operację Yellowhammer – zestaw planów awaryjnych, które miały wejść w życie 1 listopada, a których celem było zapewnienie płynności gospodarki i spokój społeczny w Królestwie. Kolejny rząd, jeżeli torysi stracą władzę, za te kampanie i okolicznościowe monety pociągnie do odpowiedzialności obecny gabinet Borisa Johnsona, a brytyjskie sądy już pokazały, że nie darzą premiera szczególną sympatią. Choć jest nadal na stanowisku szefa rządu, to wisi nad nim wyrok, za wprowadzenie w błąd parlamentu i okłamanie królowej w sprawie negocjacji z Unią Europejską i próby wielotygodniowego zawieszenia prac parlamentu. To zdaniem sądu było nie tylko łamanie zasad demokracji, ale przede wszystkim brytyjskich tradycji parlamentarnych. A to największy grzech w jednej z ostatnich europejskich monarchii.

Krowa, która chciała wyjść z książki

W angielskich, szkockich i walijskich księgarniach wkrótce pojawi się reklamowana szeroko bajka o brexicie, książeczka dla dzieci wzorowana na bajkach Ezopa czy może raczej na „Folwarku zwierzęcym” George’a Orwell’a. Autorzy – Richard David Lawenam oraz Katie Williams, przygotowali 32-stronicową, bogato ilustrowaną, pełną dramaturgii historię pt. „Chcę odejść z Książki”, w której czołowych brytyjskich polityków zastępują zwierzęta. I tak rolę Davida Camerona w bajce przejęła świnia o nazwie Percy Hohtrotter. Inne postaci, to chomik (Theresa May) oraz krowa (Boris Johnson). Na końcu książki znajdzie się specjalny słowniczek z trudnymi pojęciami, wyjaśniający dzieciom kluczowe frazy związane z brexitem, takimi jak „no deal” czy „backstop”. Fabuła obraca się wokół grupy zwierząt, które po debacie, czy powinny zostać w książce, postanawiają odejść, ale nie potrafia w stanie uzgodnić, w jakiej historii chcą być. Ma ona, jak zapewniają wydawcy, ułatwić wytłumaczenie dzieciom, o co chodzi z brexitem, nawet jeżeli dorośli nie do końca to rozumieją.

A złożoność brexitu w wydaniu brytyjskim jest momentami większa i trudniejsza dla poddanych Elżbiety II, niż dla nas zrozumienie historii 20-lecia międzywojennego Polski z jej licznymi stronnictwami i partiami politycznymi walczącymi o rząd dusz w odradzającej się po niewoli Polsce.

Według ostatnich badań aż jedna trzecia rodziców nie potrafi wytłumaczyć najmłodszym tego, co dzieje się w kraju w związku z brexitem.

– Jako ojciec dociekliwej czterolatki zacząłem myśleć o tym, jak jej wytłumaczyć córce obecny krajobraz polityczny. Nie mogłem tego dokonać – wyjaśniał w BBC autor książki Richard David Lawman. – Musimy wyjaśnić te złożone kwestie polityczne tak prosto, jak to możliwe, aby upewnić się, że młodsze pokolenia zrozumieją szersze moralne tło tych wydarzeń.

Koniec pewnej epoki

Bez względu na wynik wcześniejszych wyborów parlamentarnych, w brytyjskiej polityce bezspornie skończyła się pewna epoka. Z urzędu odszedł John Bercow (sam jest zwolennikiem brexitu), przez ostatnią dekadę spiker w Izbie Gmin, najbardziej rozpoznawalny i lubiany polityk na Wyspach Brytyjskich. Zapowiedział, że zrobi to 31 października, jeżeli brexit się nie odbędzie i – odchodząc – żegnał wszystkich ze łzami w oczach. Bercow był lubiany nie tylko dlatego, że w ciągu swojej kadencji donośnym głosem dyscyplinował posłów, jak wyliczyli politolodzy i żurnaliści 14 milionów razy krzycząc „spokój!”. W czasie gorących brexitowych dyskusji zasłynął „sprowadzaniem do parteru” posłów Izby Gmin, bez względu na ich pochodzenie i barwy partyjne.

– W uwagach wstępnych wielce szanownego dżentelmena wystąpiły faktograficzne błędy. Jestem pewien, że stało się tak w wyniku działania nieumyślnego. Wielce szanowny dżentelmen był łaskaw stwierdzić, że na moim samochodzie pojawiła się antybrexitowa wlepka. Tak się składa, że ta wlepka pojawiła się na samochodzie mojej żony. Jestem pewien, że wielce szanowny dżentelmen nie sugeruje, iż żona jest własnością swojego męża. Ma prawo do swoich opinii, a wlepka nie jest moja – tłumaczył donośnym głosem podczas jednej z nich. Innych wzywał do opanowania emocji słowami „Jest pan przesadnie pobudzony i musi pan to opanować. Jeśli wymaga to zażycia pewnych medykamentów, to niech tak będzie” lub „proszę się natychmiast opanować, polecam jogę, spodoba się panu”. Sprawiedliwie obdarzał kąśliwymi komentarzami, także nie bacząc na płeć przedstawicieli gminu.

– Uprzejmie proszę wielce szanowną damę, która zawzięcie wygłasza swoje komentarze od początku tej debaty, by zaprzestała tego procederu. Nie chcę tego słyszeć ja i nie chce tego słyszeć izba. Nie chcę słyszeć mamrotania i pouczania i całej reszty. Szanowna dama może się teraz dąsać, ile chce, ale albo zaakceptuje orzeczenie i będzie się zachowywać, albo zechce opuścić salę. Jest mi obojętne, co wybierze – tak dyscyplinował jedną z przedstawicielek laburzystów. Do jej przeciwnika politycznego, sędziwego posła, krzyczał chwilę później: „Uspokój się, chłopcze!”.

Bercow nie ma jak na razie swojego następcy, więc rychłe rozwiązanie Izby Gmin odbędzie się z mniejszym, niż oczekują wyborcy, przytupem. Grudniowe wybory toczą się o najwyższą dla wielu polityków stawkę. To być albo nie być Johnsona i nadzieja dla tych, którzy chcą cofnąć brexit i wielomiesięczne negocjacje z Unią.

To również szansa dla zwolenników wyjścia Królestwa z Unii (których wciąż jest na Wyspach Brytyjskich więcej), bo nowa Izba Gmin z przeważającą większością głosów doprowadzi do końca procedurę, w której gra toczy się nie tylko o gospodarczą przyszłość Wielkiej Brytanii, ale przede wszystkim o jej dumę – dumę wielowiekowego Imperium Brytyjskiego, bo rdzenni Brytyjczycy wciąż lubią tak myśleć o swojej ojczyźnie.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej