Wołodia - Andrzej Gelberg

"Wymienili chuligana na Luisa Corvalana. Gdzie znaleźć taką bladź, żeby Lońkę podmienić?"... Zacytowany dwuwiersz, który po rosyjsku brzmi jeszcze smaczniej, wymaga wyjaśnienia. Autor jest anonimowy, legenda głosi, że był nim Włodzimierz Wysocki.

W roku 1976 doszło do tajnej operacji stosowanej dotąd przy wymianie szpiegów. Władze sowieckie uwolniły trzymanego w zakładzie karnym „chuligana”, Włodzimierza Bukowskiego, w zamian uzyskał wolność trzymany w więzieniu Pinocheta przywódca Komunistycznej Partii Chile, Luis Corvalan. Lońka to oczywiście I Sekretarz KPZR, Leonid Breżniew.

I powraca wiatr

W roku 1984 podziemna oficyna „CDN” wydała książkę Bukowskiego „I powraca wiatr”. Już wcześniej znalazłem strzęp informacji o autorze, że jest dysydentem wydalonym z ZSRR i że osiedlił się w Cambridge. Zabrałem się do czytania i nie mogłem się oderwać, aż dotarłem do ostatniego zdania. To było doświadczenie traumatyczne, nie tylko ze względu na dramatyczne losy autora (12 lat spędzonych w więzieniach, obozach karnych i zakładach psychiatrycznych), ale także z uwagi na znakomite walory literackie tej autobiograficznej książki. W tym miejscu trzeba koniecznie dodać, że informacje w niej zawarte, dotyczące wykorzystywania sowieckiej psychiatrii do represjonowania przeciwników politycznych, wywołały na Zachodzie tak ogromne oburzenie, że skończyło się to usunięciem przedstawicieli ZSRR z Światowego Stowarzyszenia Psychiatrycznego.

Ale z przywołaną książką mam jeszcze jedno wspomnienie. W latach dziewięćdziesiątych dosyć często spotykałem się ze Zbigniewem Herbertem, z którym prowadziliśmy wielogodzinne rozmowy. Kiedyś spytałem, czy czytał „I powraca wiatr”? Nie czytał, ale w odpowiedzi na moje zachwyty, wyraził chęć posiadania tej książki. Szybko ją dostarczyłem – i po kilku dniach powiedział, że też jest pod wrażeniem lektury. Co więcej, Książę Poetów wyraził chęć osobistego poznania Bukowskiego. Obiecałem, że jak tylko pojawi się w Warszawie, zainicjuję takie spotkanie. Gdy w roku 1997 do takiego spotkania doszło, obaj panowie bardzo sobie przypadli do gustu. Ale na tym się nie skończyło...

Prywatny koncert Jacka Kaczmarskiego w domu Wiesława Johanna

Kiedy oficyna „Volumen” wydała książkę Bukowskiego „Proces moskiewski”, autor przyjechał do Warszawy, żeby wziąć udział w jej promocji. I z tej okazji Jacek Kaczmarski zadedykował Bukowskiemu koncert. Zaproszono kilkadziesiąt osób. Po koncercie kilkanaście osób kontynuowało to niezwykłe spotkanie. Nie sposób oddać magicznego klimatu tego wydarzenia. Jacek, wspomagany przez Pawła Piekarczyka śpiewał „na zamówienie publiczności” swoje utwory. Wreszcie – na cześć gościa honorowego – zaczął improwizować na melodię rosyjskiej piosenki biesiadnej, tworząc a’vista kolejne zwrotki dla Wołodii. Brzmiało to tak: „Nie wierzyłem, że dożyję dnia takiego, że w Warszawie będę śpiewać dla Wołodii Bukowskiego – ech raz, iszczo raz, iszczo mnogo, mnogo raz…” Honorowy gość tak się rozbawił, że zaczął śpiewać piosenki obozowe przy akompaniamencie Kaczmarskiego.

Zjazd Solidarności w Gdańsku

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku odbył się kolejny Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Przyjechałem do Gdańska, ciesząc się na spotkanie z Wołodią, którego organizatorzy zjazdu poprosili, żeby wystąpił w części przeznaczonej dla zagranicznych gości. – Gdzie jest Wołodia? – spytałem organizatorów zaraz po przyjeździe – Nie ma go, obraził się i pojechał na Stare Miasto, prosił żeby przekazać panu, że będzie w knajpce nieopodal pomnika Neptuna. Natychmiast się tam udałem i bez trudności odnalazłem Wołodię. – Co się tam właściwie stało? – Chcieli dostać tekst mojego wystąpienia – odpowiedział ze śmiechem Wołodia – a ja nie miałem żadnej kartki. – Powiedziałem im, że będę „mówił z głowy”, na co usłyszałem, że muszę przedstawić konspekt swojego wystąpienia. Myślałem, to jakiś żart, ale gdy okazało się, że jednak nie, uznałem – nic tam po mnie.

To był niezapomniany dzień i spora część nocy. Ciepły czerwiec, stoliki wystawione na zewnątrz. Siedziało nas tam kilkoro, pamiętam, że był Piotr Chruszczyński i Mariola Warmuzek. A Wołodia brylował, opowiadał dowcipy i anegdoty, ciągle się śmiał, miał niebywale dużo wdzięku, zachowywał się trochę jak „brat łata”. Nie była to poza, tylko jego naturalny sposób bycia, ale już wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z człowiekiem wybitnym, przenikliwym i mądrym. Gdy przeczytałem w jakimś wywiadzie z Alainem Besanconem, że uznaje on Włodzimierza Bukowskiego za jednego z czołowych intelektualistów światowych, to bynajmniej nie byłem zaskoczony.

Wszyscy przy stoliku czytali „I powraca wiatr”, każdy widział film Formana „Lot nad kukułczym gniazdem”, więc ktoś nagle zadał pytanie: - Jak sobie radziłeś w tej psychuszce? – Podawali nam różne pastylki, przynosiła je rano pielęgniarka Wiera, starałem się symulować ich połykanie, ale wiedziałem, że w końcu wpadnę – rozpoczął opowieść Wołodia. – Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i zacząłem uwodzić Wierę. Po jakimś czasie przerodziło się to w szpitalny romans, oczywiście starannie skrywany. Wiera zaczęła brać nocne dyżury i kiedy już wszyscy zasnęli – odwiedzałem ją w niewielkim pokoiku dla pielęgniarek. Muszę dodać, że Wiera chyba rzeczywiście się we mnie zakochała, w każdym razie deklarowała miłość aż po śmierć. Którejś nocy poszedłem do Wiery, ale nagle dzwonek wezwał ją do jakiegoś pacjenta w końcu korytarza. Siedziałem przy biurku i czekałem. Jej nieobecność się przeciągała, więc z nudów otworzyłem szufladę. A tam, na samym wierzchu leżał donos na mnie do GRU pisany ręką Wiery. Gdy po jakimś czasie pojawiła się w drzwiach, spytałem co to ma znaczyć? Zalała się łzami i po raz kolejny deklarując, że oddałaby za mnie życie, wyksztusiła przez łzy: – Co miałam robić, to taka praca. Na to wspomnienie Wołodia nie mógł opanować śmiechu, więc śmialiśmy się wszyscy.

– Wołodia – zwróciłem się do niego – ty nosisz polskobrzmiące nazwisko. Wiem, że to nic nie musi znaczyć, ale czy nie masz jakichś polskich przodków? – Mój prapradziadek był polskim oficerem, który w czasie powstania listopadowego trafił do niewoli po bitwie pod Ostrołęką i został zesłany na „białe niedźwiedzie”. Tam ożenił się z Rosjanką, mieli dzieci – ot cała historia.

Żubrówka

W środku nocy zadzwonił telefon – w słuchawce usłyszałem głos Zbigniewa Herberta. – Panie poruczniku, jest zadanie do wykonania. – Tak jest, panie pułkowniku – odpowiedziałem bez wahania.

Ta zaskakująca dla czytelnika tytulatura, wymaga wyjaśnienia. Otóż Książę Poetów chętnie obdarowywał przyjaciół i znajomych tomikami swoich wierszy, ale tylko nieliczni – oprócz dedykacji – zaszczycani byli „zieloną pieczątką” takiej oto treści: Dowódca Królewskiej Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci. A w podpisie: płk Zbigniew Herbert. Było dla mnie jasne, że jest to kreacja literacka i bąknąłem, że ja jestem tylko podporucznikiem. Od tego czasu Herbert zwracał się do mnie „panie poruczniku”, łaskawie akceptując zwracanie się do niego – „panie pułkowniku”. Była to naturalnie zabawa słowna. Herbert wydawał rozkazy, a ja trzaskając obcasami mówiłem: – Tak jest, panie pułkowniku.

Wspomnianej nocy nie miałem na sobie butów, o trzaskaniu nie było mowy, więc z całej siły przycisnąłem do ucha słuchawkę. – Mój przyjaciel i dobrodziej Al Alvarez, znany brytyjski krytyk literacki i poeta – bardzo się przyczynił do rozpropagowania angielskich tłumaczeń moich wierszy i esejów. Jestem mu bardzo wdzięczny i ilekroć przyjeżdżam do Wielkiej Brytanii, zawsze przywożę mu butelkę żubrówki, za którą przepada. Otóż pomyślałem sobie, że fajnie by było, żeby Alvarez napił się żubrówki razem z Bukowskim, którego poznałem dzięki panu i który zrobił na mnie ogromne wrażenie i stał się dla mnie człowiekiem bardzo bliskim. Podaję panu adres Alvareza, ale proszę mu wysłać koniecznie trzy czwarte litra żubrówki. Sam zawiadomię Alvareza, że przesyłka w drodze, a do Bukowskiego niech pan sam zadzwoni. – Wedle rozkazu – odpowiedziałem.

Cała historia ma zaskakującą i niestety smutną pointę. Po miesiącu zadzwonił do mnie Wołodia.

– Jak się udało spotkanie z Alvarezem?

– Nie było żadnego spotkania. Wczoraj, późnym wieczorem usłyszałem pukanie do drzwi. Byłem w toalecie, więc to chwilę trwało, ale kiedy otworzyłem drzwi, nikogo nie było, tylko butelka żubrówki, na ganku.

– Wołodia, o co u diabła chodzi?

– Widzisz, część brytyjskich środowisk akademickich i literackich uważa mnie za „czarną owcę”, za człowieka o skrajnie radykalnych poglądach, z którym nie warto się zadawać. Ale żubrówka się nie zmarnowała – zakończył ze śmiechem.

Kasandryczne wizje Bukowskiego dotyczące Unii Europejskiej

Na kilka miesięcy przed wyznaczonym na czerwiec 2003 r. referendum akcesyjnym, Wołodia przyjechał do Polski. Żeby promować wydaną po polsku broszurę jego autorstwa „Unia Sowiecka czy Związek Europejski?” Spotkaliśmy się wtedy kilkakrotnie i toczyliśmy zażarte dyskusje. Nie należałem do bezkrytycznych euroentuzjastów, dostrzegałem zagrożenia, ale Wołodia snuł wręcz wizję europejskiego Armagedonu. – Oprzytomnijcie – apelował – przecież macie doświadczenia z RWPG. Wtedy jeździliście z podkulonym ogonem po prikazy do Moskwy, teraz będziecie jeździć do Brukseli, a niedługo potem – do Berlina. Odzyskaliście niepodległość, ale po wstąpieniu do UE, o suwerenności możecie zapomnieć. Eurobiurokraci brukselscy, nie mający – poza tworzeniem pozorów – żadnego mandatu demokratycznego, będą dążyli do stałego zwiększenia władztwa Centrali. Ich celem jest przekształcenie UE w konfederację, a następnie w federację i wtedy już tylko w opustoszałych kościołach będziecie mogli śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”. Czy nie dostrzegacie szturmu europejskiego lewactwa spod znaku UE – na religię chrześcijańska, na tradycyjną rodzinę, na waszą tożsamość. Ten proces zapewne będzie rozłożony na lata, ale cel jaki przyświecał bolszewikom – pieriekowki człowieka – może, jeśli się w porę nie opamiętacie, zostać osiągnięty.

Spierałem się twardo z Wołodią, uważałem, że przesadza ze swoim czarnowidztwem, ale stało się dla mnie jasne, dlaczego Alvarez nie chciał się z nim napić żubrówki.

Gdy dwa lata temu poddani Elżbiety II zdecydowali w referendum o brexicie, zadzwoniłem do Wołodii. –Jest nadzieja – usłyszałem w słuchawce.

Obywatelska

Wołodia był przez dłuższy czas autorem politycznych komentarzy zamieszczanych w naszym dwutygodniku. Jego aktywność publicystyczną przerwała choroba. Po raz ostatni na naszych łamach ukazał się – już po śmierci Kornela – jego krótki tekst, w którym wspomina swojego przyjaciela.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej