Prezydenckie zagadki - Jerzy Jachowicz

Nie zdążyły jeszcze na dobre opaść emocje po wyborach marszałka Senatu i powstaniu rządu kontynuacji i zarazem nowego otwarcia oraz związane z tym nowe nazwiska ministrów, a już wyobraźnię polityków i opinii publicznej rozpalają dyskusje o czekających nas wiosną przyszłego roku wyborach prezydenckich.

Gdy opozycja „podbiła” Senat, jej apetyty tak wzrosły, że uwierzyła w możliwość „odbicia” Belwederu z rąk Andrzeja Dudy, tym samym odcięcie od wpływów PiS, o czym kilka miesięcy temu mogła tylko pomarzyć. Dziś widzi to w realnej perspektywie. Dlatego za tak śmiertelnie poważną kwestię opozycja uważa wybór konkurenta Andrzeja Dudy.

Jeszcze do niedawna opozycja żywiła nadzieję, podsycaną przez samego bohatera pasowanego niemal na żelaznego konkurenta, że tym kandydatem będzie Donald Tusk, przez wielu traktowany jako jedyny polityk zdolny do pokonania Andrzeja Dudy. Było to typowe myślenie życzeniowe, bo wszelkie sondaże pokazywały druzgocącą przewagę obecnego prezydenta nad konkurencją, w tym również nad Donaldem Tuskiem. Badania sondażowe nie przemawiały do rozumu tych, którzy widzieli w nim męża opatrznościowego, mogącego dokonać wyłomu w obecnym układzie władzy i przerwać ogniwo łączące Kancelarię Prezydenta z rządem. Do nich należy Leszek Miller, który piał peany na temat Tuska: „Ma wybitne kwalifikacje, żeby być dobrym polskim prezydentem. Sądzę, że Donald Tusk jest w stanie wygrać z Andrzejem Dudą”.

Nie chcę być złośliwy, ale mógłbym powiedzieć, że Leszek Miller, po „kraksie prezydenckiej” z Magdaleną Ogórek, jest ostatnim człowiekiem, który winien typować kandydatów na prezydentów. Wspominam o tym, nie bez powodu. Dziś podczas jednej z telewizyjnych debat, kiedy padło nazwisko nowo wybranego marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego jako potencjalnego kandydata na prezydenta z ramienia Platformy Obywatelskiej, jeden z komentatorów trafnie zauważył, że jego ewentualny start zakończyłby się podobnie „kosmicznie” niskim wynikiem, jak swego czasu kandydatka Leszka Millera.

Możemy być niemal pewni, że nazwisko Tomasza Grodzkiego nie pojawiłoby się nigdy na żadnej giełdzie kandydatów na prezydenta, gdyby nie „pustynia bezradności” opozycji jaką zostawił Donald Tusk po ogłoszeniu swojej rezygnacji ze startu w wyborach prezydenckich. Jedynym politykiem, który nie wierzy do końca w oświadczenie Tuska, jest w tej chwili marszałek senior Sejmu Antoni Macierewicz, nie należący przecież do zwolenników Donalda Tuska. Wysunął tylko taką hipotezę, opierając się na doświadczeniu. Wszakże Tusk często nie dotrzymywał składanych obietnic i swoich zapewnień – twierdzi Antoni Macierewicz. Mnie się z kolei wydaje, że jednak rezygnacja Tuska jest decyzją ostateczną, od której nie ma już odwrotu, choćby z powodów praktycznych. Obecnie zmiana zdania, odbierałaby Tuskowi ostatnie procenty wiarygodności, nawet wśród jego dotychczasowych zwolenników.

Na placu walki o prezydenturę ze strony opozycji – jak na razie – pozostają wskazywani wcześniej już: szef PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz, Małgorzata Kidawa-Błońska lub inny nieznany jeszcze kandydat PO, który ma być wyłoniony wkrótce (czy w prawyborach, tego też do końca nie wiadomo) oraz Robert Biedroń – jako przedstawiciel lewicy. Do tej listy mogę niemal w ciemno dopisać Janusza Korwin-Mikkego, który nie odmówi sobie przyjemności częstego bycia w świetle kamer telewizyjnych przez najbliższe bliskie pół roku, czego nie doświadczyłby, występując tylko w roli posła i szefa Konfederacji.

Wydaje mi się, że na tym mogę skończyć listę kandydatów, z których każdy zbierze pokaźny procent głosów poparcia. Nie na tyle duży, aby zagrozić Andrzejowi Dudzie.

Czytelnikom pozostawiam frajdę wyłonienia w domowym zaciszu osoby, która zdobędzie największą po Andrzeju Dudzie liczbę głosów i spotka się z obecnym prezydentem prawdopodobnie w drugiej turze.

Wwywiadzie dla „Wprost” senator PO, Bogdan Zdrojewski, pytany, czy Platforma powinna mówić wyborcom, że jak dojdzie do władzy, to podniesie wiek emerytalny, polityk odparł: „Tak”. Na tę wypowiedź rzecznik Platformy Obywatelskiej, Jan Grabiec, który stwierdził, że to „nie jest stanowisko PO”. – Platforma wielokrotnie podkreślała, że jest przeciw podniesieniu wieku emerytalnego – dodał Grabiec. Kolejne sprzeczne stanowiska. Jednak najważniejsze jest to, że rządzenie tym panom nie grozi.

Już za 3 lata wygaśnie słynny kontrakt jamalski na dostawy gazu z Rosji. Wygaśnie, bowiem kupowanie błękitnego paliwa z kierunku wschodniego przestało być opłacalne. Warto zauważyć, że pierwotnie umowa ta miała obowiązywać jeszcze przez 15 kolejnych lat, aż do 2037 roku. Taką możliwość akceptował zespół negocjatorów z Waldemarem Pawlakiem na czele. Ciekawe, że już kilka miesięcy później – kiedy w obronie polskich interesów wystąpiła Unia Europejska – Pawlak nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w zaleceniach negocjacyjnych pojawił się rok 2037.

Ochrona środowiska? Klimat? A może jednak potężne pieniądze do zarobienia? Co tak naprawdę jest głównym motorem determinującym tempo zmian we współczesnej energetyce? Gdy spojrzymy na temat szerzej, to okaże się, że efektem eko-transformacji jest nie tylko zmniejszona emisja CO2 do atmosfery. To również miliardy euro / dolarów „kosztów pozyskania finansowania”, które producenci energii muszą płacić, jeśli chcą inwestować w nowe technologie. Na końcu tego łańcucha stoją potężne banki i niedostępne dla zwykłych śmiertelników fundusze hedgingowe. W przygotowanym w ubiegłym tygodniu przez Ministerstwo Energii projekcie „Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku” czytamy, że transformacja polskiego sektora elektroenergetycznym w ciągu najbliższych 20 lat będzie kosztowała 140 mld euro (ok. 600 mld zł uwzględniając dzisiejsze kursy przeliczeniowe). W kontekście powyższego kluczowe jest pytanie o to, kto ma tę transformację finansować?

Jeden z liderów Konfederacji, Janusz Korwin-Mikke, w wywiadzie telewizyjnym stwierdził, że „Słowo, tfu, »demokracja« jest dla mnie obelgą” oraz pytał czy „chcemy, żeby o losie Polski decydowała jakaś babcia spod Mławy?”. Babcia spod Mławy nie powinna głosować – stwierdził pewien dziadek z Warszawy. Tę babcię pod Mławą w 1939 roku Wehrmacht gnał jako żywą tarczę przed lufami czołgów. Ta babcia przeżyła wojnę, okupację, UB i walkę z kułakami, opłakała i pochowała bliskich, którzy nie przeżyli. Ta babcia spod Mławy zdarła dłonie i zgarbiła plecy harując w polu, dojąc krowy i wychowując dzieci. Dziś ma 94 lata i trzykroć więcej rozumu, także politycznego, od tego kto z niej drwi – napisał po wypowiedzi Korwina-Mikke Janusz Wojciechowski.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej