ULICA MIŁA, CZYLI BARWY WSPÓŁŻYCIA - Rafał Żebrowski

Niegdyś poważny trefniś Jego Królewskiej Mości Zygmunta zw. Starym z dynastii Jagiellonów powiedział, że wszyscy w Polsce są lekarzami. Dziś w zawody o palmę pierwszeństwa pośród polskich profesji może stawać również… znawca Żydów i stosunków naszych dziadów z wyznawcami judaizmu. Tak to już bywa, że pewność swych poglądów nie raz idzie w parze z całkowitą nieznajomością rzeczy. Toteż uznałem, że dobrze będzie Państwu przedstawić pod rozwagę niniejszą, podkreślam – autentyczną, opowieść.

Pod koniec pierwszej połowy 1928 r. przed sądem rozgrywała się rozprawa o stawianie oporu władzy. Chodziło o egzekucję zaległego podatku od małej firmy handlowej niejakiego Chila Firanko. Ledwie pół roku wcześniej przed Trybunałem Stanu do odpowiedzialności został pociągnięty minister Gabriel Czechowicz, zasłużony poniekąd w dziele równoważenia budżetu, m.in. przez intensyfikację działań służb skarbowych. Jednak oani tewe zasługi, ani nawet znakomita opinia marszałka Józefa Piłsudskiego, na nic mu się zdały, bo i zarzuty były miażdżące. Stróż finansów publicznych wyłożył (założył, pożyczył czy co tam jeszcze) pieniądze na fundusz reprezentacyjny premiera, a w istocie na kampanię wyborczą obozu rządzącego, zwanego – jak na ironię – sanacją.

Tyle wprowadzenia. Miejscem naszej akcji była ul. Miła w samym sercu dzielnicy żydowskiej w Warszawie. Ostatni duży drewniany kilkukondygnacyjny dom został na niej rozebrany dwa lata później. Tak o tym miejscu pisał Władysław Broniewski: „Ulica Miła wcale nie jest miła. / Ulicą Miłą nie chodź moja miła. / Domy, domy, domy surowe, / trzypiętrowe, czteropiętrowe, / idą, suną, ciągną się prosto, napęczniałe bólem i troską. / W każdym domu cuchnie podwórko, / w każdym domu jazgot i furkot, / błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica. / Miła ulica./ Miła ulica. (…) Nawet kiedy do ciebie się śpieszę, / nie idę ulicą Miłą, bo kto wie, czy się tam nie powieszę”.

Jakiż zatem rekin finansowy skłonił do przedstawicieli organów skarbowych do interwencji bezpośredniej w tym miejscu? Skoro przedmiotem roszczenia było 55 zł, to ani dłużnik nie był przestępcą, ani sprawa nie powinna wywoływać szczególnych namiętności. A jednak…

Na dodatek był piątek przed południem, czyli erew szabes, wigilia soboty, świętego dnia dla Żydów, który po zmroku witają, zasiadając do uroczystej kolacji, w ówczesnej sytuacji czasem wręcz jedynego porządnego posiłku w tygodniu, na zorganizowanie którego pieniądze z góry przeznaczone muszą się znaleźć, bo taki jest nieubłagany wymóg religijnej tradycji. Właśnie wówczas pojawił się nieubłagany urzędnik. Kupiec, a może być to miano bardzo na wyrost, bo śladów po osobie i jego firmie jakoś nie odnalazłem, więc proponował on połowę kwoty i rychłe uiszczenie reszty po święcie. Na niewiele się to zdało! Miało być 55 zł i ani grosza mniej – takie nieco zbójeckie prawo windykatora, nomen non omen – p. Słowika. Namiętne błagania miały ten skutek, że urzędnik udał się po wsparcie do pobliskiego komisariatu Policji Państwowej, gdyż zamierzał opieczętować sklep. Przerażony właściciel zamknął ów przybytek Merkurego i pognał szukać pieniędzy.

Pan Słowik po niejakim czasie powrócił w towarzystwie policjanta, Juliana Olszewskiego. Obaj bez zwłoki poczęli rozbijać drzwi. W tym czasie pojawili się pierwsi gapie. To był jeden z najgęściej zamieszkałych fragmentów Warszawy, a większość pośród okolicznych lokatorów stanowili Żydzi. Dziś ludzie są znacznie bardziej obojętni na los bliźnich, ale wówczas łączyła ich także wspólnota losu, choć prawdziwe załamanie związane z wielkim kryzysem dopiero miało nadejść, to już dawało się wyczuć przynajmniej zastój w interesach, czego tu wszyscy byli świadomi. Powrócił nasz handlowiec i zaczął głośno lamentować. Miał już 2/3 sumy, ale nadal nie całą. Część sporego już zbiegowiska wlała się do sklepiku. Tłumek wspierał, jak mógł p. Firanko, ba, nawet zebrano pośród zgromadzonych resztę potrzebnych pieniędzy, ale w ogólnym tumulcie i przy zacietrzewieniu przedstawicieli władzy, nic to nie dało. Później „inkwizytorzy” twierdzili, że stawiano im czynny opór, a właściciel przedsiębiorstwa handlowego próbował użyć niebezpiecznego narzędzia w postaci pięciokilogramowego odważnika. Można w to powątpiewać, bo choć emocje rosły, a sytuacja dla głównego zainteresowanego przybierała dramatyczny obrót, to taka straceńcza szarża zza lady była całkiem bezsensowna. Policjant nie tylko był uzbrojony w pistolet, ale nawet nie zawahał się go użyć. Po wezwaniu wszystkich do rozejścia się, wyciągnął z kabury swój ostateczny argument i parę razy wypalił w powietrze na postrach. Był to krok, co najmniej pochopny, zwłaszcza, że otaczało go rozgorączkowane zbiegowisko. Nie wiemy, czy uczynił to w pomieszczeniu, czy na zewnątrz, ale w obu tych przypadkach możliwość rykoszetu i przypadkowego postrzelenia kogoś, powinna zostać wzięta przez funkcjonariusza pod uwagę.

Ostatecznie trzy osoby, właściciel sklepu oraz panowie Dawid Laufer i Pejsach Wandel zostali postawieni w stan oskarżenia za stawianie czynnego oporu władzy. Jej przedstawiciele szli w zaparte, że urzędowa i zarazem pierwotna wersja wydarzeń odpowiadała stanowi faktycznemu, czyli że ich bezpieczeństwo było w poważnym niebezpieczeństwie. Trudno się nawet temu dziwić, bo nieopatrzne użycie broni służbowej musiało przecież nabrać nie tyle nawet powagi, co stać się zwieńczeniem opowieści o niedoszłym dramacie. Wydawało się, że trzej Żydzi są na straconej pozycji. Zeznania pod przysięgą dwóch funkcjonariuszy, a więc tzw. osób zaufania publicznego, miały większą wagę niż zapewnienia podsądnych. Tyle, że świadków była cała masa i nikt z nich ani się zająknął o bezpośredniej agresji wobec urzędnika i towarzyszącego mu cerbera. Nie wiadomo, jak by się sprawa zakończyła… i tu dochodzimy najciekawszego jej elementu.

Niemal trudno w to uwierzyć, ale oskarżonych bynajmniej nie bronił jakiś szeregowy adwokat. Sprawę wziął w swoje ręce sam Franciszek Julian Paschalski (1889-1940), pochodzący z rodziny szlacheckiej. Był on osobą powszechnie znaną, działaczem obozu piłsudczykowskiego, założycielem Unii Narodowo-Państwowej (1922), a także masonem. Miał na swym koncie wiele wyjątkowo ważnych procesów. Był więc oskarżycielem prywatnym Eligiusza Niewiadomskiego, odpowiadającego za zabójstwo pierwszego prezydenta RP, Gabriela Narutowicza (1922). Jako jeden z obrońców uzyskał uniewinnienie dla Kurpiów, uczestników marszu na Kolno (1924). Współreprezentował przed sądem Borysa Kowerdę, który zastrzelił posła radzieckiego w Warszawie, Piotra Wołkowicza. Wreszcie w tym samym 1927 r. bronił ministra Czechowicza we wspomnianym już procesie przed Trybunałem Stanu. Jeszcze w 1923 r. oświadczył publicznie, że jeśli Piłsudski nie obejmie władzy, to „Polskę czeka wojna domowa”. Jako były bliski współpracownik Marszałka w latach 30. pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji, a między innymi posła na Sejm, prezesa Rady Wykonawczej Naczelnej Rady Adwokackiej, a od 1932 r. – prezesa Zarządu Głównego Związku Strzeleckiego. To, że taki człowiek poprowadził przedstawianą tu sprawę, nie mogło być dziełem przypadku. Sądzę, że była to raczej przemyślana demonstracja, podjęta w imię prawa i sprawiedliwości, choć w tym przypadku kolejność obu pojęć winna być chyba odwrotna.

Przy swoim autorytecie i „państwowotwórczym” dorobku jak mało kto nadawał się do zakwestionowania linii oskarżenia. Kiedy prokurator i obaj przedstawiciele władzy próbowali unieważnić zeznania podsądnych oraz świadków, adwokat ze swadą wypalił, że w ten sposób kwestionuje się jurysdykcję sądu nad urzędnikami i funkcjonariuszami, bowiem ich oświadczenia nie mogą być jednoznaczne z dowodem winy, gdyż o tym władny jest decydować tylko trybunał. Wyjście było iście Salomonowe, bo nie biorąc pod uwagę takiego postawienia sprawy, sam sędzia przyznałby, że nie jest władny ferować wyroku w imieniu wymiaru – bądź, co bądź – sprawiedliwości. Jakby tego było mało, obrońca nie był w pełni usatysfakcjonowany po uznaniu oskarżonych za niewinnych. Można sobie wyobrazić, co sobie mogli pomyśleć, kiedy pan Mecenas i wówczas zgłosił wniosek. Oto bowiem Paschalski stał się rzecznikiem oskarżenia o nadużycie władzy. Podkreślił, że jej przedstawiciele, którzy mają stać na straży praworządności, zachowywali się brutalnie, a policjant powołany do obrony obywateli, stał się ich opresorem. Zatem złożył formalny wniosek, by Wysoki Sąd wystosował do odpowiedniego komisariatu Policji Państwowej formalne upomnienie, iż tak postępować nie wolno. Rzeczony organ aparatu sprawiedliwości wyraził zgodę i obiecał stosowne pouczenie wysłać, gdzie trzeba.

Myślę, że znakomity prawnik jak i jego kolega w todze sędziowskiej zdawali sobie w pełni sprawę, że w ten sposób wyrok spełni podwójną rolę: wymierzenia sprawiedliwości i potępienia przemocy wobec szarego obywatela, bez nijakiej różnicy wyznania czy stanu posiadania. Różnie bowiem bywało na warszawskim bruku za czasów II Rzeczpospolitej, bo tak się dzieje zawsze w wielkim mieście.

 

Czasem też coś iskrzyło na styku różnych grup narodowych czy wyznaniowych, ale wówczas nie brakowało też ludzi upominających się o sprawiedliwość, nawet wbrew sztywno stosowanej literze prawa.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej