POCZUJ POWIEW ANIELSKICH SKRZYDEŁ - Rafał Żebrowski

Byłem w Barcelonie na początku września i… widywałem w niektórych sklepach bożonarodzeniowe elementy wystroju i ozdoby. Pomyślałem wówczas, że dni Wszystkich Świętych i Zaduszny nas jeszcze skutecznie bronią przed takimi „ewokacjami” konsumpcjonizmu. Ale i pod tym względem poharatane mury tradycji naszej są zagrożone, bo jeszcze przed 1 listopada w nielicznych – co prawda – miejscach widywać mi przyszło pierwsze symptomy natrętnego i przemocą niemal wciskanego bliźnim szaleństwa „mikołajowo-zakupoholicznego”.

Aby było śmieszniej, całemu zamieszaniu w głowach bliźnich, kończącemu się pogromem floty w pugilaresach naszych, króluje św. mikołaj (a tak, tak, pisany małą litera), który jest karykaturą powstałą na zamówienie – a jakże – koncernu Coca-Cola, w oczywisty sposób stanowiącą kpinę z szacownego pierwowzoru, boć to przerośnięty krasnal, ze skłonnością do obżarstwa i opilstwa. Ponoć mitrę biskupią strącili mu z głowy jankesi jeszcze w czas wojny secesyjnej, czyli równolegle do powstania styczniowego. Tymczasem, jak mniemam, ani na ów, ani na późniejsze despekty nie zasługiwał. Ponoć na przełomie III i IV w. był biskupem Miry (Myry) w anatolijskiej Licji. „Specjalizował” się w dobroczynności, rozdając spory majątek po rodzicach, a i podrzuczając anonimowo wspomożenia potrzebującym, co ma konsekwencje w naszych tradycjach bożonarodzeniowych prezentów znajdowanych pod poduszką, potem pod drzewkiem; u niektórych ludów wręcz z pewną dosłownością (opowieść o wrzucaniu pieniędzy na posag przez komin, które wpadały, a to do skarpet, a to butów, suszących się przy palenisku). Czesi, chyba przesadnie praktyczni, skarpety wywieszają na prezenty na ramach okiennych, zapewne pod wpływem wzorców austriackich, bowiem tam pociechy wystawiają buty na parapetach.

A jednak ten znakomity hierarcha miał kłopot z uznaniem. Problem polegał na tym, że przez pierwsze dwa wieki po zgonie szlachetnego męża, źródła pisane o nim milczały. Za to w VI w. w relacji o pielgrzymce jego imiennika pojawia się wzmianka o modlitwach doń lub poprzez niego zanoszonych w jego katedrze w Mirze. Jest to więc klasyczny przykład sytuacji, kiedy kult świętego zdecydowanie wyprzedza jego hagiografię, co z miejsca budzi moją sympatię, osłabiając rolę „propagandy” w historii świętej. Na nią wszakże też czas przyszedł, choć na łaciński żywot tego świętego poczekać trzeba było aż do końca IX w. (Jana Diakona z Neapolu). Natomiast cześć dla wielkiego jałmużnika i wspomożyciela, niesłusznie oskarżanych, krzewił się raźno w całym chrześcijaństwie. W XI w. Bari i Wenecja stoczyły korespondencyjną batalię o jego relikwie. Położona na lagunie metropolia się nieco spóźniła, ale determinacji jej odmówić nie można, bowiem posunęła się do zdobycia Miry, a nawet torturowania strażnika miejscowej katedry, która w czasie gwałtownych przeszukiwań nieźle ucierpiała. W każdym razie ok. 1500 r. w Europie miało być 2 tys. miejsc kultu poświęconych Mikołajowi.

A jednak reformatorzy spod znaku II soboru watykańskiego w szlachetnym – przynajmniej potencjalnie – dążeniu do oczyszczenia wiary z legendarnych naleciałości zagięli parol na Mikołaja, jako osobę ponoć li tylko z pobożnych opowieści. Ostatecznie wyrzucić go z kalendarza usiłował papież Paweł VI, nie oglądając się na to, że wspomnienie dotyczące owego biskupa 6 XII upowszechniło się już w IX w. Nie bez wpływu na przejawy czci pozostawał także cud tego świętego. Jego kości do dziś wydzielają płyn (także poza miejscem ich wiecznego spoczynku), ponoć wonny, choć chemicznie jest to woda. Odprowadzany z sarkofagu, mieszany z wodą stanowi relikwię. W Polsce taka ampułka znajduje się w kościele w Bochni. Wszakoż decydująca okazała się postawa wiernych, którzy upomnieli się o bliskiego im sercom Mikołaja. Wobec czego salomonowym wyjściem było pozostawienie wspomnienia świętego, jako nieobowiązkowej praktyki religijnej.

Cudownie pojawiające się prezenty niewątpliwie w naszej kulturze uginającej się pod presją materializmu, ostatnio wręcz wojowniczego i – co zabawne – raźno porzucającego kontakt z rzeczywistością, tak oczywistą jak sprawy płci, są bez wątpienia jednym z ważkich przyczółków doświadczeń wychodzących poza rutynę codzienności dla dzieci, które to uczucie udziela się dorosłym, choćby przez udział w aranżowaniu domowego misterium – zwłaszcza w Polsce. Niemniej nie da się ukryć, że presja komercjalizacji i konsumpcjonizmu dotknęła mocno pamięć o czcigodnym biskupie z Miry. Dobrze więc się stało, że nasi mędrcy z areopagu, zw. Radą Języka Polskiego, w maju 2004 r. orzekli, iż dużą literą powinno być pisane tylko imię Mikołaj, w tym i naszego świętego, zaś małą, kiedy odnosi się do tych wszystkich przebierańców. Tak, język powinien świadczyć o prawdzie i o nas samych.

Wszakoż zachowanie osobowości św. Mikołaja, szczęśliwie oddzielonej, czy też odciętej, od pseudoubóstwa merkantylnego, stwarza dodatkowy problem. Oto bowiem „przynosi” on nam prezenty w okresie, kiedy dopiero przygotowujemy się do wielkich i ważkich obchodów Narodzenia Pańskiego, które osobom religijnym musi zapowiadać śmierć i zmartwychwstanie Boga– Człowieka, a więc i nasze odkupienie. Na dodatek opowieść o tych narodzinach też wiąże się z darami i radosną adoracją. Więc jakże to tak, nie obdarowywać się tego dnia, a jeśli też i wówczas mają się pojawić prezenty, to kto ma być cudownym posłańcem. No i nie da się ukryć, mamy w tej materii spore zamieszanie. W przeszłości próbowano ów problem rozwiązać tak, że podarunki miało przynosić Dzieciątko (Jezus). Pomysł ów się jednak nie przyjął, choć utrzymał się w Czechach, a pod ich wpływem i na Górnym Śląsku. Jednak zwalanie tylu zadań na niemowlę, tym bardziej, że przenajświętsze, wydaje mi się grubą przesadą. Podobnie ma się z tzw. Gwiazdką i Gwiazdorem, dziś niemile pachnącymi celebrytami, które to postaci na ziemiach polskich pojawiły się zapewne pod wpływem oddziaływania wzorców niemieckich. Wypada odnotować, że w ogóle w tym kontekście obyczaje „prezentowe” arcydziejopis kultury i literatury polskiej, Aleksander Brückner przypisywał importom z tego kierunku, acz całkiem niesłusznie, bo podkreślanie najważniejszych wydarzeń dorocznych darami dla bliskich daleko wykracza poza krąg czasowy istnienia wspólnot narodowych, jak i chrześcijaństwa. Z góry też na straconej pozycji stoją aspirujące do roli ich „dostawców” skrzaty (Płaskowyż Tarnogrodzki) – może i miłe to małe licho, ale brak mu powagi. Toteż w większości polskich domów tradycyjnie niezagrożoną pozycję sprawców cudownego zjawiania się prezentów w noc Wigilijną mają anioły. Choć trzeba przyznać, że jak przychodzi co do czego, to w inscenizacjach familijnych jednak oczom milusińskich objawia św. mikołaj. Nie powinno to jednak wprawiać nas w metafizyczny niepokój, bo teatr ma swoje prawa i poetykę, a w tym konkretnym przypadku decydująca wydaje się łatwość inscenizacyjna (przebranie maskujące tożsamość) oraz brak szans, by np. stara ciotka o rubensowskich kształtach spłynęła majestatycznie z nieba.

Notabene, z tym aniołem to bardzo szczęśliwe wyjście z sytuacji. Bardzo się bowiem do tej roli nadają czyste duchy służebne wobec Stwórcy, które stanowią Jego dwór, równocześnie także ze względu na ich nieprzebraną liczbę, większą, niż ludzkość będzie kiedykolwiek miała, boć anioł stróż nadawany jest konkretnemu człowiekowi i nie będzie się już nikim więcej opiekował. Przybycie więc Bożego posłańca w nasze progi stanowi powtórzenie aktu pojawienia się Jezusa na ziemi, a równocześnie podnosi rangę naszego spotkania familijnego do rangi „komunii” świata duchowego i materialnego w kręgu rodzinym owej najświętszej z nocy. W postaci anioła stawia się między nami przedstawiciel „rodu” bezpośrednich świadków tamtego narodzenia w Betlejem. Pamiętajmy, że tak jak nocne grudniowe niebo jest wysokie, tak my w tym wszechświecie bywamy samotni. Poczucie ciągłości materialnej kosmosu to prawie niewyodbrażalna sprawa. A jednak wbrew wszystkiemu nad tą otchłanią, wobec milczących gwiazd, człowiek wierzący łowi uchem ledwie słyszalny szelest anielskich skrzydeł, bo istotnie drobny ścieg ich kroków łączy skraje nieskończoności.

Przypomnijcie sobie Państwo Herbertowego Siódmego anioła, który jest „czarny nerwowy / w starej wyleniałej aureoli” – prawie nic ze splendorów, ale za to sama bliskość. Niby świętość może się w niej zatracić, spowszednieć, ale przecież to od nas zależy, co zobaczymy: jakąś banalną krzątaninę „przemytnika grzeszników”, czy najszlachetniejsze wcielenie dobroci i miłosierdzia, która nie dba o pozory godności. A ten Siódmy, a więc zamykający jak pieczęć liczbę pełną, nazywa się Szemkel (hebr. szem znaczy imię, a bez powiązania z konkretną osobą – Bóg), a więc jest to może nawet nie tyle poseł, co sam Stwórca, który zawita w nasze progi. Nie bez przyczyny Herbertowski koncept tak żywo przypomina żydowskiego Szemaela (hebr., imię Boga). W Słowniku aniołów możemy przeczytać o nim „potężny anioł, który stoi w oknach niebios i słucha modlitewnych pieśni dobiegających z synagog i chederów [szkółek religijnych]”.

 

Czytelnikom „Obywatelskiej” mam zaszczyt życzyć, by w noc wigilijną potrafili otworzyć się pośród świątecznego zabiegania i poczuć ledwie dostrzegalny powiew anielskich skrzydeł. Daj nam Boże!

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej