NAFTA I KREW - Michał Mońko

Chodzi o naftę, w której od dziesięcioleci pławią się wielcy tego świata. Nazwa jest tylko pewnym aspektem sytuacji na Bliskim Wschodzie. Pewne aspekty katastrofy humanitarnej w Syrii albo w Iraku określają nazwy: „misja dla pokoju”, „misja stabilizacyjna”, „misja obserwacyjna”, „misja rozdzielenia wojsk”, misja „iracka wolność”, misja „kolorowa rewolucja”, „misja wdrażająca” etc.

Pokojowo brzmiące nazwy skrywają wojskowe zaangażowane wielkich mocarstw, współczesnych feudałów, na terenach nafty i krwi. Współcześni feudałowie, to ci, którzy mogą zacząć wojnę, nałożyć sankcje i mogą wciągć do wojny swych współczesnych wasali, obiecując im w przyszłości opiekę i pomoc. To wszystko już było, ale ludzie mają krótką pamięć.

Moi wujkowie, kiedy na początku 1943 roku znaleźli się z Armią Andersa w Iraku, bronili terenów naftowych przed oddziałami Kurdów. Obiecano im wolną Ojczyznę, gdy w Teheranie Roosevelt z Churchillem oddawali Polskę Stalinowi.

Dzisiaj jesteśmy na frontach Bliskiego Wschodu, ale nie ma nas w Yad Vashem. Tam zostali dopuszczeni współcześni feudałowie: USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Rosja. A gdzie Polska? Polska tam, gdzie wasale: w okopach Iraku, Syrii, Afganistanu, Kosowa.

Znowu są obietnice pomocy i nazwy, i słowa. Nazwy misji pomagają dziś usprawiedliwić przed światem interwencję wojskową na Bliskim Wschodzie. Niezawisłość Iraku jest taką sama fikcją, jak to, że obce wojska w Iraku działają dla pokoju, oferując pomoc materialną dla szkół i szpitali.

Obce wojska nie wycofały się nawet wtedy, gdy Rada Federacji Iraku zażądała zakończenia obecności tych wojsk w Iraku. Ale misja „iracka wolność” funkcjonuje dalej. Polskie wojsko nadal pełni w Iraku „misję szkoleniową”.

Wojska pełniące w Iraku „misję” rozwożą po Iraku różne dary, niczym koraliki odkrywców Ameryki. To ma ocieplić wizerunek okupacyjnych wojsk. Ale nie ociepla, a czyni wiele zła. Fałszywa przykrywka wojskowych działań, podszywanie się wojska pod działalność charytatywną, czyni pracę rzeczywistych pracowników humanitarnych bardzo niebezpieczną.

Lekarze bez Granic (Doctors Without Borders); pracownicy Agencja Pomocy Uchodźcom (UNHCR) The UN Refugee Agency; pracownicy Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (ICRC) International Committee of the Red Cross niejednokrotnie są traktowani jak wojsko.

Zaciera się bowiem różnica między żołnierzami i pracownikami organizacji pomocowych. Nafta miesza się z krwią, krew miesza się z nafta. Misje pokojowe, realizowane przez wojsko, policję i oddziały najemników, z reguły polegają na łączeniu przemocy z podbojem serc i umysłów, co daje zgubne skutki dla idei pomocy humanitarnej.

Operacje wojskowe, zwane „misjami”, prowadzone przez rządy zaangażowane w wojny o naftę i wpływy, niweczą bezinteresowną działalność misji humanitarnych. Jan Engeland, sekretarz generalny Norweskiej Rady ds. Uchodźców (Norwegian Refugee Council) uważa, że ludzie przyjmujący pomoc muszą wierzyć, że pracownicy humanitarni są w ich krajach dla jednego tylko celu: żeby ulżyć w cierpieniach.

„My nie oferujemy żadnego politycznego rozwiązania, nie mamy żadnych celów poza jednym: przeciwdziałać niehumanitarnym działaniom jednych przeciw drugim poprzez współczującą, ratującą życie pomoc”.

W rejonach konfliktów pracownicy organizacji Doctors Without Borders albo organizacji UNHCR, a nawet ICRC są najczęściej wspomagani, zastępowani albo ubezpieczani przez wojsko, które jednocześnie wykonuje swoje zadania militarne. Na przykład w Afganistanie żołnierze wraz z cywilnymi pracownikami, wchodzącymi w skład Provincial Reconstruction Teams, świadczyli do niedawna podstawową opiekę zdrowotną, kopali studnie i wykonywali inne zadania.

Śmierć pracownika misji humanitarnej powoduje albo może spowodować wycofanie się organizacji z pierwszej linii pomocy. W roku 2017 MKCK zawiesił działalność w Afganistanie po zabiciu sześciu pracowników Czerwonego Krzyża. Szef operacji pomocowej w prowincji Dżozdżan, Dominik Stillhart, powiedział: „Nie jesteśmy stroną w tym konflikcie i dlatego nie akceptujemy sytuacji, w której dokonywane są ataki na ICRC”.

Od kilkunastu lat wojsko strzela i leczy, bombarduje i stabilizuje, chroni tereny naftowe, rurociągi i porty. Zdarza się, że personel wojskowy podczas „humanitarnych” akcji zajmuje się także zbieraniem danych wywiadowczych. Nie ma wówczas jasności, czy oddział jest organizacją humanitarną, czy jest tylko okupacyjnym wojskiem. Na wszelki wypadek bojownicy strzelają pierwsi, a pracownicy humanitarni pierwsi giną.

Strony konfliktu strzelają zarówno do „humanitarnego” wojska, jak i do „zmilitaryzowanych” pracowników humanitarnych, których miejscowi identyfikują nierzadko jako szpiegów.

Polscy żołnierze z Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie także biorą udział w zarówno w akcjach humanitarnych, jak i w akcjach czysto wojskowych, podobno tylko szkoleniowych.

„Jeśli zatrze się różnicę miedzy cywilnymi pracownikami humanitarnymi, a walczącymi żołnierzami, zatrze się też samą ideę pomocy humanitarnej – mówią pracownicy ICRC. – Trzeba wyraźnie rozdzielać funkcje militarne wojska od działalności humanitarnej”.

Pracownik humanitarny to ktoś inny niż żołnierz przebrany w cywilne ubranie, rozdający chleb jednego dnia, a drugiego dnia, już w mundurze, rzucający bomby. Bo jeśli podstawowe cechy pomocy humanitarnej – humanizm, neutralność, bezstronność – ulegną rozmyciu, to skończy się niesienie pomocy i ucierpią na tym miliony potrzebujących cywilów, których przeżycie zależy od pracy ludzi Czerwonego Krzyża i podobnych organizacji.

Organizacje zaangażowane w niesienie pomocy zwracają uwagę, że pomoc humanitarna nie może być skażona polityką. Musi być absolutnie czysta i bezinteresowna.

Pomoc humanitarna nie powinna mieć innego znaku niż znak neutralnej organizacji pomocowej. Ale rząd amerykański chce, aby organizacje, które korzystają z amerykańskiej pomocy, nie ukrywały przed światem, skąd pochodzą dary: żywność, odzież, pieniądze.

Amerykanie mówią wprost: jeśli organizacje pomocowe chcą otrzymywać od Ameryki wsparcie, powinni naklejać etykietki i logo na opakowaniach żywności tak, by nie było wątpliwości, skąd żywność pochodzi. Zgoda, ale wówczas żywność staje się niepostrzeżenie bronią polityczną.

Pomoc humanitarna nie może być w czyimś interesie osobistym czy interesie międzynarodowym. Przed laty gen. Colin Powell, przewodniczący Kolegium Szefów Sztabów USA, wprowadził do polityki pojęcie „wzmacniaczy siły militarnej” (force multipliers). Organizacje pozarządowe, zajmujące się pomocą humanitarną, stanowczo zaprotestowały: nie możemy być „wzmacniaczami siły militarnej”.

Działający w Iraku pracownicy Światowego Programu Żywnościowego Narodów Zjednoczonych (World Food Programme) opowiadają, że rozdawali ludziom worki ze zbożem, na których widniała duża amerykańska flaga i napis, że jest to dar narodu amerykańskiego. Irakijczycy przyjmują żywność, ale ich postrzeganie pracowników Narodów Zjednoczonych, którzy zajmują się dystrybucją żywności, bywa jednoznacznie negatywne.

Biuro Narodów Zjednoczonych do spraw Koordynacji Pomocy Humanitarnej (UN Office for the Coordination of Humanitarian Affairs) stwierdza, co następuje:

„Pomoc humanitarna powinna być świadczona wyłącznie przez organizacje humanitarne. Wojsko, realizując swoje zadania, nie powinno pomagać ludziom tylko po to, by zjednać ich przychylność i sympatię. Ludziom nieszczęsnym, cierpiącym, podbitym należy pomagać, dlatego że są ludźmi”.

Niesienie pomocy humanitarnej w rejonach konfliktów zawsze łączyło się z pewnym ryzykiem, choć 150 lat temu, po bitwie pod Solferino, społeczność międzynarodowa zdołała wypracować zasady i normy, które gwarantowały niosącym pomoc bezpieczeństwo.

Strony konfliktów zobowiązane są nie atakować przestrzeni humanitarnej, obejmującej szpitale, pracowników medycznych i personel pomagający ofiarom wojen. Ale podczas wojen partyzanckich, gdy wojsko pomaga i strzela, sytuacja organizacji pomocowych gwałtownie zmienia się na gorsze.

Niosący pomoc są zabijani, porywani, więzieni, torturowani. Bo ich działania postrzegane są przez miejscowych jako przedłużenie politycznych i militarnych operacji państw zachodnich. Wojsko traktuje pomoc jako „wzmocnienie siły militarnej” (force multiplier). Nafta jest tu najważniejsza, liczy się także obrona pewnych terytoriów i państw na Bliskim Wschodzie.

 

Podkreślanie dziś, że pomoc humanitarna jest całkowicie oddzielona od spraw politycznych i militarnych, trafia w próżnię. Mieszanie roli wojownika, napastnika, rewolucjonisty z rolą pracownika szerzącego dobro, rozdającego pomoc, stanowi zwykłą sprzedaż wojny.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej