W KRAINIE WYŻSZYCH STANDARDÓW - Artur Adamski

W kontekście dążeń do odejścia od postkomunistycznej kastowości, dominującej w polskim sądownictwie, słyszymy często, że rozwiązania praktykowane w RFN nie mogą znaleźć zastosowania w naszym kraju, gdyż „Niemcy mają wyższą kulturę prawną”. Na czym owa „niemiecka wyższość” tym razem polega, możemy się dowiedzieć z wznowionej właśnie książki Krzysztofa Kąkolewskiego „Co u pana słychać?”

Od samego początku istnienia Republiki Federalnej Niemiec z tego państwa nadchodziły wiadomości o wypełnieniu tamtejszych sądów sędziami o przeszłości nazistowskiej. W jakiś sposób można to zrozumieć. Wprawdzie każdego niemieckiego przeciwnika Hitlera RFN nagłośnił przynajmniej kilkoma filmami i dziesiątkami wielojęzycznych publikacji, to jednak produkcja legendowej fikcji nie zmieniała faktu, że sędziów innych, niż nazistowscy, w RFN przez wiele lat niemal nie było.

Elity innych dziedzin życia nie wyglądały zresztą lepiej. Informacje o masowym uniewinnianiu przez zachodnioniemieckie sądy najbardziej nawet ewidentnych zbrodniarzy były w Polsce przyjmowane z niedowierzaniem. Wiadomości te często były u nas wtedy przypisywane aparatowi komunistycznej propagandy. W latach siedemdziesiątych najwybitniejszy z polskich reporterów postanowił rzecz sprawdzić na miejscu.

Państwo prawa czy upiornej groteski?

Już w strefach okupacyjnych, kontrolowanych przez aliantów zachodnich, działalność na ogromną skalę rozpoczęli liczni hitlerowscy zbrodniarze. Theodor Schieder, prawa ręka Himmlera od antypolskich czystek etnicznych, główny autor planów wyrzucenia Polaków z Wielkopolski, już w 1945 rozpoczął budowę centrum, dokumentującego cierpienia niemieckich „wypędzonych”. Ruch, który stworzył, od kilkudziesięciu lat jest niezmiennie najhojniej sponsorowaną społeczną inicjatywą, działającą w RFN. Zbrodnicza przeszłość Scheidera nigdy tam nie zainteresowała nikogo. Nikt też nie zauważył czegokolwiek niestosownego w tym, że nagłaśniający gehennę Niemców, od 1945 roku zmuszonych do opuszczenia ich „nowej ojczyzny”, jaką parę lat wcześniej rzekomo stawały się Gdynia czy Gniezno, sam był sprawcą rzeczywistych tragedii rzesz ludzi wyrzucanych nie z domów zagrabionych, lecz własnych. Schieder musiał w RFN uchodzić za postać zacną, jeśli dane mu było zostać formalnym doradcą rządu RFN i rektorem Uniwersytetu w Kolonii.

Niemieccy prawnicy często z dumą wskazują na wielki humanizm obowiązującego u nich prawa, od początku istnienia RFN wykluczającego karę śmierci. Trudno się jednak nie domyślać genezy owego wykluczenia kary głównej. Rozwiązanie takie dawało pewność, że i najpotworniejsi z hitlerowskich oprawców nie będą mogli być sprawiedliwie ukarani nawet w przypadku, gdyby sprawa sądowa wymknęła się z powszechnie funkcjonującego schematu. Polegał on na tym, że jeśli nawet dany zbrodniarz nie został uniewinniony, w krótkim czasie obejmowała go amnestia lub nadzwyczajne złagodzenie kary. Przyglądając się wyrokom, można zauważyć, że wiele zależało od tego, kim były ofiary zbrodniarzy.

Znamienny jest przykład Ericha von dem Bacha, inicjatora utworzenia przeznaczonego dla polskich więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz, organizatora czystek etnicznych na Śląsku i licznych egzekucji na Kresach, sprawcy krwawego stłumienie Powstania Warszawskiego, po którym nie dotrzymano warunków zaprzestania walk, lecz doprowadzono do eksterminacji dużej części Polaków wypędzonych ze stolicy. Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich wyliczył 230 tysięcy śmiertelnych ofiar rozkazów von dem Bacha. W związku z tymi zarzutami został on w RFN skazany na dziesięć lat obozu pracy. Wyrok ten bardzo szybko zamieniono na areszt domowy. Kat Warszawy znalazł się dopiero w prawdziwych opałach pod koniec życia, kiedy zarzucono mu zbrodnie przeciw Niemcom – udział w zamordowaniu sześciu niemieckich komunistów oraz w hitlerowskich porachunkach z roku 1934, zwanych „nocą długich noży”. Za udział w takich czynach von dem Bach dostał dożywocie i umarł w więziennym szpitalu.

Supermocarstwo moralne”

Przed podróżą Kąkolewski sporządził listę kilkuset uniewinnionych zbrodniarzy, piastujących w RFN różne lukratywne stanowiska. Dostrzegł też mechanizm, którego praktykowanie czyniło ich ostatecznie uwolnionymi od ryzyka spotkania się w swoim życiu z jakimikolwiek prawnymi zarzutami. Po wydaniu uniewinniającego wyroku – prokuratura wnosiła apelację. Jej odrzucenie na zawsze zamykało możliwość stawiania dwukrotnie już odrzuconych zarzutów. Działało to jak automat, w oczach państwa i obywateli ostatecznie rozgrzeszało i otwierało drogę do godności w Bundestagu czy rządzie. Kąkolewski poprosił o rozmowę kilkunastu zbrodniarzy, którzy zrobili karierę w RFN. Zgadzali się rozmawiać powodowani ciekawością, megalomanią, czasem sprytnie przez reportera zwabieni, a przekonani o ostatecznym zwycięstwie ich własnej wersji wydarzeń i absolutnie zawsze – bezbrzeżnie pewni swego.

Z prof. Hansen Fleischhackerem Kąkolewski spotkał się w jego miejscu pracy – Instytucie Antropologii Uniwersytetu Frankfurckiego. Jak się okazało profesor dysponował kartoteką osób, które poddawał badaniom od lat trzydziestych. Kolejne karty wypełniał według tego samego schematu, jaki praktykował w latach działania obozów zagłady. W czasie tygodniowego pobytu w Auschwitz wskazał 115 więźniów – Polaków, Żydów i Azjatów. Po zagazowaniu dostarczono mu zwłoki wypreparowane i wypchane, gotowe do ustawienia jako elementy ekspozycji Muzeum Rasy. Po wojnie postawiono mu zarzut zlecenia morderstwa na 115 osobach. Trudno powiedzieć, który z argumentów zadziałał – Fleischhacker utrzymywał, że Muzeum Rasy liczyło na 150 preparatów. Być może poprzestanie na 115 uznano za ocalenie 35 ludzi, których jako przyszłych eksponatów muzeum nie wskazał? Niemiecki naukowiec twierdził też, że mimo, iż Muzeum Rasy budowało znaną mu kolekcję a on wskazywał ludzi, nadających się na eksponaty, to jednak nie wydawał polecenia ich zabicia. Siła tych argumentów sprawiła, że już na początku rozprawy sam prokurator wystąpił o uniewinnienie, do którego to wniosku przychylił się sąd.

Kolejnym rozmówcą Kąkolewskiego był Hermann Stolting. W czasie wojny, będąc prokuratorem na polskich ziemiach wcielonych do Rzeszy, dla niezliczonych Polaków żądał kary śmierci a niemiecki sąd każde takie żądanie wieńczył wyrokiem. Z charakteru „przestępstw”, ściganych przez Stoltinga wynika, że to raczej nie one były powodem żądania najwyższych wyroków, ale to, że stawianymi przed błyskawicznie działającymi sądami byli Polacy. Jeden z nich został skazany np. za to, że w Wigilię Bożego Narodzenia podarował angielskiemu jeńcowi paczkę papierosów. W RFN Stolting oczywiście został uniewinniony. Z rozmowy wynika, że 35 lat po wojnie nie miał sobie do zarzucenia absolutnie nic. O terenie swojej prokuratorskiej działalności mówił: „To są niemieckie ziemie, stąd zasadne były na nich niemieckie prawa”. W RFN Stolting został wziętym adwokatem, znanym obrońcą katów z Auschwitz, a także prezesem niemieckiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt. W prasie publikował artykuły, propagujące weganizm jako wyraz postulowanych przez niego wysokich standardów moralnych. Był też współautorem „Biblii obrońców zwierząt”, w środowiskach lewackich popularnej dzisiaj także w Polsce.

Szukając hitlerowskich oprawców, Kąkolewski musiał też trafić do Bundestagu, gdzie spotkał barona Ottona von Fircksa, posła CDU, znanego w RFN autora książeczek dla dzieci. W czasie wojny Fircks był szefem sztabu SS do spraw wysiedleń Polaków z powiatu Gniezno. Reporter wyposażony w dokumenty, opisujące tragedię tysięcy polskich rodzin, w środku nocy wyrywanych ze snu, rozdzielanych i kierowanych często prosto do obozów dostał w odpowiedzi opowieści o krzywdach, rzekomo wyrządzonych Niemcom przez Polaków. Fircks, w latach siedemdziesiątych jedna z czołowych postaci niemieckiej sceny politycznej, do zarzucenia sobie nie miał literalnie nic. Był autorem świetnie zorganizowanych operacji błyskawicznej wymiany ludności.

Nocą SS otaczało wieś. Kiedy po godzinie nie było w niej już nikogo do uprzednio poprzydzielanych domów przywożono niemieckie rodziny, oczekujące na to w miejscowości oddalonej o kilka kilometrów. Z rozmowy z Fircsem wynika, że ani wówczas ani po dziesięcioleciach nie zdarzył mu się żaden moment niepokoju sumienia, jakikolwiek cień współczucia dla Polaków. Wybitnego polityka CDU nigdy nie spotkała żadna przykrość za popełnione czyny i nic nigdy nie zmąciło jego przekonania, że robił to, co w Polsce zrobić należało.

Humaniści” i wizjonerzy „zjednoczonej Europy”

Nie inaczej było z prof. Reinhardem Hoehnem, ekspertem Himmlera od polityki narodowościowej. W jego wypowiedziach wyraźny jest nawet ton dumy z nadawania tej polityce charakteru, jego zdaniem „humanitarnego”. Jak wiadomo niemiecki Generalplan Ost zakładał zmniejszenie populacji Polaków co najmniej 85 proc. Ocalona grupa wynarodowionych, posłusznych, niewykształconych członków naszej zbiorowości miała być przeznaczona do służenia „niemieckim panom”. Do wyboru pozostawał sposób osiągnięcia tego celu. Hoehn proponował masową sterylizację lub podawanie Polakom soku z tropikalnej rośliny calladium segiunum, powodującego całkowitą bezpłodność. Wspominając, Hoehn mówi: „Himmler uważał, że planowaną w Generalplan Ost depopulację Polaków można osiągnąć w kilka miesięcy. Ja przekonywałem go, że to zadanie wymagające może nawet 20-25 lat”. Z rozmowy o stylu życia, prowadzonym przez niego w RFN dowiadujemy się m.in., że pasją profesora jest strzelectwo. Jako wielki humanista podkreśla jednak: „Nigdy nie strzelam do zwierząt! Tylko do rzutków”.

Jednym z głównych twórców Generalplan Ost był Aleksander Dolezalek, kreślący plany najbardziej radykalne – z Polski i polskości nie miał pozostać nawet ślad. W czasie wojny był szefem sztabu planowania osadnictwa SS w Poznańskiem i Łódzkiem. Kąkolewski dotarł do niego w Ośrodku Studiów Ogólnoeuropejskich we Vlatho nad Wezerą. Dolezalek był profesorem tej uczelni. W rozmowie nieustannie podkreślał, że ideą jego życia zawsze było „zjednoczenie Europy”. Pytany o „Memoriał w sprawie polskiej” jego autorstwa, zakładający unicestwienie naszego narodu twierdzi, że „te warianty się zmieniały, według kolejnego w jakiejś postaci Polska być może mogłaby istnieć”. O tym, co było treścią jego wykładów, Kąkolewski mógł się domyślić w czasie spotkania ze studentami. Furia antypolskich ataków prowadziła do wniosku, że w mentalności przynajmniej części Niemców od czasów Hitlera wiele się nie zmieniło. Innym, spotkanym przez reportera architektem Generalplan Ost był gen. Konrad Mayer. Przyciśnięty pytaniami bronił się odpowiedziami w rodzaju: „Byliśmy po prostu dobrymi Niemcami. Każdy musi bronić swojego narodu”. Ta „obrona” polegać miała na eksterminacji, wg jego planu - niemal wszystkich Polaków.

Żołnierze gen. Heinza Reinefartha tylko 5 i 6 sierpnia 1944 rozstrzelali w Warszawie 35 tysięcy Polaków. Pytany o to odpowiada niespójnie. Mówi, że liczba jest przesadzona a rozstrzeliwanie kobiet i dzieci było uzasadnione, gdyż w Powstaniu, opisywanym przez niego jako istne piekło straszliwie twardej walki, strzelały także kobiety i dzieci. Bardziej użala się nad swym własnym losem. Proces kata polskiej stolicy trwał rekordowo długo – Reinefrth musiał się stawiać na rozprawy przez 20 lat. W najmniejszym stopniu nie utrudniało mu to bycia wybieranym na kolejne kadencje do piastowania godności burmistrza miasta Westerland. A proces, jak to w RFN, gdy chodziło o zbrodnie na Polakach, zakończył się tak, jak bez wyjątku zawsze, czyli całkowitym uniewinnieniem. W przypadku Wilhelma Koppego, w Generalnym Gubernatorstwie figury najważniejszej po Hansie Franku, proces został zakończony z powodu złego stanu zdrowia sądzonego. Jego kondycja nie była chyba jednak aż tak fatalna, jeśli zbrodniarz ten, a w RFN właściciel fabryki czekolady, żył jeszcze 10 lat. W swoich dziennikach sam Hans Frank pisał o Koppem, że „każdą chwilę stara się wypełniać eksterminacją Polaków i nieustannie wymyśla najbardziej efektywne formy masowych mordów”. Protokoły z posiedzeń władz GG zawierają fragmenty jego przemówień, w których żądał intensyfikacji ludobójstwa: „Będziemy brodzić we krwi po kolana a stosy czaszek sięgną ponad dachy”. I rzeczywiście oprawca, o którego zdrowie tak się troszczyły niemieckie sądy, uczynił bardzo wiele w celu realizacji swych ludobójczych wizji.

Wśród rozmówców Kąkolewskiego przypadkiem szczególnym był Heinz Rolf Hoppner. Ten najpierwszy twórca systemu obozów zagłady, pomysłodawca i realizator programu instalowania w nich komór gazowych, był sądzony w Polsce. Po skazaniu na dożywocie i odsiedzeniu 10 lat napisał do Bieruta list z prośbą o uwolnienie. Bierut, niezliczoną ilość razy odrzucający prośby dzieci polskich bohaterów, skazanych na śmierć, tym razem do ułaskawienia się przychylił. Hoppner wyjechał do RFN, gdzie dzięki okazanej mu wszechstronnej pomocy szybko osiągnął dobrobyt jako właściciel spokojnie prosperującego przedsiębiorstwa. Z wszystkich żyjących w RFN antypolskich ludobójców on wycierpiał najwięcej – wszak spędził w PRL-owskim więzieniu całych 10 lat.

Z książki Kąkolewskiego wyłania się obraz Niemiec jako kraju, w którym rozliczenia ze zbrodniczą przeszłością i wszystko, co mogłoby uchodzić za rzeczywiste rozstanie z nazizmem to całkowita fikcja. Retoryka ekspiacji, rzekome poczucie winy wobec mordowanych narodów, to tylko „eksportowa twarz Niemiec”. Rzeczywisty, wewnętrzny przekaz, treści mediów, programy nauczania, model wychowania – zawsze dążyły do wykluczania jakiegokolwiek narodowego poczucia winy. Przeciwnie – Niemcy wszystkich roczników mieli wzrastać w poczuciu wielkiej narodowej dumy, świadomości ogromu swojego dziedzictwa, wyjątkowości i powołania do wielkich celów.

 

O tym, jak niesłychanie skuteczny okazał się ten model „wielkiego narodowego formowania” świadczy dziś choćby to, że państwo o przerażająco nikczemnej tradycji swych sądów całkowicie serio stwierdza dziś: „My mamy wyższą kulturę prawną”.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej