BYĆ ALBO NIE BYĆ – Michał Mońko

Bolszewicy odrzuceni spod Warszawy! No, tak… To było w 1920. Dzisiaj, sto lat po bitwie warszawskiej, przegraliśmy. Bolszewicy w Warszawie. Prawica oddała swoje kolejne twierdze, duże miasta, i wycofuje się na prowincję.

Ale i tam, na prowincji, coraz mniej miejsca dla prawicy. A zatem jest pytanie:, co robić? Pytanie takie, Что делать? zawarł Lenin w książce opublikowanej w 1902, poświęconej strategii i taktyce zdobycia i utrzymania władzy. Podtekstem pytania:, co robić? – była i nadal jest kwestia: być albo nie być.

No, więc, co robić? Dlaczego prawica traci duże miasta i nie zyskuje na wsi? W marketingu istnieje koncepcja 4P – product, price, place, promotion, czyli produkt, cena, miejsce (i czas) oraz promocja, rozumiana jako reklama, public relations, sponsoring i sprzedaż osobista. Ta koncepcja mówi, co i jak robić skutecznie na rynku. Jeśli, przykładowo, pewnego dnia jest ślizgawica i samochody nie mogą wjechać pod górkę, to tego dnia handlowiec ustawia pod górką sprzedaż łańcuchów, a nie sprzedaż zabawek dziecięcych albo proszku do prania.

A zatem, gdy mówimy o polityce i o rynku politycznym, na pierwszym miejscu jest zawsze produkt polityczny. Na drugim – oferowana wartość. Na trzecim jest miejsce i czas oferowania produktu. Na czwartym jest propaganda, choćby zredukowana do zwykłego ogłoszenia na płocie.

Prawica zaniechała stosowania 4P. Wychodzi na rynek polityczny nie z tym produktem, co trzeba. Nie z tą, co trzeba wartością. Nie w tym, co trzeba miejscu i nie w tym, co trzeba czasie. A w ogóle nie wiadomo, z jakim produktem i gdzie wychodzi, bo nie ma o tym mowy w komunikacji. Jest tylko mowa, że ileś tam lat temu PiS wyszedł do ludu z 500 plus. Ale to już nie jest news, to rytuał.

Zaniechanie jest mściwe. Wiosną 2016 roku lewackie zgromadzenie na Szucha przed Trybunałem Konstytucyjnym liczyło nie więcej niż osiemdziesięciu demonstrantów. Byłem tam, zrobiłem zdjęcia. W tym samym czasie prawicowe pochody w Alejach Ujazdowskich liczyły pięćdziesiąt tysięcy i więcej.

A dzisiaj gdzie prawica? Gdzie tysiące przeciwników polskiej odmiany bolszewizmu? Niedawno, od Sadu Najwyższego do Sejmu, przeszedł marsz tysięcy przeciwników reformy sądów. Gdzie tego dnia była prawica? Co robić? – mógłby spytać dorożkarz, ale dorożkarzy już nie ma ani w Moskwie, ani w Warszawie.

Trzeba było działać w 2010 roku, gdy liberałowie i komuniści stanowili w Warszawie margines brudu. Po katastrofie pod Smoleńskiem należało zmusić rząd Platformy Obywatelskiej do dymisji! Bo to zaniedbania rządu PO doprowadziły do katastrofy i śmierci warstwy kierowniczej PiS. Już wcześniej rząd PO doprowadził do katastrofy samolotu prezydenckiego w Mongolii. Prezydent był wręcz prześladowany przez rząd PO.

Potrzebne były demonstracje, a nie procesje na Krakowskim Przedmieściu. Potrzebny był medialny i propagandowy nacisk na rząd Tuska, a nie telewizyjny jarmark. W rzeczywistości w 2010 dokonany został formalny zamach na władzę PiS. Dzisiaj sytuacja na pokładzie PiS-u nie jest łatwa.

Spadającymi słupkami poparcia dla prawicy zaniepokojone są szczury. Te z poobgryzanymi ogonami, z nadgryzionymi uszami gotują się do nowej sytuacji, gdy będą musiały dać się zagryźć albo same zagryzą. To zwierzęta inteligentne, przebiegłe, nakierowane wyłącznie na żerowanie.

W telewizji, w wysokich urzędach, gdzie szczurów dostatek, atmosfera jest dynamiczna. Szczur, trzymający się w ostatnich latach prawej nawy, przebiega nagle do przestrzeni między nawami. Kiedy mówi o prawicy, mówi już: oni. Ale miseczkę z żarciem trzyma wciąż po prawej stronie, bo prawa strona jeszcze go żywi.

Chodziłem na marsze, demonstracje w czasach PRL. Po raz pierwszy szedłem w czole marszu 26 czerwca 1966 roku – od pałacu księdza kardynała Wyszyńskiego na Miodowej do Nowego Światu róg Świętokrzyskiej. Pochód zablokowała milicja. Oberwałem nie pałką, ale parasolką pani, która chciała przywalić milicjantowi.

W roku 1968 chodziłem na marsze, strajki, pochody – głównie studenckie. W roku 1975 były marsze na Senatorskiej, organizowane przez KPN. Też tam chodziłem. Następnie, w latach 1980-1982, były marsze i barykady Solidarności. Chodziłem i na marsze, i na barykady między Barbakanem, a Nowym Miastem. Wracałem do domu z rozbitym nosem. Oberwałem łokciem od oficera ZOMO.

W wolnej Polsce byłem na marszach – pod Ambasadą Rosyjską (protest w sprawie Czeczenii). Pod Ambasadę Ukrainy (Kijów – Warszawa Wspólna Sprawa). Chodziłem 11 listopada z organizacjami patriotycznymi. Dzisiaj maszerują przez Warszawę przeciwnicy Polski, o jaką walczyli stoczniowcy, hutnicy i górnicy w 1980 i później.

Po strajku na Wybrzeżu w 1980 roku powiedziałem do żony: „Zawsze interesowałem się rewolucją, ale dopiero w Gdańsku i w Gdyni nauczyłem się robić rewolucję”. Byłem na wszystkich głównych strajkach lat osiemdziesiątych. Ostatnie, to Nowa Huta i zaraz kopalnia „Manifest Lipcowy”. Patrzę dzisiaj na działania prawicy i twierdzę, że gdybyśmy tak działali w latach osiemdziesiątych, komuna trwałaby w Polsce jeszcze, co najmniej 1500 lat i jeden dzień.

Zmiany, jakich dokonuje dziś prawica, to zmiany rewolucyjne. I takie być powinny. Jak się robi rewolucję? Na pewno nie robi się rewolucji w salonie, w papuciach i w białych rękawiczkach. Rewolucję Solidarności potrafili zrobić dziś anonimowi ludzie walki, demonstracji i barykad. Byłem wśród nich.

Nie robi się rewolucji bez pomysłu na rewolucję. Amatorzy, pięknoduchy polityczne i niefachowcy przegrywają. Prawica nie ma kreatorów opinii, ma jedynie przywódców, którzy idąc, nie oglądają się za siebie, czy ktoś za nimi idzie.

Przeciwnik jest profesjonalny, wyszkolony, zaopatrzony, wspierany przez Brukselę. Wobec tych profesjonalistów, prawica to dzieci we mgle. Po prawej stronie mamy też wielu takich, którzy działając w polityce, jedynie kontrolują prawą stronę, ale dla niej nie pracują. Prawa strona jest dziurawa jak durszlak, przez który cieknie do Komisji Europejskiej, do Trybunału Sprawiedliwości UE etc.

Po prawej stronie wciąż pracują oficerowie służb PRL. Pracują współpracownicy byłego dowódcy Północnej Grupy Wojsk Sowieckich. Pracują dawni szefowie PZPR i ZSL. Pracują dzieci i wnuki tych, którzy byli twardym jadrem komuny w Polsce. Czyżby prawica chciała z tymi ludźmi wygrać?

Rynek polityczny w Polsce jest targowiskiem. A na targu zwycięża nie tyle produkt, nie tyle jego wartość, co krzyk kupca i przekupki. Jest jeszcze komiwojażer. Polityk obwoźny, raz lewy, raz prawy. Pomachać trochę rekwizytami prawicy, trochę popyskować w radiu i telewizji i już jesteś kupiony przez prawicę.

Telewizyjny prześmiewca w czasach PRL, ze śmiechu dobrze żył, dzisiaj też mu do śmiechu w TVP. Funkcjonariusz PZPR, działacz TKŚ, dziennikarz ateistycznych „Argumentów”, dzisiaj wysoko po prawicy. Zaufany dziennikarz „Wyborczej”, a dziś zaufany dziennikarz prawicy. I tak można bez końca wyliczać politycznych przechrztów.

Te życiorysy, te zachowania i zdrady powinny czegoś nauczyć prawicę. Nie nauczyły. W roku 1989 komuniści obejmowali czołowe stanowiska w mediach, w administracji, w instytucjach finansowych, w dyplomacji. Propagandyści stanu wojennego jechali do ambasad w Moskwie, Sztokholmie, Kairze, Atenach etc., Czego można było spodziewać się po nich? Tylko fałszu i zdrady.

Dzisiaj, w 2020 roku, antyrządowe demonstracje, wsparte przez wyszkolone i zorganizowane bojówki, liczą w dużych miastach dziesiątki tysięcy agresywnych, pewnych siebie uczestników. Pojawiają się też politycy w stylu Trockiego, Lenina i Dzierżyńskiego. Plują i zapowiadają szubienice. Dzierżyński, przypomnijmy, mordował i z miłością pisał do żony w Szwajcarii: „Kochana moja, walka trwa”.

Tymczasem, gdzie się podziali przeciwnicy bolszewickiej Polski? Zostali gdzieś na drodze do wolnej Polski. „Sztandary i biały bez… Błękit, dzwony, jaskółki, Chopinowskie mazurki – do łez, do łez, do łez… Wracają, jak mało, jak mało” – pisała po wojnie w 1920 roku Bronisława Ostrowska.

W dzień chłodny i chmurny, nawet mokry, bo chlapie z nieba, prawica, licząca najwyżej kilkuset starszych i zmęczonych ludzi, idzie przez Krakowskie Przedmieście w nabożnej procesji. Bez sztandarów, bez bzu… Jak mało, jak mało.

Co robić? Pytanie to zadał Bunin w 1919 roku, jadąc dorożką przez Moskwę. „Robić!? – Zdziwił się dorożkarz i powiedział: „Nic nie robić. Fajrant. Robić trzeba było w kwietniu 1917, kiedy bolszewików najechało do Rosji osiemdziesięciu. Dzisiaj jest ich osiemset tysięcy. Zaś wystraszonych przeciwników Lenina jest osiemdziesięciu!”

Gdyby dorożkarz jechał na początku lutego 2020 przez ulice Warszawy i gdyby poeta zapłakany i drżący na widok zbolszewizowanych tłumów, spytał, co robić? – dorożkarz powiedziałby to, co już powiedział Buninowi „Nic nie ronić. Fajrant”. Skoro bolszewicy w Warszawie, to fajrant.

 

Widzę już Dzierżyńskiego. Jest i Trocki. Przemawia przed Sądem. W kawiarni teatralnej Łunaczarski, a w barze na przeciwko zatroskany Gorki. Jedni zajmą się wkrótce Rakowiecką, a drudzy prowadzą lud do Teatru Wielkiego. A co się zmieni? – spytałem w 1989 roku Jacka Kuronia. Odpowiedział: „Będzie śmieszniej”.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej